Prelekcja o Panu Tadeuszu

Litvo! Patrujo mia, simila al sano,
Vian grandan valoron ekkonas Litvano
Vin perdinte. Belecon vian mi admiras,
vidas gin kaj priskribas, car mi hejmsopiras.

Mili Państwo,
lato roku 1973 w niewielkim podkarpackim miasteczku Jarosław dłużyło się niebywale. Było deszczowe i nudne. Mama nie zawsze dawała na kino, w telewizji szły na przemian porady dla rolników i powtórki. Ta dojmująca nuda spowodowała, że czternastolatek, jakim  wówczas byłem, nauczył się na pamięć całej pierwszej księgi „Pana Tadeusza”. Po nic. Bo kto by chciał w Jarosławiu słuchać jakichś rymów sprzed 150 lat, które nie obchodziły tam psa z kulawą nogą. Ach, gdyby to było w Sieradzu… A, to całkiem co innego…

Ale po nudnym jarosławskim lecie nadeszła jeszcze bardziej nudna zima. I ten sam czternastolatek z bezbrzeżnej nudy zaczął się uczyć rzeczy bez porównania mniej przydatnej niż pierwsza księga „Pana Tadeusza”. Mianowicie języka obcego, którym zapewne nie władał nikt w promieniu kilkuset kilometrów. A w promieniu kilku tysięcy kilometrów bardzo niewiele osób. W tym języku nauczyłem się na pamięć tej samej pierwszej księgi „Pana Tadeusza”. Mogą sobie Państwo wyobrazić skalę panującej na tych terenach nudy w roku 1974. W Sieradzu – zapewne – nie do pomyślenia…
Ów język obcy, w której nauczyłem się pierwszej księgi, powstał mniej więcej sto lat wcześniej, w Białymstoku, które było wówczas miasteczkiem doczepionym do rosyjskiego garnizonu. Żydowski chłopiec, który nudził się w nim tak, jak ja sto lat później w Jarosławiu (który też był doczepiony do garnizonu Ludowego Wojska Polskiego), wałęsał się po miejscowym targu. Słyszał tam mowę polską, rusińską (czyli ukraińską), rosyjską, białoruską i żydowską, czyli jidysz. Jak szedł do gimnazjum, to uczył się łaciny i greki, jak do bóżnicy, to modlił się w hebrajskim. Jak pisał miejscowym listy za drobną opłatą, używał niemieckiego. Jak chciał poczytać Dickensa, musiał się nauczyć angielskiego, jak sięgał po Balzaka – studiował francuski. Z czasem wpadł na pomysł, by z tych wszystkich języków stworzyć jeden – tak, by każdemu, kto będzie go używał, wydawało się, że słyszy w nim coś z mowy ojczystej. I stworzył taki język. Genialny – bez żadnej przesady – w swojej prostocie, a jednocześnie komunikatywności. To bez wątpienia jeden z najbardziej epokowych wynalazków, jakie powstały na polskiej ziemi. Język miał mnóstwo zalet. I tylko jedną wadę – nikt niczego ciekawego w tym języku, w oryginale (!) nie napisał, nie powiedział. I ta wada przeważyła. Zmarginalizował się, uległ niemal zapomnieniu. Dziś to zabawka dla hobbystów. Ot, takich, którzy – przykładowo – hodują kaktusy lub budują szopkę krakowską z kapsli po piwie. Ale język ten miał swój „złoty strzał”: przekład „Pana Tadeusza”. Najlepszy przekład „Pana Tadeusza” na język obcy, jaki kiedykolwiek powstał.
I dlatego początkiem tego przekładu pozwoliłem sobie Państwa powitać.

Dnia trzeciego września roku 2014, czyli w 180 lat i 75 dni po ukazaniu się drukiem tego wiekopomnego dzieła, którego pisanie szło Mickiewiczowi przed 180 laty jak z płatka. Miał 34 lata, był w doskonałej formie fizycznej i intelektualnej. Właśnie wydał „Dziadów” część III, rymował historię wspominkową z Litwy, a na marginesie dopisywania kolejnych ksiąg „Pana Tadeusza” tłukł mnóstwo doraźnej publicystyki, a także  „Księgi narodu i pielgrzymstwa”. Nastoju nie mąciło mu, iż ojczyzna jęczy w kajdanach po nieudanym powstaniu listopadowym. On się do powstania nie palił, a nawet jakby przeciwnie. Kiedy Ordon wysadzał swoją redutę, co później tak pięknie opisze, Mickiewicz relaksował się podczas pobytu w Wielkopolszcze, gdzie polował raz na damy, a raz na zwierza. Inni koledzy, który akurat wtedy, kiedy i on, a więc w lipcu 1832 roku zjawili się w Paryżu w ramach emigracji, którą historycy nazwą później „wielką”, nastroje prezentowali raczej odmienne. Wiadomo: klęska, wygnanie, rozliczenia, „potępieńcze swary” itd. A na dodatek miesiąc wcześniej, w czerwcu, papież Grzegorz XVI w encyklice „Cum Primum” orzekł, iż powstańcy to „kilku sprawców podstępów i kłamstw, którzy pod pretekstem religii (…) wyłamali się spod prawej władzy monarszej, zerwali wszystkie więzy uległości, które nakłada obowiązek, i wtrącili swą ojczyznę w nieszczęście i żałobę”. Nic tylko: siądź i płacz, jak powiada staropolskie przysłowie, które jest zresztą cytatem z Psalmu 137 „Nad rzekami Babilonu siedzieliśmy i płakaliśmy”. Jest to zresztą – jak zapewne wiadomo – najpopularniejszy w Polsce psalm. Po pierwsze dlatego, że nasza historia jest tego typu, że tylko siądź i płacz. A po drugie dlatego, że ktoś do tego psalmu dopisał melodię. A biegnie ona: „At the rivers of Babylon…” Tak więc psalm znamy, a że raczej z dyskoteki niż z kościoła i lekcji historii, to już trudno.
Więc zrelaksowany Mickiewicz w Paryżu doznaje tzw. uczuć mieszanych. Z jednej strony jest u szczytu. Emigracja wita go uroczystym obiadem 4 sierpnia. Jednogłośnie wybierają go na członka Towarzystwa Litewskiego i Ziem Ruskich. Staje się ozdobą salonów, gdzie wchodzi w rolę prekursora rapu i hip-hopu. Bowiem po obiedzie czy kolacji ma zwyczaj stawać w okolicy kominka. Goście podrzucają mu temat i on na ten temat daje natychmiast improwizację poetycką, często przetykaną rymami. Dzisiaj na koncertach hip-hopowych raperzy robią dokładnie to samo i to się nazywa – proszę poprawić zgreda, jeżeli się myli – flow. Czyli odlot.
Z drugiej strony poeta z trudem wiąże koniec z końcem i często nie ma co do garnka włożyć. W lombardzie zastawia zegarek. Pisze na głodno. Rymy spływają mu wprawdzie z pióra całkiem gładko, ale ogólnie pisze się z trudem. Po pierwsze kiszki grają marsza. Po drugie, jak wspominał jego przyjaciel, poeta Bohdan Zaleski „Odwiedzali Adama wtedy tłumnie (…) rozbitkarze powstania listopadowego, roznamiętnieni, krzykliwi (…)”. Przesiadywali godzinami i ględzili w kółko to samo. Więc poeta przeprowadzał się i nie podawał nowego adresu, żeby mieć chwilę spokoju. Ale jeden czy drugi brat-Polak zaraz go wytropił i znów się zaczynały nasiadówy i przynudzanie. Więc znowu się przeprowadzał, znowu go namierzano i tak do skutku. Zaleski notował: „Goście przychodzili do szczupłych pokoików nie co dzień, ale po parę razy w tygodniu na pół godziny, na godzinę, czasem raz jeden na miesiąc. Adam stał wtedy na swym zenicie w pełni twórczości poetyckiej  i w ciągłym podniesieniu ducha. W mowach i rozmowach codziennych  błyskawicował parabolami rozświecającymi  głębie ducha, sypał jak z rękawa genialne  postrzeżenia, cudne myśli, oryginalne dowcipki w oryginalnym wysłowieniu”.
Gorzej, że ciągnął się za nim pewien romans przedsięwzięty niebacznie w tej Wielkopolsce w której relaksował się jednakowoż za bardzo. Oto niejaka Konstancja Łubieńska, z którą w Śmiełowie, Luboni i Budziszewie miał poeta przyjemność, domagała się kontynuacji. Owa Konstancja była żoną Józefa hrabiego Łubieńskiego, pułkownika wojsk polskich w Królestwie. I – jak to u nas – na drugim brzegu Warty trwa walka o niepodległość, mąż-pułkownik dzielnie odpiera moskiewską nawałę, a na tym brzegu Warty jego żona udziela się z poetą. W dodatku przybłędą aż gdzieś hen z Litwy. A jak poeta podziękował i wyjechał, nie zamierzała z niego rezygnować. I nie bacząc, że mąż nadstawia pierś za Polskę, a ona jest matką pięciorga dzieci, podjęła jednostronną decyzję o rozwodzie i równie jednostronną decyzję, że zostanie towarzyszką życia wieszcza. Zostawiła wszystko i wyjechała do Paryża, do Mickiewicza, który bynajmniej wcale jej nie zapraszał. W ostatniej chwili, kiedy Konstancja była już w Dreźnie, udało się przyjacielowi poety, Stefanowi Garczyńskiemu, drogą długotrwałych i żmudnych perswazji odwieźć ową matkę-Polkę od obarczenia swoją osobą całkiem dobrze rokującego poety.
Komfort pisania obniżało i to, że część emigracji jawnie mu dogryzała. Tu Mickiewicz stroi w barwy dawną Litwę, a tu jazgocze rodak-emigrant: „Ten prorok przeszłości chciałby przywrócić naszą dawną Rzeczpospolitą szlachecką(…) chce izolować naród polski, ażeby mógł, wyłączony  spośród narodu europejskiego, zachować w swoim łonie ową piękną przeszłość”. Na to poeta w liście do przyjaciela: „Skończyłem trzecią część „Tadeusza”. Zanosi się na długą chryję”. Mógł skończyć, bo nareszcie miał na chleb z omastą. Choć na kredyt. Wydawca Aleksander Jełowicki wypłacił mu 4 tys. franków za prawo do nienapisanego jeszcze „Pana Tadeusza” w 3 tys. egzemplarzy z zastrzeżeniem, że będzie miał prawo do wydawania dzieła przez trzy lata. Jak się później okaże, mógł za te same albo i mniejsze pieniądze nabyć prawo do wydawania „Pana Tadeusza” nie na trzy, a na trzydzieści lat, bo jakoś nikt się do wydawania książki nie palił.
A tu jeszcze niezbyt pochlebną recenzję jego „Księgom narodu i pielgrzymstwa” wystawił niestrudzony papież Grzegorz XVI, który w swym breve z 5. października uznała je za „pismo pełne zuchwalstwa i przewrotności.” Jeżeli więc w dalszym toku tego wystąpienia usłyszą Państwo z mej strony zdania krytyczne pod adresem twórczości Mickiewicza, proszę łaskawie pamiętać, że to nie ja pierwszy zgłaszam pretensje do wieszcza. Że postępuję tylko w ślad za światłym przykładem Stolicy Apostolskiej, której – jako synowie katolickiego narodu – winni jesteśmy synowskie posłuszeństwo i uległość.
Posłuchajmy jednak Zaleskiego: „W połowie lutego 1834 roku, wieczór pod szarą godziną, kiedyśmy się już zebrali  byli przy ulicy Saint-Nicolas i po cichu gwarzyli, widząc gospodarza w drugim pokoju przy kominku <<szparko machającego piórem po papierze…>>, powstał od stolika Adam z rozpromienioną twarzą i zawołał ku nam: <<Chwała Bogu! Oto w tej chwili podpisałem pod „Panem Tadeuszem” wielkie finis>>. Radośnie za powtórzyliśmy: <<Chwała Bogu>> i wykrzyknęliśmy trzykrotny wiwat z oklaskami”. Poemat poeta czytywał przyjaciołom, często lekturę przerywał, na gorąco dopisywał wersy, zmieniał rymy, a nawet całe sceny. 1. kwietnia drukarnia A. Pinarda już zaczęła ustawiać pierwsze czcionki, co pod nadzorem poety trwa aż 11 tygodni. Głównie dlatego, że zecerzy nie znają polskiego i robią koszmarne błędy. Wreszcie nadchodzi „ten dzień”. 20 czerwca 1834 roku, kiedy to drukarnię Pinarda opuszcza „Pan Tadeusz czyli ostatni zajazd na Litwie. Historia szlachecka z roku 1811 i 1812, we dwunastu księgach, wierszem, przez Adama Mickiewicza. Tom 1-2. Wydanie Aleksandra Jełowickiego, z popiersiem autora. Paryż 1834.”

Nie zamierzam Państwu prawić farmazonów, że wszyscy powinniśmy kochać „Pana Tadeusza” i dlaczego. Nie po to zostałem zaproszony. Moja intencja jest odwrotna. Chciałbym, na miarę moich skromnych możliwości, Państwa do „Pana Tadeusza” zniechęcić. Wręcz obrzydzić państwu tę książkę.  Zrobić, co się tylko da, aby Państwo ten tytuł omijali, nie wypożyczali go z biblioteki, na lekcjach polskiego, czy w towarzystwie tylko dla świętego spokoju udawali że go znają, cenią i takie tam. Ale żeby go Państwo pod żadnym pozorem nie czytali. Jest to bowiem dzieło grafomańskie, napisane byle jak, na łapu capu. A najgorsze, iż niesie ono zgniliznę moralną i w efekcie absolutnie nie nadaje się jako lektura dla młodzieży.
Te swoje oceny postaram się uzasadnić. Krok po kroku, choć z konieczności, krótko. Proszę pamiętać, iż na temat „Pana Tadeusza” napisano ze dwie takie biblioteki, w jakiej się znajdujemy.  Mnie się tylko marzy, by w życiu zmaterializowało się to, o czym mówi znana anegdota. Oto pod koniec XIX wieku grono wybitnych mickiewiczologów i badaczy poematu udało się na wyjazdową konferencję naukową na Litwę. Tam dowiedzieli się, że w zaścianku pod Nowogródkiem żyje jeszcze ogromnie sędziwa staruszka, która rzekomo pamięta Adama Mickiewicza. Miał tam przyjeżdżać na wakacje w latach studenckich. Udali się więc profesorowie do babci i pytają (naturalnie bardzo głośno), czy przypomina sobie Adasia Mickiewicza. Ona, że tak, naturalnie. Był taki, przyjeżdżał. Bardzo i miły i podobno zdolny młody człowiek. Ale potem, niestety, wyjechał z Nowogródka. I od tego czasu – wszelki słuch o nim zaginął.

Ale przejdźmy do rzeczy. Powiedziałem, że „Pana Tadeusza” nie warto czytać, ponieważ napisany jest skrajnie niechlujnie. Niekonsekwencje, potknięcia, luki, pomyłki, a jest ich bezlik, brały się z pośpiechu, nakładania jednej wersji na drugą, a drugiej na trzecią itd. Poza tym Mickiewicz pilnował ogólnego zarysu akcji i wymowy poematu, a szczegóły miał zwyczaj sobie darowywać. Mickiewiczolodzy obliczyli, że gdyby ujawnić i skomentować wszystkie niedorzeczności poematu w jednym wydawnictwie, musiałoby ono liczyć nie mniej niż pięć opasłych tomów. Nie ma w tym najmniejszej przesady. Mickiewicz pomylił tu wszystko ze wszystkim. Obojętnie czy chodzi o kolejność wydarzeń znanych z pierwszego lepszego podręcznika historii, czy o życiorys księdza Robaka, czy o topografię Soplicowa, którego dworek raz otaczają topole, a raz lipy, czy o to, że u niego dyszel Wielkiego Wozu kieruje się ku Gwieździe Polarnej, a powinien się kierować w stronę odwrotną. Pomyłka za pomyłką. I tak dalej bez końca.
My jednak nie będziemy czepialscy. I na początek podam przykład rażącej nieścisłości, które sobie darujemy. Otóż Tadeusz zaraz po przyjeździe do soplicowskiego dworku „z dziecinną radością pociągnął za sznurek, by stary Dąbrowskiego usłyszeć Mazurek”. Cóż, mazurek nie mógł być stary w roku 1812, bo wówczas ta pieśń liczyła sobie lat najwyżej 15. I zjawiła się na Litwie akurat w momencie, kiedy Pan Tadeusz się kończy, czyli w roku 1812. Wcześniej raczej tu znana nie była. Jednakowoż, gdyby nawet była znana wcześniej, byłaby tępiona przez rosyjskiego zaborcę jako pieśń wrogich  wojsk napoleońskich. Więc śpiewano by ją tylko w kółku domowym, a już na pewno zegarmistrzowie baliby się, gdyby nawet z tym zdążyli, zrobić z niej zegarowego kuranta. Ale kiedy nieprzychylni komentatorzy wytykali ten ten błąd w 20-30 lat po publikacji poematu, natychmiast na dowód, że Mickiewicz nie zmyślał, pokazywano im w ówczesnych antykwariatach bardzo stare zegary z Litwy. A te wygrywały w roli kuranta „Mazurek Dąbrowskiego”. Ale wszystko do czasu, bo szybko okazało się, że wszystkie one były falsyfikatami. Różni kombinatorzy tłukli seryjnie rzekomo stare zegary: Kupujcie państwo. Zegar jak z „Pana Tadeusza”.
I właśnie takie kiksy sobie darujemy.

Mnie zainteresowały nie niekonsekwencje jawne, pomyłki demonstracyjne, błędy oczywiste.
Mnie – jako krytykowi filmowemu – najbardziej w oko wpadły te sceny, które pochodzą z naszego „narodowego arcypoematu”, ale jednocześnie świetnie nadawałyby się jako materiał na komedię slapstickową. Taką z udziałem wczesnego Charliego Chaplina, Harolda Lloyda, Bustera Katona, Flipa i Flapa. To znaczy te sceny nadawałyby się, gdyby jednocześnie nie wydawały się wyjęte z sennego koszmaru, jakby żywcem wycięte z dzieł David Lyncha, tego od „Zagubionej autostrady” czy „Miasteczka Twin Peaks”. Albo filmów grozy w stylu „Wzgórza mają oczy” czy innego klasyka.
No, to do roboty. Przypomnijmy księgę czwartą. Tadeusz zaspał na polowanie. Zorientował się, że myśliwi odjechali, więc w popłochu dosiada konia i pędzi do puszczy „jak opętany”. Z okna karczmy widzi to ksiądz Robak:
Więc za młodzieńcem kroki szybkiemi pospieszał
Do wielkiej puszczy, która, jako oko sięga,
Czerniła się na całym brzegu widnokręga.
I teraz: Tadeusz wpada w sam środek polowania, już niedźwiedź się do niego dobiera, a tu ksiądz Robak ratuje mu życie celnym strzałem. Co to znaczy? Ano, że Robak w habicie zakonnym zasuwał z karczmy do lasu szybciej niż koń Tadeusza, a pamiętamy, iż ów koń pędził „ jak opętany”. Nie wiem, jak państwo, ale próbowałem sobie wyobrazić owego zakonnika, który w habicie pędzi szybciej niż opętany koń. „I nie mogłem w nocy spać…”

Ale sprawa komplikuje się jeszcze bardziej. Bo czytajmy uważnie:
,,Koń Tadeusza w stajni czekał osiodłany,
 wziął więc flintę, skoczył nań i jak opętany
 Pędził ku karczmom’’.
Mickiewicz napisał dokładnie: koń czekał na Tadeusza, koń wziął flintę, koń wskoczył (oczywiście na Tadeusza, bo nikogo innego nie było, wszyscy na polowaniu) koń popędził do lasu jadąc na Tadeuszu. Oczywiście – „jak opętany”.
Zobaczmy to jeszcze raz. Scena jak z filmu rysunkowego. Robak widzi z okna karczmy, że Tadeusz biegnie do lasu co sił w nogach dźwigając na grzbiecie konia. Który trzyma flintę. Nic dziwnego, że mnich się zaniepokoił na taki widok. Coś mu się tu nie zgadzało. I począł ich ścigać. Tadeusz zasuwa z koniem na grzbiecie, a za nim Robak w podkasanym habicie. Taką mam wizję wieczorami. „I nie mogłem w nocy spać…”

Co jeszcze ściele mi się przed oczami wyobraźni? Ano! Poeta podaje w kwestii odległości dworku soplicowskiego i zamku Horeszków następującą miarę: „O dwa tysiące kroków zamek stał za domem”. Dwa tysiące kroków to jest najmarniej półtora kilometra. Niektórzy powiedzieliby – kawał drogi. Jak Jacek Soplica udawał się do zamku z Soplicowa, to brał konia, aby nie zasuwać taki szmat drogi. I jechał galopem, jak podaje poeta. Ale zupełnie inaczej sprawy się mają, kiedy Protazy organizuje w zamku wieczerzę. Czytamy:
„Woźny kazał stoły z wieczerzą powynosić z domu
I ustawić co prędzej pośrodku zamczyska.”
Proszę to sobie wyobrazić. Dawne stoły to były stoły, a nie wyroby z Ikei, swoją wagę posiadały. Na stołach zastawa, postawy, wszystko waży. Zdejmować z nich zastawę i potrawy nie ma czasu, bo całe głodne towarzystwo wraca już ze spaceru i opóźnienie kolacji mogłoby Sędziego, bardzo akuratnego gospodarza, kosztować kompromitację towarzyską.  Protazy, jak czytamy, każe sługom nieść te zastawione stoły co prędzej, by potrawy nie zdążyły wystygnąć. Zobaczmy to. Słudzy niosą stoły na ucztę, w której bierze udział około sto osób, a więc stołów jest co najmniej dwadzieścia. Wszystko biegiem przez półtora kilometra i to tak, żeby się zupa nie rozlała i widelce nie pospadały w trawę. Mili Państwo! Toż to Pudzian ze Schwarzeneggerem nie daliby rady, a nie chłopskie chudopachołki. Ale ja właśnie tę scenę – słudzy zapychają z dwudziestoma zastawionymi stołami przez półtora kilometra na czas – próbuję sobie wyobrazić, zanim zasnę. „I nie mogłem w nocy spać…”

Ale też ten „tysiąc kroków” jako miara… W pierwszej Księdze czytamy, iż Zosia pod swoim oknem we dworze miała „maleńki ogródek”. Co znaczy „maleńki” ogródek nastolatki? Może mieć z dziesięć metrów długości. Najwyżej. A tu w księdze trzeciej czytamy, że w tym ogródku Hrabia – zbłądził. I za nic nie może znaleźć drogi do dworu, a nie chce się spóźnić na śniadanie. Pyta więc o drogę Zosię.
Ogrodniczka, podniósłszy błękitne oczęta,
Zdawała się go badać, ciekawością zdjęta:
Bo dom o tysiąc kroków widny jak na dłoni…
Zosia słusznie się dziwi. Więcej, ona przeżywa nagłe zatroskanie, bo to było współczujące i wrażliwe dziecko, czy ten wytworny szlachcic aby nie jest pomieszany na rozumie. Bo zobaczmy to. Hrabia zgubił się w ogródku, który mierzył sobie 10 metrów, czyli musiał stać, powiedzmy, w odległości 7 metrów od ściany dworku. I nie mógł go dostrzec. Pyta Zosię, a ta wskazuje palcem, na dworek doskonale widoczny w odległości, ale już, jak mówi wyraźnie – niecałego kilometra. Więc Hrabia stoi siedem metrów od ściany, której nie widzi, a Zosia widzi ją doskonale, bo to przecież tylko niecały kilometr. Cóż, nie będę Państwu kłamał, nie będę się wybielał, nie będę udawał kogoś, kim nie jestem. Mnie też zdarzało się stać na wprost czegoś wielkiego w odległości siedmiu metrów i nie widzieć tego wcale. I to nie dlatego, że miałem radykalne kłopoty ze wzrokiem. Ale cóż,  były to stany haniebne, godne najwyższej pogardy. Bardzo niezręcznie mi o nich wspominać w obecności młodzieży. Chyba, że ku przestrodze.  Za to często nim zamknę powieki widuję Hrabiego z Horeszków jak bezradny i zagubiony wypatruje dworku odległego o siedem metrów. Ale nie dostrzega go, choć jest on doskonale widoczny, bo to przecież tylko kilometr. „I nie mogłem w nocy spać…”

Proszę Państwa, nie powinniśmy się temu dziwić absolutnie. Bo ten dworek w Soplicowie jest jak ogród o rozwidlających się ścieżkach, jak Hogwart. Raz ma izby dwie, raz dwadzieścia. Mnie zainteresowała faza początkowa jego rozrastania się. Tadeusz wraca do dworku, w którym spędził całe dzieciństwo, a poeta podaje, że dworek to „do mieszkania niewielki”. I sugeruje, że znacznie większa od niego jest stojąca obok stodoła. Ale – co się dzieje?
Biegał po całym domu i szukał komnaty,
Gdzie mieszkał dzieckiem będąc przed dziesięciu laty.
Mój Boże! Ileż on się musiał nabiegać, zważywszy, że dworek mógł liczyć izb, ja wiem: trzy, cztery. Z kuchnią włącznie. A on miota się między tymi trzema najwyżej izbami i nie może znaleźć tej, w której mieszkał ładnych kilka lat. Kuchni nie liczę, bo zapewne od razu odróżniłby – a był to bystry młodzieniec – kuchnię od pokoju dziecinnego. Miota się wśród trzech pokoi nie może trafić do własnego. Czy Państwu się zdarzyła się kiedyś podobna sytuacja we własnym domu? Nie chcę się powtarzać, ale mnie tak… A nie było to we śnie. I dlatego miewam koszmary. Stoję w przedpokoju swego mieszkania, w Poznaniu, przy ulicy Górczyńskiej 8/6 i nie umiem trafić do własnego pokoju. Budzę się zlany zimnym potem. „I nie mogłem w nocy spać…”

Kwestia z księgi XII. Oto w Soplicowie zjawia się wojsko polskie w strukturach armii napoleońskiej. W jego kadrach Tadeusz, ale ranny, o czym zresztą mówi kilkakrotnie. Z tym, że polskie oddziały nie toczyły jeszcze dotąd żadnych bojów ani nawet potyczek. Więc nie miał gdzie zostać ranny. No, i teraz z tymi ranami w czasie to ani w tył, ani nawet w przód. Bo w przyszłości Tadeusz też nie będzie uczestniczył w walce, w okrutnej kampanii rosyjskiej Napoleona. I tez nie będzie gdzie miał zostać ranny. Czytamy wszak:
Dano mi rozkaz zostać w Litwie instruktorem
W pułku tutejszym, nim się z mych ran nie wyleczę.
Co więc z tymi ranami? Niekonsekwencja jest pozorna. Bo czy Tadeusz musiał odnosić rany akurat na polu bitwy? Czy Państwu nie zdarzyło się nigdy pośliznąć w łazience przy wychodzeniu z wanny? Ale tu następna trudność. Oto dość poważnie ranny Tadeusz nosi na temblaku prawą rękę, o czym poeta wspomina kilkakrotnie. Jest to rana poważna.
Lewą dłonią dotykając głowy,
Pozdrowił swych dowódców przez ukłon wojskowy.
Salut lewą ręką jest najzupełniej zrozumiały: prawa ręka jest bezwładna. Ale nie tak całkiem. Bo kawałek dalej Tadeusz widząc wrażenie, jakie na panach oficerach wywiera jego narzeczona „zaciera ręce” z radości. Dwie. A jeszcze dalej Wojski czyta obfity panegiryk na cześć Zosi, przerywany przez słuchaczy raz po raz brawami. Czytamy:
Tadeusz i Zofija ustawnie klaskali…
Czyli klaskali raz po raz. Cóż, nawet bohaterski Tadeusz, ranny w boju, którego nie było, nie byłby w stanie klaskać jedną ręką. Musiał druga też, choć ta całkiem bezwładna. Mało tego.
Poloneza czas zacząć.
Tadeusz staje do tańca w parze z Zosią. Ów taniec polega na dostojnym postępowaniu pary. Dama z prawej, kawaler z lewej, jak zwykle. Dama kładzie lewą dłoń na prawej dłoni kawalera. Ale Tadeusz prawą rękę ma niesprawną. Więc musiał albo stać po prawej stronie dziewczyny i podawać lewą rękę. To spowodowałoby ogromne zamieszanie, bo taniec jest zespołowy i damy w efekcie stosowania układu grupowego podają rękę coraz to nowym partnerom (cały czas panie z prawej, panowie z lewej). Wiec w rezultacie Tadeusz musiałby zacząć obrzędowego poloneza w duecie z Zosią, ale już za chwilę tańczyłby w parze z Podkomorzym, potem z Wojskim, z Gerwazym, z Protazym, znów z Zosią, Podkomorzyną  itd. Inni podobnie: Podkomorzy z Podkomorzyną, ale za chwilę już  Podkomorzy z Wojskim, Gerwazy z Protazym, Zosia z Podkomorzyną… Taka sytuacja dopiero w naszych czasach zyskała odpowiednią nazwę. Brzmi ona: gender!
A przecież to nie koniec komplikacji. Bo w ramach poloneza nastąpił, jak podaje poeta,  szaleńczy wielokrotny odbijany, w którym uczestniczy Zosia:
Zgadniesz, gdzie jest, bo ku niej obrócone oczy,
Wyciągnięte ramiona, ku niej zgiełk się tłoczy.
Darmo się Podkomorzy zostać przy niej sili;
Zazdrośnicy już z pierwszej pary go odbili;
I szczęśliwy Dąbrowski niedługo się cieszył,
Ustąpił ją drugiemu, a już trzeci śpieszył;
I ten, zaraz odbity, odszedł bez nadziei.
Aż Zosia, już strudzona, spotkała z kolei
Tadeusza, i dalszej lękając się zmiany,
I chcąc przy nim pozostać, zakończyła tany.
Więc ta wizja: Tadeusz który podaje Zosi w trakcie poloneza rękę bezwładną, na temblaku. A może nie na temblaku, ale dalej z bezwładną ręką tańczy z Podkomorzym, generałem Dąbrowskim. Potem klaska w dłonie (z których jedna bezwładna), no bo odbijany. Odbija Zosię, podaje rękę wybrance w szaleńczym tempie – cały czas bezwładną – może na temblaku. Potem tańczy z Wojskim, a ręka na temblaku… „I nie mogłem w nocy spać…”

To pomyłki na dowód, jak bardzo „Pan Tadeusz” podpada pod kategorię: „niedoróbka”. Ale pozostają zastrzeżenia daleko poważniejsze. Są ważkie kwestie moralne, które mogłyby, niestety, zupełnie niepotrzebnie zainteresować młodzież. Jak choćby pytania z cyklu: czy wolno dać się pocałować na pierwszej randce.
Zobaczmy, jakie zalecenia w tej mierze daje nasz „arcypoemat narodowy”. Oto Tadeusz podczas wieczerzy na zamku nadskakuje Telimenie, bo nie zorientował się jeszcze, że to nie ją widział w bieliźnie, jak hasała po tym ogródku, który raz miał 10 metrów, a raz kilometr. Orientuje się błyskawicznie w sytuacji. Telimena lubi biegać w półnegliżu: punkt dla mnie. Telimena wyraźnie go kokietuje i daje mu do zrozumienia: drugi punkt dla mnie. Więc – coś z tego będzie. Ale równolegle piętrzą się trudności. Konkretnie trzy. Po pierwsze: różnica wieku. Tadeusz nie ma jeszcze dwudziestu lat, a Telimena to „mamuśka”. Musi sobie liczyć ze czterdzieści. Ale z drugiej strony to najwyraźniej „mamuśka” z tych gorących. Więc co to za przeszkoda? Po drugie: z tego, co biesiadnicy dookoła gadają, to jego „ciocia”. Głupio byłoby zaczynać działalność erotyczną od pożycia z własną ciotką. Nawet jeżeli przez ostatnich kilka lat miało się na karku bardzo surowego księdza w roli wychowawcy i przyjechało się na wieś skrajnie wyposzczonym … No, ale na bezrybiu… Po trzecie Telimena ma narzeczonego czy prawie narzeczonego w osobie Asesora, który siedzi  przy tym samym stole. Jakoś tak głupio byłoby przyprawiać rogi miłemu, starszemu panu… Ale – z drugiej strony – sam się o to prosi.
Wszystkie te zastrzeżenia obracają się w pył. Dlaczego? Bo Telimena po rozmowie w świątyni dumania wręcza Tadeuszowi miłosny liścik i klucz od własnej alkowy. Wszyscy rozumieją, o co chodzi: to zaproszenie do spędzenia z nią nocy. Z tym, że ważny jest nie sam fakt wręczenia klucza, ale to, że kobieta wręcza go chłopcu, dla którego spokojnie mogłaby być matką. I co najważniejsze  – uwaga! – już po jednym dniu znajomości. To jest odpowiedź Mickiewicza na pytanie, czy wolno dać się pocałować na pierwszej randce. Więc Tadeusz pozbywszy się skrupułów oczekuje zmroku:
Tadeuszowi dano dziś izbę w budynku.
Wszedłszy, drzwi zamknął, świecę postawił w kominku,
Udając, że już zasnął – lecz oczu nie zmrużył;
Czekał on widać nocy, a czas mu się dłużył.
Stał przy oknie i patrzył wyrznietym otworem,
Co robi stróż, chodzący ciągle pode dworem.
Gdy go ujrzał daleko, nogami równemi
Wyskoczył, okno zamknął, tuląc się do ziemi,
Jak wyżeł skradał się. Dalsze jego kroki
Jesienna noc gęstemi osłoniła mroki.
Te dziesięć wersów poeta napisał, ale potem wykreślił i w druku nie umieścił, żeby już tak otwarcie nie podkreślać tego kazirodczego romansu. Ale z księgi VIII zapomniał wykreślić pretensję Sędziego, który przyuważył skradanie się Tadeusza:
A gdzież to Asan chodził onegdaj wieczorem?
Czego asan jak wyżeł tropił pode dworem?
Więc jednak do schadzki doszło! I to intensywnej. Tadeusz po powrocie nad ranem do własnego pokoiku był tak zmęczony, że padł na łóżko, jak stał. W ubraniu. I natychmiast zasnął. Nie obudziły go nawet hałasy i krzątanina setki ludzi, którzy wybierali się na polowanie.
Ale jest jeszcze jeden dowód, pośredni, tej schadzki. Tadeusza mianowicie nabiera pewnych podejrzeń, że stał się ofiarą swego rodzaju qui pro quo. Coś mu się nie zgadza, ale nie wie, dokładnie, co. Wątpliwości rozwiewa dopiero widok Zosi, która rankiem zagląda do jego pokoju przez serce wycięte w okiennicy. Tadeusz widzi nastolatkę (w różnych miejscach poematu Zosia ma raz lat 13, raz 15, a raz 17), a dopiero co miał do czynienia z kobietą dojrzałą. No dobrze, ale przy świetle dziennym Tadeusz miał te różnice podane niejako na tacy. On tymczasem wiedział, że coś się nie zgadza – już w nocy.
I to jest jedno z najciemniejszych, najtrudniejszych do wyjaśnienia miejsc w „Panu Tadeuszu”. Przecież Tadeusz wcześniej spędził całą wieczerzę na zamku w towarzystwie Telimeny, miał ją o 20 centymetrów od siebie, rozmawiał z nią. I nie zorientował się, że to kobieta, że się tak wyrażę, posunięta w latach? A tu podczas schadzki, a więc w całkowitych ciemnościach (konspiracja!) spostrzega, że coś ją jednak różni od nastolatki. I damy nieobytej w tych sprawach. Jak to możliwe? Po ciemku?! I, co ją różni, na Boga?
Proszę państwa, badacze nad tą kwestią łamią sobie głowę od bez mała dwustu lat i pozostaje ona ciągle daleka od wyjaśnienia. Weźmy wybitnego literaturoznawcę Stanisława Pigonia. Poświęcił on komentowaniu „Pana Tadeusza” bez mała 50 lat wyjątkowo pracowitych badań i studiów. I summa summarum nie był w stanie dać przekonującej odpowiedzi na pytanie: po czym Tadeusz w całkowitej ciemności zorientował się, że Telimena to nie nastolatka. I nie debiutantka. Ta kwestia dotąd pozostaje jedną z największych tajemnic literatury polskiej.

Pół biedy, gdyby na tym zakończyły się te śliskie, godne najwyższej pogardy i zdecydowanie antypedagogiczne wyskoki autora. Ale nie! Pozostaje jeszcze bowiem ten nieszczęsny problem wędrującego przecinka. Znamy takie numery. Przykładowo: Świadkowie Jehowy nie wierzą w istnienie nieśmiertelnej duszy. Człowiek umiera, obraca się w proch i chwilowo nie zostaje po nim nic. Dopiero po końcu świata zmartwychwstaje i żyje sobie na ziemi, która zmienia się w jeden wielki Ciechocinek. Ale, zaraz – Chrystus wyraźnie mówił przed śmiercią na krzyżu do tzw. dobrego łotra: „Zaprawdę powiadam ci, (przecinek) dziś jeszcze będziesz ze mną w raju.” A skoro dziś, czyli zaraz po śmierci łotr miał dotrzeć do raju, to tylko pod postacią duszy. A więc jednak Biblia naucza, że dusza istnieje. Co na to świadkowie? Wiadomo: przecinek jest źle postawiony. Przez katolickich fałszerzy. Jezus bowiem konając wyraźnie powiedział: „Zaprawdę powiadam ci dziś, (tu dopiero przecinek) będziesz ze mną w raju.” Tak więc po prawidłowym umieszczeniu przecinka, duszy nieśmiertelnej nie ma.
Z czymś podobnym mamy do czynienia i tutaj. Przypominam chronologię tej godnej pożałowania sceny rui i porubstwa, do jakiej doszło między Tadeuszem i Telimeną. Piątek wieczór: Tadeusz poznaje Telimenę podczas wieczerzy na zamku. Wpadają sobie w oko. W sobotę rano, przy śniadaniu następuje obustronnie zalotna konwersacja. W sobotę jeszcze przed obiadem, a po grzybobraniu Telimena wciska Tadeuszowi karteczkę i kluczyk do swej sypialni. Noc z soboty na niedzielę Tadeusz spędza u Telimeny. Rankiem w niedzielę orientuje się w pomyłce. Przedpołudnie schodzi kochankom na kłótniach. Telimena domaga się oświadczyn i ślubu, bo dała wszak dowód miłości. A Tadeusz broni się rękami i nogami nie mogąc ochłonąć ze zdumienia, iż mógł być tak ślepy i głupi. Romans wydaje się definitywnie pogrzebany. I wtedy właśnie na scenę wkracza przecinek.
Bo zobaczmy: Telimena rozpacza w świątyni dumania, bo młody przystojny i – że tak powiem – sprawdzony chłopak wymknął się z zastawionych na niego sideł. Tadeusz – zły i na nią, i na siebie – jednak kątem śledzi, czy ta histeryczna wariatka nie zamierza przypadkiem z rozpaczy wywinąć jakiegoś numeru. I wtedy właśnie zdarza się jego największy koszmar. Posłuchajmy, czego świadkiem, stał się zaczajony za drzewem Tadeusz:
Gdy nagle Telimena zrywa się z siedzenia,
Rzuca się w prawo, w lewo, skacze skróś strumienia,
Rozkrzyżowana, z włosem rozpuszczonem, blada,
Pędzi w las, podskakuje, przyklęka, upada
I nie mogąc już powstać, kręci się po darni.
Widac z jej ruchów, w jakiej strasznej jest męczarni;
Chwyta się za pierś, szyję, za stopy, kolana.
Skoczył Tadeusz myśląc, że jest pomieszana
Lub ma wielką chorobę.
Mówiąc ludzkim językiem, Tadeusz nabrał przekonania, że babie odwaliło całkiem. Rzuca się więc na ratunek. I tu – jak wszyscy wiedzą – szybko okazuje się, że wszystkiemu winne mrówki. Trzeba je zlokalizować, wytrzebić. Znane, znane do bólu. Normalnie zajęłoby to trzy minuty i pogniewani kochankowie rozstaliby się nie zamieniwszy słowa. Ale wtedy właśnie w grę wdał się przecinek. Bo posłuchajmy opisu szarży owych śmiałych owadów na Telimenę:
Mrówki znęcone blaskiem bieluchnej pończoszki,
Wbiegły, gęsto zaczęły łaskotać i kąsać,
Telimena musiała uciekać, otrząsać,
Na koniec na murawie siąść i owad łowić.   
I teraz, kiedy tekst poematu redagował wspomniany już wybitny mickiewiczolog Stanisław Pigoń, wers 279 pieśni piątej o robocie mrówek brzmiał tak:
Wbiegły, (przecinek) gęsto zaczęły łaskotać i kąsać…
Cóż, kąsały jak to mrówki. Trzeba się było Telimenie otrząsnąć, demonstracyjnie nie przyjąć pomocy Tadeusza, wzgardliwie odejść. I po sprawie.
Ale, niestety, całą sytuację zmienił przecinek. Bo inny, równie wybitny, a konkurencyjny mickiewiczolog Konrad Górski uznał (a trzeba było uznać, bo sam Mickiewicz przecinka nie postawił wcale, a przecież zasady ortografii się zmieniają i należy za tym nadążać), uznał, że przecinek jest postawiony w złym miejscu. I przesunął go, co spowodowało moralną katastrofę. W jego redakcji ów wers 279 o inwazji mrówek brzmiał:
Wbiegły gęsto, (przecinek)zaczęły łaskotać i kąsać…
I to jest już zupełnie inna sytuacja. Mrówki „wbiegły gęsto”, czyli było ich dużo, bardzo dużo, było całe mnóstwo mrówek. Telimena miała niemal mrowisko pod suknią. I tu już półśrodki jak otrzepywanie się, skakanie, żeby wytrząść gada, nie mogły wystarczyć. Trzeba było owady starannie paluszkami wyłapać z najgłębszych zakamarków. Posłuchajmy poety:
Nie mógł jej swej pomocy Tadeusz odmówić;
Oczyszczając sukienkę aż do nóg się zniżył,
Usta trafem ku skroniom Telimeny zbliżył –
W tak przyjaznej postawie, choć nic nie mówili
O rannych kłótniach swoich, przecież się zgodzili;
I nie wiedzieć, jak długo trwałaby rozmowa,
Gdyby ich nie przebudził dzwonek z Soplicowa.
Rozmowa! Już my znamy takie rozmowy! Ale niech będzie, że rozmowa. Ile – pytam – może trwać oczyszczanie sukni kobiecej (model z sezonu 1811) z mrówek? Pół godziny. Kiedy kobieta ma pod suknią mrowisko – godzinę. A ile trwało w świątyni dumania? Zaczęło się tuż po obiedzie, a więc około drugiej. A skończyło? „Kiedy ich przebudził dzwonek z Soplicowa.” Co to był za dzwonek? Ano, dzwonek zwołujący na kolację. Było więc po szóstej, może siódma. Cztery godziny! Cztery bite godziny Tadeusz szukał mrówek u Telimeny! W takim czasie można by odszukać, zidentyfikować i zlikwidować wszystkie mrówki w Soplicowie i okolicach.
I jeszcze jedno. Skoro Tadeusz wykazał się postawą rycerską i pomógł kobiecie w potrzebie, dlaczego nie wracają do soplicowskiego dworku na kolację razem. Przecież Telimena powinna pobiec, opowiedzieć obszernie całą historię Sędziemu, Wojskiemu, Hrabiemu, Robakowi (zwłaszcza Robakowi, który jako ksiądz najprędzej doceniłby dobry uczynek Tadeusza). A tu nic. Nie dość, że Telimena nie wiedzieć czemu milczy (a zwykle usta jej się nie zamykają), to jeszcze nakłania Tadeusza, by w sposób idiotyczny udawali, że wcale się nie spotkali:
razem wracać nie wypada;
Więc Telimena w prawo pod ogród się skrada,
A Tadeusz na lewo biegł do wielkiej drogi;
Oboje w tym odwrocie mieli nieco trwogi
Cóż, staropolskie przysłowie mówi: na złodzieju itd. W każdym razie, jakkolwiek by na to patrzeć, scena godna jest najwyższego potępienia. Jawnie zachwala współżycie przedślubne (w dodatku o ślubie tu nawet mowy nie ma), jest popisem niskich instynktów, rozpusty, wyuzdania. A ze względu na brutalne potraktowanie mrówek, ma także wymowę antyekologiczną. Więc, oczywiście, absolutnie nie nadaje się do użytku szkolnego.

Wyuzdanie w sferze obyczaju erotycznego to jedno. A przecież pozostaje jeszcze w poemacie jawna demonstracyjna pochwała pijaństwa i alkoholizmu.
No, bo weźmy sam początek akcji: wieczerzę w zamku Horeszków. Od czego się ona zaczyna? Ano, goście wchodzą do sieni zmienionej w salę biesiadną i – głodni – oczekują poczęstunku. Od czego się on zaczyna, jak Państwo sądzą lub pamiętają z lektury?
Otóż w pierwszych słowach:
Mężczyznom dano wódkę; wtenczas wszyscy siedli
I chołodziec litewski milcząc żwawo jedli.
Otóż mężczyźni, nawet głodni, nie tknęli jedzenia, póki nie napili się wódki. I to od razu, szybko, na stojąco. Więc – żadne tam wino na trawienie, żaden, jak byśmy dziś powiedzieli, kieliszek do obiadu. Wóda – dla wszystkich i od razu.
Co z tego wynika? Mnóstwo rzeczy, ale my uprzytomnijmy sobie jedną. Otóż Sędzia, który jako gospodarz pił zapewne pierwszy i niemało, a z czasem:
To rzekłszy, z Podkomorzym przy pełnym kielichu
O politycznych sprawach rozmawiał po cichu.
Więc Sędzia swojej słynnej mowy o grzeczności nie wygłaszał zapewne, jak zwykło się przyjmować:
a ja powiem śmiało:
Grzeczność nie jest nauką łatwą ani małą.
Lecz tak, jak mówi ktoś, kto wypił sporo wódki na pusty żołądek, a potem pomieszał ją z winem:
…rzesznoś…

I nikt się temu nie dziwi. A już najmniej owa sień zamkowa, w której odbywa się ta mocno zakrapiana kolacja. Ona nie takie rzeczy widziała. Posłuchajmy Gerwazego, który relacjonuje te sprawy Hrabiemu:
«W tej ogromnej sieni
Brukowanej nie znajdziesz pan tyle kamieni,
Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;
Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,
Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,
Albo na imieniny pańskie, lub na łowy.
Podczas uczty na chorze tym kapela stała,
I w organ, i w rozliczne instrumenty grała;
A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym
Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:
Pierwszy wiwat za zdrowie Króla Jegomości,
Potem prymasa, potem Królowej Jejmości,
Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej,
A na koniec po piątej szklanicy wypitej,
Wnoszono: »Kochajmy się«. Wiwat bez przestanku,
Który dniem okrzykniony, brzmiał aż do poranku;
A już gotowe stały cugi i podwody,
Aby każdego odwieźć do jego gospody».
Owe podwody, czyli powozy, pojawiały się tam nie tylko dlatego, że stary Horeszko był nad wyraz gościnny. Ale przede wszystkim z tego powodu, iż goście byli tak pijani, że żaden nie był w stanie ustać na nogach.

Podobnych scen jest w poemacie bez liku. Szlachta szaraczkowa pije na umór w karczmie, po czym brata się z kim popadnie. Myśliwi piją – wódkę! I to dostarczoną przez księdza Robaka! – po polowaniu i koncercie Wojskiego. Jankiel trzyma wódkę aż w dwóch pobliskich karczmach, gdzie upija się zarówno szlachta jak i chłopstwo.
Żyd stary i powszechnie znany z poczciwości,
Od lat wielu dzierżawił karczmę, a nikt z włości,
Nikt ze szlachty nie zaniósł nań skargi do dworu.
O cóż skarżyć? Miał trunki dobre do wyboru,

Tu chciałbym przywołać postać pewnego zawodowca, szlachcica zagrodowego, znanego towarzystwu jako Konewka:
Tylko jeden Konewka, któremu w powiecie
Nie znajdziesz równie mocnej głowy przy bankiecie,
Konewka, co mógł wypić lipcu dwa antały
Nim mu splątał się język i nogi zachwiały:
Tu podaję, że antał to beczułka o pojemności 18 garncy, czyli w przekładzie na miary współczesne, około 70 litrów. A Konewka, jak podaje poeta, mógł wypić dwa antały, czyli 140 litrów i jeszcze trzymał się mniej więcej prosto. Cóż, z jednej strony głęboko takim procederem gardzę, a z drugiej nie ukrywam, że szczerze zazdroszczę.
Proszę łaskawie pamiętać, iż losy bitwy z Moskalami o soplicowski dwór przesądził właśnie ów Konewka, który niespodziewanie zaatakował szpaler Rosjan strzelając śrutem z garłacza. Tak to o sukcesie patriotycznego zrywu szlachty polskiej w „narodowym arcypoemacie” zdecydował mocno zaawansowany alkoholik, który wkraczając na pole bitwy był oczywiście kompletnie pijany:
Konewka dotąd małe dał męstwa dowody.
Choć najpierwszy ze szlachty uwolniony z kłody,
Choć zaraz znalazł w wozie swą miłą konewkę,
Swój szturmak faworytny i z nim kul sakiewkę:
Nie chciał bić się; powiadał, że sobie nie ufa
Na czczo. Szedł więc, gdzie stała spirytusu kufa:
Ręką jak łyżką strumień do ust sobie chylił.
Dopiero, gdy się dobrze rozgrzał i posilił,
Poprawił czapkę, z kolan wziął do rąk konewkę,
Zmacał sztenflem naboju, podsypał panewkę,
I spojrzał na plac boju.
I jeszcze jedno. Proszę także pamiętać łaskawie, że finał narodowej epopei – scena pod hasłem „Kochajmy się!” Ta, która jest zwieńczeniem wszystkiego, co ma być najbardziej polskie, która powinna być rdzeniem naszej tożsamości narodowej, która powinna na skrzepić w chwilach zwątpienia i niedoli to – zbiorowe, bezładne, intensywne pijaństwo. Nazywając rzecz po imieniu: zwykły, ordynarny ochlaj. Przyznaje się do niego i sam autor, który w dodatku robi rzecz naganną, którą wytknąłby mu każdy uczestnik spotkań grupy anonimowych alkoholików. Nie dość, że pije, to jeszcze miesza miód i wino, czyli różne rodzaje alkoholi:
A szlachta ciągle pije i wiwaty wznosi:
Napoleona, Wodzów, Tadeusza, Zosi,
Wreszcie z kolei wszystkich trzech par zaręczonych,
Wszystkich gości obecnych, wszystkich zaproszonych,
Wszystkich przyjaciół, których kto żywych spamięta
I których zmarłych pamięć pozostała święta!
I ja tam z gośćmi byłem, miód i wino piłem,
A com widział i słyszał, w księgi umieściłem.

Mili Państwo, nieco wcześniej zahaczyłem o miejsca niedookreślone, o tajemnice w poemacie. Jest ich tu mnóstwo. Mickiewicz rzuca hasło, czasem jedno słowo, potem do kwestii nie wraca i skazuje czytelnika na męki domysłu.
Pytanie pierwsze: czy Hrabia nosił kolczyki? Najwidoczniej tak. Podczas sporu na zamku (księga V) Gerwazy, doprowadzony do szewskiej pasji, krzyczy do niego: „Ja cię tu zaraz po tych zauszniczkach płatnę.” Przekładając na nasze: otrzymasz cięcie szablą (lub scyzorykiem) po takim rodzaju kolczyków, które zwą się „zausznikami”. W XVIII wieku panowała wśród polskich białogłów moda na noszenie kolczyków. Podobnie jak panuje dzisiaj. Z tym, że panie aby zaświecić w oczy swym bogactwem wkładały kolczyki ze szlachetnych metali i szlachetnych kamieni. Z czasem coraz większe. Dochodziło do tego, że grona brylantów przymocowane do płatków uszu, ważyły tak wiele, iż rozrywały ciało, spadały na posadzkę, krew się lała. Wprowadzono więc zauszniki, czyli ogromne, ciężkie kolczyki, które mocowano za uchem. A one sobie zwisały potężną kiścią. Z czasem XVIII-wieczni panowie przejęli taką biżuterię od pań – to też dzieje się i w naszych czasach – i zaczęli nosić mocowane za uszami potężne pęki klejnotów. Tak więc hrabia musiał mieć głowę eksponowaną pomiędzy dwoma potężnymi kolczykami, które w blasku świec mieniły się wszystkimi kolorami i jeszcze donośnie pobrzękiwały. Elvis z jego brylantyną to były przy tym małe miki. Nic dziwnego, że wściekły Gerwazy chciał go nie tyle zdzielić przez łeb, co przejechać po kolczykach. Zresztą nie jego jednego kolczyki tak mocno wkurzały. Przypomnijmy scenę polowania na niedźwiedzia. W pewnym momencie oszalały ze strachu i wściekłości niedźwiedź staje między Tadeuszem i Hrabią. Już wznosi łapę i za chwilę pacnie w głowę któregoś z nich. Wyboru zwierz musi dokonać w ułamku sekundy. I zdecydował – rzuca się na Hrabiego (pamiętamy, że nie zdąży, bo ksiądz Robak go zastrzeli). Dlaczego? Bo najwidoczniej wpieniały go do białości te świecące i brzęczące kiście brylantów, które zwisały z uszu Hrabiego.
Jak płynie stąd wniosek dla dzisiejszego czytelnika? Otóż niedźwiedź również nie był zwolennikiem ideologii gender!

Tajemnica kolejna, która zresztą pojawia się na samym wstępie. Wśród rozlicznych pereł przyrody litewskiej stęskniony wieszcz przywołuje przecudnej urody „bursztynowy świerzop”. Przypominam, że świerzop pisze się przez „rz”, a je jak wyraz pochodny od przymiotnika „świeży”. Mówię o tym, bo w świerzopie pewna jest tylko ta nazwa przez „rz”. Nad całą resztą, a więc identyfikacją w zakresie systematyki gatunkowej, uczeni obradują od dwustu lat. Na dzień dzisiejszy: bez rozstrzygających rezultatów. Tak więc po kolei – o bycie świerzopem posądzane były następujące rośliny:
Rzodkiew świrzepa,
Sama świrzepa dopóki autorytatywnie nie stwierdzono, że świrzepa nie ma nic wspólnego z rzodkwią, a oznacza „klacz młodą, która przestała być źrebięciem”,
Świrzopa, o ile jak podają słowniki, nie oznacza ona w danym momencie kobyły,
Gorczyca polna
Ognicha, która raz jest tożsama z gorczycą, a raz nie,
Ognicha, ale raczej bliska łopuchy,
Rzodkiew łopucha,
Gatunek gliki z rodziny berberysowatych,
Lewkolist,
Głóg,
Świrina
Rzepak,
Koniczyna
Koniczyna biała
Koniczyna biała, ale z podbiciem różowym,
Koniczyna zdecydowanie różowa
Koniczyna o odcieniu miodu, rdzy, ewentualnie bursztynu
I tak dalej, a dyskusja daleka jest od zamknięcia. A przebiega ona w nerwowej atmosferze, bo już czekają następne zagadki przyrodnicze. Na przykład: co to za roślina, która w inwokacji nazywa się „dzięcielina pała”?

Kolejny sekret poematu wiąże się z tym, że „Pan Tadeusz” zdradza cechy horroru, w którym pojawiają się „obcy” o rodowodzie nieznanym, być może kosmicznym. Proszę przypomnieć sobie księgę trzecią,  „Umizgi”. W niej czytamy rozmowę, jaką Zosia prowadzi z Hrabią w tym ogródku przydomowym, który liczył sobie raz dziesięć metrów, a raz kilometr. Rozmowa kończy się tym, ze Zosia prosi Hrabiego, by ptactwo domowe, które spłoszył, wpędził „nazad w zboże”. Sama zaś bierze na rękę jedno z wiejskich dzieci, którymi się opiekowała, drugie bierze za rękę. Resztę gromadki wiedzie przed sobą. Hrabia widzi więc Zosię z gromadką oddalającą się w kierunku zamku. I wtedy czytamy:
Ona tymczasem znikła, zakryta drzew cieniem.
Chwilę jeszcze z szpaleru przez majowe zwoje
Przeświecało coś na wskroś, jakby oczu dwoje.
Zobaczmy to. Zosia odeszła. Dopiero co skończyła rozmawiać z Hrabią i nie miała powodu gapić się na niego ukradkiem poprzez szpaler zieleniny. Nikogo innego w okolicy nie było. Mickiewicz nie wyjaśnia ani tu, ani w żadnym innym miejscu, co lub kto obserwował Hrabiego. Więcej: pisze wyraźnie, że to „coś”, ten tajemniczy obiekt, którego najwyraźniej nie powinno tam być, posiadał „jakby oczu dwoje”. Podkreślam: nie „oczy” po prostu, ale „jakby oczy”. A jakby to były telepatrzydła przybysza z kosmosu? Lub ślepia bestii? Wilkołaka? Szatana zagnieżdżonego w jakimś ziemskim cielsku? Wampira, którego zwabiła perspektywa napicia się krwi nastoletniej dziewczyny, która – szczęściem dla niego – lubi chadzać w odludne miejsca? W każdym razie to w najwyższym stopniu niepokojące „coś” patrzy i czeka. Na dogodny moment, by rzucić się do gardła? A może śledzony Hrabia – jak to bywa w licznych współczesnych horrorach – sam przyzywa bestię, czerpie perwersyjną przyjemność z faktu, że jest obserwowany. Może nawet współpracuje z nią i wystawia biedną Zosię na łup tej zaczajonej kreatury? Nie wiemy, możemy tylko domyślać się i spekulować. Z tym, że nie są to spekulacje bezpodstawne. Dlaczego?
Ano dlatego, że te oczy wracają. Czytajmy księgę ósmą,  „Zajazd”. Oto nad Sopliców nadciąga zmierzch:
Mrok gęstniał; tylko w gaju i około rzeczki,
W łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki,
A dalej, u ścieśnionych widnokręgu brzegów,
Tu i ówdzie ogniska pastuszych noclegów.
Nareszcie księżyc srebrną pochodnię zaniecił,
Wyszedł z boru i niebo i ziemię oświecił.
Powtarzam: jest pogodny, letni wieczór. Żaby rechoczą, nietoperze pikują w poszukiwaniu żeru wśród owadów. I wtedy przez zarośla na brzegu rzeczki, która przepływa tuż obok dworku, pojawiają się wilki. To nie jest środek srogiej zimy, kiedy wilki w stadium dojmującego głodu zbliżają się nie zważając na ryzyko śmierci do siedzib ludzkich. Jest lato, w boru zwierza dostatek, wilki nie mają najmniejszego powodu ryzykować i zbliżać się do ludzi. A jednak u poety stoi wyraźnie i nie chce być inaczej:
W łozach, błyskały wilcze oczy jako świeczki.
Ale – co wydaje się bardziej prawdopodobne – to wcale nie są wilki, a tylko wilcze oczy? A kto ma wilcze oczy i jednocześnie skrada się wieczorami ku ludzkim siedzibom niezależnie od pory roku? Wiadomo – wilkołaki. Czatują, żeby w stosownej chwili wbić się swymi potwornymi kłami w szyję. I znowu: pamiętajmy, że właśnie przed dworek wyszła Zosia ze swoją piękną i smukłą szyją. A jaki wilkołak się takiej szyi oprze?
Ale nie to jest w tej scenie najgorsze. Bo przecież poeta opisuje zmierzch przed dworkiem tak jak go oglądają wszyscy obecni: Sędzia, Wojski, Zosia i reszta towarzystwa. Więc te wilcze ślepia widzi nie on, narrator, lecz wszyscy obecni. I co? I nic! Proszę sobie uzmysłowić: zaledwie kilkanaście metrów od całego towarzystwa pojawiły się wilki, zwierzęta skrajnie dla człowieka niebezpieczne. Zapewne nie przyszły tu podziwiać urok wieczoru. Przyszły na żer. Ludzie, czyli ten żer, w tym bezbronna nastoletnia Zosia, są tuż. Jeden skok i dziewczę zginie w złowrogiej paszczy. A tu nic – Sędzia patrzy, Wojski patrzy, Tadeusz patrzy… I nic. Żaden nie wszczyna alarmu, nie ostrzega przed niebezpieczeństwem, nie wzywa służby, nie biegnie wreszcie po strzelbę, żeby bestie powalić. Widzą wilcze ślepia kilka metrów dalej i spokojnie wracają do rozmowy o niczym.
Dlaczego? Ano dlatego, że to być może wcale nie są wilcze ślepia. Może to nie wilki, lecz wilkołaki, bracia-wilkołaki wychodzą na zwykły rutynowy, wieczorny żer? Nie wolno im przeszkadzać, nie wolno ich płoszyć. Tak każe wilkołacza solidarność. Bo kto nam zaręczy, że Sędziemu czy Wojskiemu za chwilę nie wyrosną kły i oni sami nie pójdą polować w mroku nocy? Tak, poeta jak po sznurku naprowadza uważnego czytelnika na sugestię, że Soplicowo jest siedliskiem wilkołaków, wampirów. A to, co dzieje się tam wieczorem (!) nieuchronnie przywodzi na myśl realia niedawnego hitu kina wampirycznego, którzy nazywał się – nomen omen – „Zmierzch”.

Zgadało się o Sędzim. Cóż, ten Sędzia, skądinąd wzorzec prawego szlachcica starej daty, koryfeusz dobrego obyczaju, patriota, mimo wszystko raczej nie należał do tych najbystrzejszych. No, bo czytajmy o jego praktykach gospodarskich w księdze pierwszej, kiedy kończy się kolejny dzień żniwa. Oczywiście dokonywanego rękami chłopów pańszczyźnianych, czyli rodzimego odpowiednika amerykańskich niewolników z plantacji bawełny. O których niedoli oglądaliśmy wiele filmów od „Chaty wuja Toma” i „Przeminęło z wiatrem” zaczynając. U nas pisało się o tym mało, a i dziś jakoś nikt filmów nie kręci. W każdym razie w „Panu Tadeuszu” mamy taki oto koniec dnia roboczego w porze żniw. Słońce zniża się nad las:
Słońce nad nim czerwone jak pożar na dachu;
Wtem zapadło do głębi; jeszcze przez konary
Błysnęło jako świeca przez okiennic szpary
I zgasło. I wnet sierpy gromadnie dzwoniące
We zbożach i grabliska suwane po łące
Ucichły i stanęły: tak pan Sędzia każe,
U niego ze dniem kończą pracę gospodarze.
„Pan świata wie, jak długo pracować potrzeba;
Słońce, Jego robotnik, kiedy znidzie z nieba,
Czas i ziemianinowi ustępować z pola”.
Trzeba przyznać – ludzki pan. Ale załóżmy, że Sędzia jest mniej wspaniałomyślny i każe kontynuować żniwa przy pomocy sierpów i kos już po zapadnięciu zmroku. Jak ci żniwiarze wyglądaliby następnego ranka? Co najmniej jak bohaterowie kultowego horroru „Masakra teksańską piłą mechaniczną”. No, i kto dokończyłby żniwa?
I jest jeszcze Sędzia strateg. W księdze szóstej „Zaścianek” odbywa naradę z księdzem Robakiem. Czytamy, czytamy i nasz podziw rośnie. Co jeden dyskutant to większa kanclerska głowa. Oto ksiądz Robak, a jak się niebawem dowiemy Jacek Soplica, brat Sędziego, który w poemacie bywa przedstawiany jako uosobienie prawości, odwagi, a przede wszystkim rozumu politycznego, zachęca Sędziego do zainicjowania powstania litewskiej szlachty przeciw Moskalom. Ma w tym cel patriotyczny, ale – pamiętajmy – nie tylko. Bo – jak tłumaczy – niebawem wkroczy na te tereny Napoleon ze swoją armią i przekona się, że obszary nadniemeńskie zostały już wyzwolone. Przez kogo? Ano zrywem miejscowej szlachty, na czele której stoi nie kto inny tylko Sędzia Soplica. Tym sposobem Jacek i ksiądz Robak w jednym osiągnąłby także swój własny cel: nazwisko Soplica splamione z jego strony morderstwem dokonanym na patriocie Horeszce, a ze strony brata przyjęciem od Moskali tego judaszowego wynagrodzenia, jakim był zamek Horeszki i jego liczne dobra, zostałoby przez taki czyn patriotyczny oczyszczone. No, i pięknie. Należy wyciągać wnioski z własnych błędów, podnosić się z upadku. Ale – na Boga! – nie w ten sposób. Nie tak, że porwie się do powstania tych różnych Konewków, Brzytewków, Kropicieli, czyli ewidentnych bęcwałów i pijaków z zaścianków, pod wodzą Sędziego Soplicy! Czyli kogo? Ano – zawodowego rolnika, który o wojaczce, o strategii, o prowadzeniu kampanii wojennej ma pojęcie blade, a mówiąc ściśle – żadne. Co taki „wódz” może zdziałać wobec regularnych, dobrze uzbrojonych i wyćwiczonych wojsk rosyjskich? Ano, wystawi tę popędliwą, uzbrojoną byle jak czeredę na pewny pogrom, na śmierć, na zagładę. Czy Robak jest tak ślepy, że tego nie widzi? Ano, w pewnym sensie jest ślepy. Jego rodowy interes, owo oczyszczenie nazwiska, jest dla niego tak ważne, że gotów jest wystawić na klęskę powstanie, a okolicznej szlachcie, którą przecież doskonale zna i – jak się wydaje – kocha, zgotować rzeź. Byle tylko zrehabilitować siebie i własny ród. Oto „wzorzec z Sevres” patrioty polskiego. Na dowód, że mam rację odzywa się w trakcie tej rozmowy Sędzia, który – podbechtany przez Robaka – już czuje się wodzem. I ten wódz od ręki zdradza swój plan kampanii. Deklaruje śmiało:
Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie,
Ja z synowcem na czele i – jakoś to będzie !
Jak to mówił pewien patriota kresowy w znanym filmie: „Mądrego to i przyjemnie posłuchać.”

Cóż…
Na prawdziwej, a nie zakamuflowanej, nie zmitologizowanej wartości „Pana Tadeusza” czytelnicy i krytyka poznali się natychmiast. Cytuję zbiorczą ocenę Zygmunta Kaczkowskiego z roku 1899: „(…) >>Pan Tadeusz<<, który właśnie wtedy się upowszechnił, nie był uważany za takie arcydzieło, bez skazy, jak dzisiaj, owszem ulegał wielorakiej krytyce. Zarzucano mu nijakość głównego bohatera i uważano z nieukontentowaniem, że Mickiewicz w nim nawet przeciętny poziom ówczesnej młodzieży obniżył, bo przecież Polska wydawała wówczas bardzo wielu ludzi, którzy byli czymś więcej aniżeli de la chair a canon (mniej więcej tyle, co nasze >>mięso armatnie<<), jaki jest jego Tadeusz; zarzucano brak kobiet, bo przecież w Polsce bywają inne kobiety niżeli głupiutka Zosia i Telimena wzdychająca do petersburskich salonów; uważano, że Jacek Soplica mógł był jaką polityczna zbrodnię popełnić, a niekoniecznie proste morderstwo (…), uważano, że zaściankowa szlachta jest skarykaturyzowaną, podnoszono z przekąsem, że chłopom w tym poemacie tylko z łaski pańskiej dzieje się dobrze, a nie masz wspomnienia o tej sytuacji społecznej, jaka im się z prawa należy, a w końcu nawet i wierszowi robiono te i owe zarzuty (…) Wielbiciele klasycyzmu byli zdania, że ten poemat ściąga poezję epicką na poziom tak niski, że na tym cierpi jej godność a demokraci uważali, że jest on apoteozą szlachetczyzny i społecznego zastoju z uszczerbkiem wolnomyślnych idei.”
Zsumujmy te zarzuty. Tadeusz, ten ideał wskazywano młodym Polakom, jest młodzieńcem mało lotnym. Żaden z niego obrońca ojczyzny: najwyżej bawidamek. A i w tej kwestii – jak wykazywaliśmy – wyjątkowo gamoniowaty. Pomysłu na życie nie ma wcale: czeka tylko, w jaką stronę popchnie go stryj. Do wojska wstąpił nie z rozmysłu, a przez przypadek. Ranny został, ale pewnie wówczas, gdy nieostrożnie nastąpił na grabie albo spadł z konia podczas manewrów. Typowe więc „mięso armatnie”. I to mimo, iż imię nosi po Kościuszce!
Jego ojciec, Jacek Soplica i ksiądz Robak jednocześnie, jeszcze gorszy. Nie dość, że zabił własnego, niedoszłego teścia, to jeszcze w fatalnym momencie. Wtedy, kiedy ten opierał się samotnie w swoim zamku-szańcu nawale wojsk rosyjskich. Najeźdźców ojczyzny. Nie tylko więc skrócił żywot ewentualnego tatusia, co stanął po stronie Moskali, wrogów Polski i to w najbardziej krytycznym dla tej ojczyzny momencie. Gdy ten samotnie opierał się nawale wojsk zaborczych. To się nazywa dywersja, piąta kolumna i zdrada narodowa. Mało tego – ta zdrada przeszła na jego brata. Ten bowiem przyjął od Rosjan, a więc zaborców, okupantów, ziemie Horeszków i ich zamek. W dowód wdzięczności, że jego brat zabił głównego wroga Rosjan, zaborców, na tym terenie. Do którego to zamku Sędzia  wprowadza zresztą gości na wieczerzę, aby pokazać raz jeszcze, że te dobra wcale nie należą do dzielnego, a zamordowanego podstępnie przez jego brata, Horeszki, lecz do niego. Bo przecież legalna, rosyjska władza mu je przyznała, a on nie zamierza z nich rezygnować. Cóż, jakkolwiek by patrzeć: Jacek Soplica to zdrajca, a Sędzia Soplica to kolaborant.
Pretensje w kwestii kobiet w poemacie to nie są jakieś feministyczne fanaberie. „Pan Tadeusz” mimo, że starał się pokazać polskie społeczeństwo w jak najszerszym przekroju, nie dawał ani jednej postaci kobiecej, o której można by powiedzieć choćby jedno ciepłe słowo. Nie mówiąc już, że żadnej, na której warto by się wzorować. Zosia to przecież jeszcze dziecko i nic ciekawego zapewne z niej nie wyrośnie, skoro jej ulubionym zajęciem  pozostaje karmieniu kur i pasanie gęsi. No, bo czego, ewentualnie, mogłaby ją nauczyć Telimena, która jest bardziej Rosjanką – ciągle zapatrzoną w swój Petersburg – niż Polką. Nie mówiąc, że głupia, pusta i puszczalska. A poza tym to, by się elegancko wyrazić, pospolita metresa. Przysłowia ludowe mówią o takiej: „W starym piecu diabeł pali” czy „Łeb siwieje, dupa szaleje.”
A gdzie postacie kobiet na miarę Emilii Plater? Tej świetlistej bohaterki, której zresztą sam Mickiewicz poświęcił wspaniałą balladę? I wyraźnie tam napisał, że „pułkownik Emilija Plater” umiera od ran poniesionych w walce za ojczyznę. Ale jak umiera? Oto – pamiętamy! – wokół niej, w „chatce leśnika”, krząta się „rota strzelców zielona”, czyli kilkudziesięciu młodych, zdrowych i zapewne przystojnych chłopaków. A ona umiera jako – zacytujmy wieszcza – „dziewica-bohater”. Jak w zestawieniu z tą bohaterską dziewicą wygląda Telimena? Gorzej niż fatalnie. Ale to ta pani o bardzo lekkim prowadzeniu się jest w poemacie – przypominam: lektura szkolna od stu lat – silnie eksponowana. Jak silnie? Ano, zobaczmy. „Pan Tadeusz” liczy 9713 wierszy. Z tego tych, w których Telimena występuje lub jest tylko wspomniana, jest przeszło 1200, co czyni jedną ósmą poematu. Więcej mają tylko Tadeusz (ok. 1800 wierszy), ksiądz Robak (1400), ale już Sędzia ma tych miejsc mniej, nie mówiąc o innych osobistościach. Wniosek? Poeta w swym rzekomo patriotycznym dziele lansował jako wzorzec dla czytającej młodzieży przede wszystkim kobietę zepsutą, rozpustną, zapatrzoną we wzorce rosyjskie.
O szlachcie w poemacie pisał pozytywistyczny krytyk Franciszek Krupiński w roku 1876: „Potworzyli zatem nasi romantycy niby epopeje, których tłem społeczeństwo szlacheckie zuchwałe, krnąbrne, nie szanujące praw, mściwe, pyszałkowate; a treścią zajazd, zemsta z prywatnych i mało ważnych pobudek, pożoga, mord, słowem rycerskość.”
Inni krytycy podnosili, że Pan Tadeusz to zwyczajne nudy. Pisał Franciszek Morawski: „Mickiewicz w >>Tadeuszu<<, a zwłaszcza w pierwszym tomie, tak często nieznośnie jest długi, że zdaje się, iż nigdy wygadac się nie może (…) słowem więcej niż dormitat”. Dormitat były to ówczesne pigułki na sen.

Wszystko to razem doskonale rozumieli już czytelnicy współcześni Mickiewiczowi. Proszę łaskawie pamiętać, iż pierwsze wydanie III części „Dziadów” w nakładzie dwóch tysięcy egzemplarzy rozeszło się w czasie krótszym niż rok. Za to pierwsze wydanie „Pana Tadeusza”, które ukazało się w nakładzie 3 tys. egzemplarzy zalegało na półkach księgarń co najmniej przez pięć lat. Słowacki pisał w liście do matki (zapewne z odcieniem cichej satysfakcji), że księgarz paryski stracił na wydaniu „Pana Tadeusza” kilka tysięcy franków. Drugiej edycji żaden wydawca nie chciał już zaryzykować obawiając się totalnej klapy. Owszem, dzieło ukazało się ponownie, ale dopiero w roku 1844, czyli w dziesięć lat po premierze. I to nie jako druk samodzielny, lecz w zbiorówce, w pismach zebranych. A za życia Mickiewicza, a zmarł przeszło 20 lat po wydaniu swojego poematu, w ogóle nie doszło do wydania dziełka osobno po raz drugi.
Słowacki najpierw zachwycił się poematem – tego stopnia, że doceniwszy jego klasę spalił pierwsza wersję własnego poematu „Mazepa”. Chciał nawet wsiadać w dyliżans i wyruszyć ze swej Genewy do Paryża, by uścisnąć rękę konkurenta. Ale później ostygł w zachwytach i nazwał „Pana Tadeusza” „ubóstwieniem wieprzowatości”. Zygmunt Kasiński natomiast komplementował poemat do tego stopnia, że nazwał go nawet „lepszym od >>Monachomachii<<. Z kolei Norwid dzieło oceniał jeszcze wyżej mianując je arcydziełem, a to w następującym kontekście: „Zapewne, że ukochany Ojczysty Poemat Narodowy (dużymi literami) >>Pan Tadeusz<< to jest poemat narodowy, w którym jedyna figura serio jest – Żyd… Zresztą awanturniki, safanduły, facecjoniści, gawędziarze. Kobiet narodowych dwie: jedna Telimena, metresa moskiewska, druga Zosia, pensjonarka. Zapewne, poemat to arcynarodowy, w którym jedzą, piją, grzyby zbierają i czekają, aż Francuzi przyjdą zrobić im Ojczyznę… Zapewne, że to jest arcydzieło…”
Stefan Witwicki, poeta, jeden z przyjaciół Mickiewicza, którym czytywał on partie poematu jeszcze w fazie jego tworzenia, pisał: „Jakże on zaczyna swoje ostatnie dzieło? >>Litwo, ojczyzno moja<<. Prawdziwie, dziwne to poety roztargnienie, jakiemu żaden Polak nie uwierzył i nie uwierzy. (…) Kto wie, może niezadługo który nowy poeta, naśladując niby Mickiewicza, zacznie jaką epopeję od słów: O ziemio czerska, ojczyzno moja… O powiecie latyczewski, ojczyzno moja.”

Zmierzam do puenty.
To jest – uważam absolutnie skandaliczne – żeby dzieło napisane tak niedbale, zawierające w dodatku tak deprawacyjne opisy wprowadzać do szkół i to na prawach lektury obowiązkowej. Dlatego też w miarę moich skromnych możliwości będę się starał, aby „Pana Tadeusza” ze szkół wycofano. Jeżeli będzie trzeba, sam przysiądę fałdów i napiszę poemat dydaktyczny dla młodzieży. Będzie on zawierał pouczenia moralne dla dziatwy, sporo zaleceń pobożnościowych, a przede wszystkim świetlane sylwetki współczesnych Polaków, które młodzieży należy stawiać za wzór. Jego tytuł –  „Ojciec Tadeusz”.

 Sieradz, 03.09.2014

3 przemyślenia nt. „Prelekcja o Panu Tadeuszu

  1. Widać, że Pan lubi ryzykować życie. Takie odbrązawianie a la Boy to nie na dzisiaj i nie na tutaj, kiedy Moskal znowu napiera. Śmichy-chichy z Symboli Narodowych se można robić w spokojniejszych czasach. Tylko, że czasy zawsze takie same.

  2. Szanowny Pan ma rację.
    Przed laty spróbowałem podczas pewnego wieczoru autorskiego odczytać powieść Małgorzaty Musierowicz dokładnie tak, jak została napisana. A nie wedle intencji autorki. Na sali było mnóstwo panienek zakochanych w perypetiach „przezacnych Borejków”. Z najwyższym trudem uszedłem z życiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *