One Night in Casablanca

Wspominków ciąg dalszy. W miejscowości Tryńcza pod Leżajskiem spędziliśmy niezapomnianą noc w motelu „Casablanca”:

A potem pielgrzymki ciąg dalszy: bazylika w Leżajsku. Tu przed kościołem „Punkt pierwszego kontaktu” połączony z ubikacją. Dorota poszła się upewnić i pyta, czy „punkt pierwszego kontaktu” jest w ubikacji. Starsza pani nie podniosła nawet oczu znad najnowszego numeru „Życia na gorąco”. „- Opłata dwa złote!”:

Wreszcie zmierzamy do klasztoru. Na zabudowaniach tabliczka informacyjna, czyim imieniem nazwano ten plac. Ale też, gdyby jakiś pielgrzym przeczytał, że to „Jana Pawła”, ale te imiona z niczym by mu się nie kojarzyły, dodano „papieża”:

Pielgrzymi zresztą traktowani są tu dość zasadniczo. W przyklasztornym sklepiku spostrzegłem nakaz jednoznaczny:

I jeszcze jeden:

Nic dziwnego. Szatan i jego pokusy czają się wszędzie. Więcej na ten temat w piśmie szeroko tam propagowanym:

Wewnątrz doznałem frustracji, która często dotyka mnie w świątyniach barokowych. Zwłaszcza w tak zdobnych, jak ta. Otóż tłumy świętych gestykulują nad wyraz gwałtownie („Każdy święty ma swoje wykręty.”), a ja nie mam pojęcia, o co może im chodzić. Gdyby takim gestem zaczepił mnie pan na ulicy, od razu sięgnąłbym po portfel. A tu?:

Kawałek dalej, w miejscowości Rudnik nad Sanem, jest znane zagłębie wikliniarskie. Z wikliny są tam w stanie zrobić wszystko. Na dowód – wyeksponowana u wjazdu do miasta replika budowli, która od razu powinna była zostać wzniesiona w wiklinie:

Wreszcie Sandomierz. Po czym poznać? Ano:

W ten pejzaż świetnie wkomponował się nasz wicepremier z PSL-u. Łatwo było wyłowić z tłumu pstrokatych letników jego samego i kolegów partyjnych. Wszyscy w czarnych garniturach a la Blues Brothers. A wicepremier Piechociński ustawił się centralnie i każdy mógł podejść i zrobić sobie z nim zdjęcie. Za darmo, a nie jak z misiem na Krupówkach:

W tym Sandomierzu doszło miedzy Dorotą i mną do sprzeczki. I już zdecydowała się mnie zostawić, ale nie zmieściłem się do okienka:

Co było robić? Pojechaliśmy do Wąchocka. Tu w słynnym opactwie cysterskim zbiory księdza podpułkownika magistra Walentego Ślusarczyka. To bardzo zasłużony kapłan. Niejeden radziecki generał pozazdrościłby mu tego rzędu orderów:

Ekspozycja kajdan z epoki powstania styczniowego nasunęła mi myśl, że jednak Dorota powinna jakoś odpokutować za ten Sandomierz:

Dorota ma nad wyraz rozwinięte powonienie. Szarik przy niej to pikuś. Kiedy brat zakonny pokazał nam z dumą średniowieczny refektarz, była zachwycona: „- Nawet tak bardzo nie śmierdziało.”:

Niestety, potem skorzystała z klasztornej ubikacji. Ale cóż: to cały czas jest tylko Wąchock. Swojski do granic:

Z pomnikiem najgłośniejszego sołtysa w Polsce:

Zresztą z pomnikami mieliśmy tam kłopoty. Wiedzieliśmy bowiem, że w mieście powinien być pomnik kapitana „Ponurego” (Jana Piwnika), którego oddział operował na tych terenach. Nie mogliśmy jednak na niego trafić. W pewnym momencie Dorota zobaczyła pomnik:

Pyta, czy to jest „Ponury”. Tłumaczę jej, jak dziecku, że temu panu na pomniku nie jest wprawdzie do śmiechu, ale „Ponury” to on też nie jest. I wreszcie:

Chcieliśmy się nasycić małomiasteczkową atmosferą na ryneczku w Szydłowcu, ale był on rozkopany w takim stopniu, że pobyt na nim groził utratą zdrowia, a może i życia. Nic dziwnego, że na murach tego grodu pojawiły się napisy „Precz z kapitalistycznym wyzyskiem!”. Wyzysk w Szydłowcu jest legendarny. Zwłaszcza w tamtejszych kamieniołomach:

Dość kultury obrazkowej. Poczytajmy.
Podkarpackie „Nowiny” omawiają przypadek pewnej księgowej z Krosna, która przez lata na dziesiątki sposobów podbierała z rozliczanych przez siebie instytucje różnej wielkości sumy. Pytana w sądzie o motywy swoich czynów, odpowiedziała, że „nie było w tym złej woli z jej strony.”
Na Podkarpaciu ruszyła ogromna akcja charytatywna. Uboższe i wielodzietne rodziny otrzymają za darmo – raz na miesiąc – paczkę z owocami. Zainteresowanie ze strony owych rodzin – zwłaszcza z mojego rodzimego Jarosławia – jest ogromne. Paczka ma ważyć od 1,5 do 2 kg. Do tego darmowa broszura instruktażowa autorstwa Magdy Geissler na temat, co wielodzietna rodzina ma począć obdarowana nagle takim bezmiarem owoców.
Kroniki policyjne odnotowały niezwykle demokratyczny ślub. Państwo młodzi nie kazali się do kościoła wieźć limuzyną, jak inni. Zdecydowali prowadzić samochód osobiście. I – demokratycznie: pół drogi on, pół ona. Wszystko byłoby wspaniale, tylko policja zatrzymała i kazała panu młodemu dmuchać. Promil. Zaproponowała więc, żeby poprowadziła panna młoda, ale ta wyznała, że zapewne wydmucha tyle samo albo i więcej. W tej sytuacji życzliwi policjanci zasugerowali, by państwo młodzi przesiedli się do autokaru, którym na ceremonię udawali się goście. Tylko od kierowcy autokaru tak jakoś dziwnie zalatywało… Pół promila. Jak na standardy podkarpackie – całkiem trzeźwy.

I – na litość Boską – więcej kultury. Więc Mark Knopfler i piosenkarka country Emmilou Harris na koncercie („All The Roadrunning” 2006). Generalnie – smętek i pomiałkiwanie głodnego kota. Nawet w piosence “Why Worry”, którą odsłuchałem w życiu z 500 razy. Ale, oczywiście, nie w takim wykonaniu:

Jak należy śpiewać, pokazał za to czarnoskóry piosenkarz Barry White („Stone Gon’” 1973). Nikt tak jak on nie wykona na jednym oddechu frazy: „Bejbeamiszju”:

No i Jan Ptaszyn Wróblewski, który najlepiej czuje się, gdy gra z kolegami, na żywo „Sex Appeal”, „Na pierwszy znak”, „Już nie zapomnisz mnie” i podobne evergreeny:

2 przemyślenia nt. „One Night in Casablanca

  1. Lepsza Casablanca niż taki Bangkok. Bo jak wiadomo:

    „One night in Bangkok makes a hard man humble
    Not much between despair and ecstasy
    One night in Bangkok and the tough guys tumble
    Can’t be too careful with your company
    I can feel the devil walking next to me”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *