Opiekacze do cytryn

Wróciłem właśnie z telewizji nadającej na regiony. Było o Festiwalu w Gdyni. Pan prezenter na koniec prosi o jedno (!) zdanie. Co miałem powiedzieć? Powiedziałem: „Zostańcie z Bogiem, dobrzy ludzie!”

Kilka dni temu jadę za samochodem wiozącym młodą parę. W miejscu tablicy rejestracyjnej napis: Game over.

Ale wróćmy do Bydgoszczy („Do Bydgoszczy będę jeździł!”), bo z nadmiaru wrażeń artystycznych trudno się otrząsnąć. Nabyliśmy je w oddziale Muzeum poświęconym sztuce współczesnej.
Mnie, jako krytyka filmowego zainteresowała praca Doroty Podlaskiej „Płaczę w kinie”. Scena bardzo filmowa. Tylko, kto tu za chwilę będzie płakał? Zdradzana żona, facet, który dostanie w papę, czy ta zdzira w łóżku, której żona powyrywa kudły?:

Kawałek dalej wisiały ekscesy antykatolickie („Bogurodzica”) malarza Edwarda Dwurnika. Kiedyś w gabinecie miałem jego obraz wizerunkiem Poznania. On to maluje, jak by łączył technikę Nikifora ze zdjęciem lotniczym. Obraz Poznania był niewiele mniejszy od „Bitwy pod Grunwaldem”:

Znowuż tryptyk instalacyjny Antoniego Berdyszaka. Każda część to coś w rodzaju opiekacza, w którym na rożnie okręcały się fikuśnie cytryny. To ma jakiś związek ze słynnym wierszem Goethego „Znasz-li ten kraj, gdzie cytryna dojrzewa”. Na razie nie ustaliłem, jaki:

„Tragarz z Kapadocji” Zofii Kulik został przedstawiony dokładnie i w kilkudziesięciu takich zbliżeniach, gdyby ktoś był miłośnikiem:

I już jeden z wielu aktów Nowosielskiego (przerwa w malowaniu ikon). O pewnych paniach mawiało się, że mają sylwetkę „jak z Nowosielskiego”. I nie był to komplement:

Z kolejnego ambalażu Tadeusza Kantora wynika, że rzeczy jednego rodzaju miał w domu z pewnością za dużo. Parasoli:

Malarz Aleksander Kobzdej ostatnie lata życia (zbyt krótkiego) poświęcił malarstwu szczelinowemu i miał zapewne nadzieję, że zostanie najsłynniejszym polskim malarzem szczelin. To kolejna jego praca w tym nurcie – „Szczelina w czarno-niebieskim”:

Obawiam się jednak, że publiczność do szczelin Kobzdeja nie dorosła i dalej będzie mu pamiętać ten jeden, jedyny obraz z roku 1950:

Porwał mnie też malarz Kajetan Sosnowski. Z powodu, że nie zastygał przy utrwalonej formule, lecz rozwijał się nieustannie. Kiedy miał „okres czerwony”, jego obraz wyglądał tak:

A kiedy miał „okres zielony”, jego obraz przedstawiał się tak:

Trzeba przyznać: żadnego podobieństwa!
Natomiast Artysta Ryszard Winiarski poszedł na łatwiznę. Jego koledzy cieniowali rzeczywistość, starali się wydobyć z niej wszelkie możliwe niuanse. A ten tylko: czarne-białe, czarne-białe. Naprawdę, to robota dla najmniej wymagającego widza:

Koniec odsłuchiwania tomu felietonów na tematy czeskie: Mariusz Szczygieł „Zrób sobie raj” (Wydawnictwo Pern). Do wynotowania byłoby mnóstwo, bo Szczygieł pisze całostkami, paradoksami, anegdotą, nie zamula narracji, a wręcz przeciwnie. Ale tylko dwa kawałki, z tym, że ten drugi jest brzydki, koprofagiczny, nie dla każdego. Ale – po pierwsze oddaje w pewnym stopniu czeskie widzenie świata, a po drugie dociekliwość Szczygła. Ostatecznie to on pierwszy dał w ogólnopolskiej gazecie doniosły tekst o rodzimym onanizmie:

Ja pieszczę wspomnienie znad pisuaru (na stacji metra Plac Republiki w Pradze). Gdy
podniosłem wzrok na ścianę, na wyblakłej, niebieskiej naklejce, przyklejonej tu jeszcze w
ubiegłym wieku, widniał napis: PIELĘGNUJCIE PRZYPADKOWĄ ŻYCZLIWOŚĆ I PIĘKNE CZYNY POZBAWIONE SENSU.

I pasaż o zbuntowanym poecie i performerze, Egonie Bondym:

Pierwsze wiersze Bondy’ego są więc o tym – jak sam mówił – że ZSRR to faszystowski
reżim. Gdy wszyscy pisali: „Z ust do ust leci / Imię, co jak słońce nam świeci / Imię, co słońcem się zaczyna / Imię Towarzysza Stalina” lub: „W krainie socjalizmu nikt się nie martwi / oto jest linia naszej partii”, Egon Bondy pisał tak: „Z delikatną ostrożnością pierdzę, żebym się nie zesrał”.
Potem krytycy określili to jako sposób manifestacyjnego oderwania się od kultury oficjalnej, naznaczonej konformizmem.
Nurt fekalizmu, do którego należy także Bondy, przybliżyć mogę tak:
„W tekstach dojrzeć można naturalną reakcję zdrowego rozumu na obowiązkowe
nauczanie w szkole oficjalnej, państwowej doktryny marksizmu-leninizmu. Podstawowe tezy fekalizmu (primo: Wszystko jest gówno warte, ergo secundo: Na wszystko się mogę wysrać, ergo tertio: Wszyscy mi mogą wylizać dupę), mogą brzmieć w swojej jawnie koprofagicznej formie jako wtórne i niezbyt innowacyjne. Ale w konkretnym okresie historycznym, kiedy były rozumiane jako antyteza rewolucyjnego optymistycznego światopoglądu partii rządzącej, mogły być zakwalifikowane w swojej antyspołecznej, antypaństwowej wymowie i kontrrewolucyjnej konsekwencji jako czyn zagrażający państwu i sprzyjający jego demontażowi.
Fekalizm eliminuje przemiany rewolucyjne i rozwój oraz własność środków produkcji,
skupia się zaś na rozwoju stosunków międzyludzkich, które można zilustrować
fekalistycznym obrotem srania. I tak epokę monarchii charakteryzowano jako stan, gdzie
jeden srał na wszystkich, jednak rewolucja przyniosła zmianę: teraz wszyscy srali na jednego.
Aż doszło do stanu współczesnego, kiedy wszyscy srają na wszystko. Z tego wywodzi się
pesymistyczna prognoza, w której nie brakuje marksistowskiego wyczucia ekonomii, ale
która stoi w przeciwieństwie do oficjalnie deklarowanej optymistycznej wizji komunizmu. Po zwycięstwie socjalizmu na czarnym horyzoncie spotykają się dwie ostatnie żyjące ludzkie istoty. Jedna z nich zwraca się do drugiej z prośbą: „Nie pożyczyłbyś mi gówna, żebym mógł się wysrać?””

Jeszcze raz przepraszam.

2 przemyślenia nt. „Opiekacze do cytryn

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *