Sensacyjny żywot bibliotekarza

Na spacerze jak zwykle. Gdzie miało być zielono, było zielono:

Gdzie miało być niebiesko, było niebiesko:

A sarenki były tam, gdzie miały być. Na posterunku:

Serwis z moich stron podaje: „W Jarosławiu 16-latek wyrwał kobiecie torebkę”. Po co o tym pisać? Też mi sensacja! Wydarzeniem byłoby, gdyby w Jarosławiu jakiś szesnastolatek wręczył kobiecie torebkę.

Usługi się specjalizują. Samochód, który jedzie przede mną nosi napis: „Obsługa terenów zewnętrznych”.

Na moje konto mailowe ciągle napływa spam – normalne. Zastanawiam się jednak, dlaczego wciąż dostaję reklamę Viagry i ani jednej reklamy podrabianego nawet rolexa.

Z seriali telewizyjnych można się dowiedzieć o naszym kraju mnóstwo, pod warunkiem, że ogląda się je nie wprost. Oto kolejny odcinek „Ojca Mateusza”. Ten bystry kapłan z Sandomierza obejmuje wykłady w „Wyższej Szkole Administracji i Prawa” (!). Rektor wyraża ogromną radość z tego faktu, ponieważ jest to uczelnia filialna, a co za tym idzie, zależy mu na zachowaniu wysokiego poziomu. Naprawdę tak mówił. Po czym w trakcie akcji okazuje się, iż na tej filialnej uczelni o wysokim poziomie chroni się pewien naukowiec ścigany po całej Polsce za plagiaty. A w Sandomierzu? W Sandomierzu daje uczniom wpisy do indeksu za pieniądze.

Najwięcej inspiracji i wrażeń człowiek wynosi z lektur dorywczych i przypadkowych. Trzymam w ręku pracę Mariana Filipkowskiego „Życie pełne wyzwań” (Książnica Polska, Olsztyn 2013):

To pełne wyzwań życie autor spędził w bibliotekach i dziś pozostaje jednym z najczęściej odznaczanych i nagradzanych bibliotekarzy polskich. Lektura jego wspomnień to oczarowanie za oczarowaniem. Fascynuje już motto wyjęte z dorobku intelektualnego prof. L. Radziewicza:
„Brak opanowania sztuki czytania odrywa młodego kandydata na człowieka od źródeł kultury”. Czyli jak murzynek Bambo nie nauczy się na czas czytać, to nie należy go uznawać za człowieka. Ilu mamy na dziś takich „kandydatów” na ludzi? Miliard, dwa?
Z nieprzebranego zasobu interesujących wspomnień zasłużonego bibliotekarza wybieram na chybił-trafił:
„Stwierdziłem też, że rodzina B., z ośmiorgiem dzieci, żyje jakby w stanie półdzikim. Zdarza się, że ich matka otwierała drzwi wejściowe przed interesantami (sąsiedzi, milicja) w stanie zupełnie nagim”.
A teraz jak bym czytał o sobie:
„Wyruszyłem w świat wychowany w abstynencji od alkoholu do 18. roku życia, a po jego przekroczeniu – permanentnie dochowujący wierności zasadzie życia w trzeźwości. /…/
Nie mogę powiedzieć, żebym z takim wychowaniem szedł łatwo przez życie. Presja środowiska, zwłaszcza ze strony kolegów i przyjaciół, była duża. Bywałem przedmiotem niewybrednej krytyki. Nie dałem się jednak zniewolić panującemu obyczajowi picia alkoholu bez umiaru i kultury. /…/
Gdy tylko zostałem kierownikiem BiMBP – rychło zająłem się jej /idei abstynencji/ wcielaniem w życie jako orędownik, organizator i prelegent. I dlatego dziś z satysfakcją mogę napisać, że mam na tym polu: a) dziesiątki prelekcji wygłoszonych dla rodziców, pracowników zakładów pracy, wojska, młodzieży, nauczycieli i wychowawców internatów, milicji (…)
Nawet nie śniłem, że ta działalność doprowadzi mnie po latach do zadzierzgnięcia przyjaźni z misjonarzem zakonu redemptorystów w Braniewie o. Janem Bartosem, specjalizującym się w kazaniach o tematyce antyalkoholowej. /…/
Ku mojemu zdumieniu, przyjaźń, którą mnie obdarzał, rozciągnęła się także na moją rodzinę, czego najlepszym przykładem było zaproszenie mnie z żoną i dwiema córkami na przyjęcie w klasztornej celi. Na pięknie udekorowanym stole pojawiły się niedostępne w sklepach przedniej jakości wędliny, szlachetne trunki… (…)

Klasycystyczne koncerty skrzypcowe G.B. Viottiego. Nie tak kojące jak barokowe, ale zawsze. Miejscami muzyka uwzględnia proste melodyjki, które od skrzypiec przejmuje orkiestra i uzupełnia swoim „tutti”. Stąd dialog, dynamika, inwencja. Giovanni Battista Viotti (+ 1824) miał takiego oto pecha, że mieszkał w Paryżu i koncertował na dworze Marii Antoniny, więc w czasie rewolucji musiał uciekać do Londynu. A tam bywał podejrzewany, że jest szpiegiem rewolucjonistów, więc znowu musiał uciekać. A jak wrócił, to próbował się utrzymywać z handlu winem. Zbankrutował, więc chcąc nie chcąc musiał wrócić do muzyki. Zasada: dorabiaj się w swoim zawodzie:

Amerykański wiolonczelista Yo-Yo Ma (bardzo obszernie nagradzany) grywał wszystko: od Bacha po Johna Williama. Nieuchronnym więc było, że zetknął się z muzyką Astora Piazzolli. I na płycie z 1997 roku stylowo piłuje tango, z tym najważniejszym: „Libertango”. O uwagę słuchacza musi walczyć z fortepianem, akordeonem, gitarą, ale i tak słychać tę jego zajadłą wiolonczelę. Do tańca to się nie nadaje, ale latynoski temperament w całej okazałości. „Soul of The Tango”:

Wykopalisko: „Dziwny jest ten świat” (1967). Kilka kawałków nie do podrąbania: „Wspomnienie”, „Domek bez adresu”, „Dziwny jest ten świat”, „Chciałbym cofnąć czas”, „Pamiętam ten dzień”. Umiejętne połączenie brzmienia blachy z sekcją bigbitową (właśnie ukazały się wspomnienia Jaśkiewicza „gitarzysty Niemena”). W filmie dokumentalnym, który widziałem kiedyś w telewizji, wspominali go sąsiedzi z białoruskiej wsi. Okazało się, że on już tam opanował np. sztukę rozpisywania melodii na głosy. Nie mówiąc o grze na instrumentach. Do Polski przyjechał więc „gotowy”:

Bezinteresowne piękno. Rewers dość wystawnej kamienicy na Wildzie. Dawno zamknięty, zapomniany „Warsztat elektrotechniczny”. A komuś może upłynęły w nim najszczęśliwsze lata życia? Może nawet ten warsztat był całym jego życiem?:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *