Odkupienie – 27 sierpnia 2021

Odkupienie, reż. Frederikke Aspöck

Szanowni Państwo,
wybraliśmy na dzisiejszy wieczór skromną, kameralną, tanią, niezbyt długą psychodramę duńską pod tytułem „Odkupienie” z roku 2019, u nas premierę miała tego lata. Na kilkuset metrach kwadratowych w półtorej godziny rozegra się spektakl manipulacji, z którego możemy wywieść całkiem sporo bystrych obserwacji, bo one z tej fabułki pączkują i mogą się przełożyć na nasze życie.

Sytuacja wstępna rysuje się od razu i bez komplikacji. Oto Markus, biznesmen, który zdefraudował miliony duńskich koron i sporo ludzi doprowadził do bankructwa, trafia za kratki. Na razie tymczasowo, na czas śledztwa, ma więc Markus nadzieję, że to tylko epizod, że zaraz wstanie, otrzepie się i pomaszeruje dziarsko dalej. Ostatecznie do tego jest stworzony. Z tym, że – nie od razu, miły, nie od razu… Zwłaszcza, że z miejsca wdaje się procedura więzienna. Cóż to takiego? Ano pozbawienie wszelkich atrybutów pozycji społecznej, władzy, należnego szacunku. Do spodu, do zera, że tak powiem, do gaci. Ale ta degradacja nie odbywa się od razu, od jednego zdeponowania rzeczy na wejściu do aresztu. To raczej szereg drobnych schodków prowadzących w dół.

Markus nie może uwierzyć, że przydarza się to właśnie jemu, który do niedawna figurował na szczycie, był ponad procedurami, nawet ponad prawem. Więc próbuje negocjować, próbuje się targować. Jeszcze do niego nie dociera, że jest na przegranej i jedno co może, to ustępować. Podroczyć się, ale w sumie ustępować.

Ustępować – bo? Ano, bo już się zaczęło przeczołgiwanie. Bo więzienie, to nieubłagana powtarzalność, to zabójcza monotonia, to nieznośna rutyna, te dobijające ceremoniały, to nieskończona powolność czasu. Zresztą w tym kieracie chodzą wszyscy. Klawisze są tak samo silnie uzależnieni od więzienia jak osadzeni. Wprawdzie na inny sposób, ale też intensywnie, też nie umieją się oderwać od życia za kratami. Zwłaszcza że tutaj, wewnątrz, można często spotkać o wiele bardziej interesujących, oczywiście w pewien sposób interesujących, ludzi niż poza murami. Takiemu strażnikowi w cywilu nie przydarzyłoby się pogadać, ot tak sobie, raz, drugi, dziesiąty, z utalentowanym biznesmenem, który sprzedał dwieście pięćdziesiąt tysięcy egzemplarzy swojej biografii.

Okazja sama pcha się w ręce – więzienny chór. Śpiewanie to nie są katusze resocjalizacji, raczej w miarę przyjemny sposób, żeby przeczekać karę. Więzienni chórzyści, w cywilu zbrodniarze ciężkiego kalibru, tu znacznie spuścili z tonu. Zachowują się jak grono seniorów w zajęciach osiedlowego klubu lub koleżeński chór amatorski. Śpiewaniu oddają się ze skwapliwą skandynawską starannością. Tak są przyuczeni, dokładność mają wpisaną w DNA. Podobnie jak prostolinijność, lojalność, naiwność. A dla manipulatora znaczy to tyle, że sami się podkładają, sami się proszą.

No i powoli rusza procedura manipulacji, a my w międzyczasie stawiamy pytanie o metrykę filmu. Otóż za dziełko odpowiedzialna jest duńska pani reżyser Frederikke Aspöck, rocznik 1974, kształcona w sztuce reżyserskiej w Nowym Jorku. Pani reżyser od początku idzie tam, dokąd popycha ją skłonność – ku demaskowaniu rytuałów dostatniego Zachodu. Jej film dyplomowy pt. „Happy Now” z 2004 roku pokazywano na dwudziestu pięciu festiwalach, a z wielu z nich wrócił z nagrodą, np. z Cannes. Rzecz opowiadała o słodkich wakacjach amerykańskiej rodziny z klasy średniej. Tytułowe szczęśliwe dni miały upłynąć według typowego dla tej klasy wzorca, więc plaża, owoce morza, drinki z palemką itd., ale wystarczy nie dopilnować jednego szczegółu, jednego elementu, jednego puzzla – konkretnie: wakacyjnego flirtu żony i matki z przystojnym ratownikiem – i wszystko wali się rodzinie na głowę, i to w samym sercu słonecznego lata.

Brniemy dalej. W filmie „Rosita” z 2015 roku pani reżyser Frederikke Aspöck podjęła inny temat z tej samej półki, mianowicie wiązanie się mężczyzn z bogatego Zachodu z kobietami z krajów egzotycznych, do których zalicza się w ich ocenie także Polska. Na naszym, że tak powiem, rynku panowie z przykładowej Danii szukają pań o nastawieniu, nazwijmy je, konserwatywnym w opozycji do, jak sami uważają, zepsutych rodaczek. Dla tych kobiet sprowadzanych z Malezji, Tajlandii, Wietnamu, z Ukrainy czy z Polski – takie przypadki często bywają opisywane na marginesie intrygi w skandynawskich kryminałach – zamążpójście na stabilnym i bogatym Zachodzie to często wyrwanie się nędzy, jedyna szansa na lepszy los. Ale też szybko okazuje się, że to forma współczesnego niewolnictwa, a taki Szwed, Duńczyk czy Niemiec sprowadza sobie egzotyczną kobietę, tak jak się kupuje zwierzaka spod innej szerokości geograficznej, a potem próbuje się go aklimatyzować w mieszkanku typu M-4 na trzynastym piętrze wysokościowca w dużym mieście. Jeżeli to się nawet udaje, to kosztem udręczenia tych biednych kobiet.

Wracamy do naszej historii. Bo tymczasem film pod tytułem „Odkupienie” przypomina, że w więzieniu to nie jest tak, iż świat dzieli się na pilnujących i pilnowanych, na strażników i osadzonych. Ta hierarchia nie wiadomo gdzie się zaczyna i nie wiadomo gdzie się kończy, bo i po jednej, i po drugiej stronie są ludzie, którzy tkwią w ciasnej sieci zależności, ze szklanym sufitem nad głową i z przepaścią pod stopami. Na tej drabinie trzeba się umieć znaleźć, więcej – trzeba nauczyć się po niej stąpać w górę i w dół, i jeszcze po bocznych szczeblach; poruszać się trochę jak pająk po swojej skomplikowanej sieci. Więc więzienie jest tylko figurą, laboratorium, poligonem tych sytuacji życiowych, które zdarzają się wszystkim i wszędzie w realnym życiu.

Z tym wszystkim „Odkupienie” jest tylko jednym z wielu głosów ekranowych na temat manipulacji. Osadźmy go więc w jakimś kontekście, dobierzmy mu towarzystwo co bardziej znaczących filmów, w których mylenie tropów, granie fałszywych ról, pozorowanie działań celem oszukania i wykorzystania innych staje się sprężyną intrygi. Przywołujemy te filmy, żeby każdy, kto jest szczególnie ciekawy problemów psychomanipulacji, znalazł w kinie drugie i trzecie danie.

I tak, dla przykładu – w filmie utalentowanego scenarzysty i reżysera amerykańskiego Davida Mameta pt. „Dom gry” z roku 1987 układ wyjściowy jest taki, że mamy znakomitą panią psycholog, specjalistkę od leczenia uzależnień, nałogowego hazardzistę i gangstera, któremu hazardzista winien jest pieniądze. Pani psycholog podejmuje się wydobyć swojego pacjenta jednocześnie ze szponów hazardu i z łap rekina świata przestępczego. Czyli standard, ale za moment okaże się, że nie, ponieważ każda z osób dramatu odgrywa tu zupełnie inną rolę niż wynikałoby to ze wstępnej konferansjerki. A kto się nie zorientował w porę, sam jest sobie winien.

I kolejny interesujący twórca kina, brytyjski dramaturg i reżyser Anthony Minghella. To on przypomniał bohatera amerykańskiej klasyczki kryminału psychologicznego, Patricii Highsmith, Toma Ripleya, powracającego w kolejnych filmach – od dziełka „Utalentowany pan Ripley” poczynając. Z wyczuciem zagrał go Matt Damon. Pokazał dobrze wychowanego młodego człowieka po studiach, idealnego, by nająć się do roli kogoś w rodzaju sekretarza, przewodnika, kompana do towarzystwa beztroskiego playboya, który buja się po Włoszech, korzystając z pieniędzy obrzydliwie bogatego taty. Tę rolę zagrał Jude Law, oglądaliśmy go niedawno w filmie „Gniazdo”. Tyle tylko że skromny sekretarz nie zamierza już pozostawać skromnym sekretarzem, od kiedy zorientował się, że odmiana losu na znacznie bardziej korzystny jest w zasięgu ręki. A pieniądze i pozycję zdobywa się nie drogą dziedziczenia albo szczęścia na loterii, a już w żadnym wypadku ciężkiej pracy, lecz drogą sprytnej manipulacji. I rusza szarada kłamstw, pozorów, insynuacji, w finale nawet zbrodni.

No i do listy, którą moglibyśmy wydłużać w nieskończoność, dodajmy jeszcze którąś z ekranizacji powieści Stanisława Lema „Solaris”. Może to być dzieło Andrieja Tarkowskiego albo od biedy wersja George’a Clooneya. Tu spotykamy zupełnie szczególny rodzaj psychomanipulacji. Fabuła należy do bardziej znanych opowieści XX wieku. Przypomnę tylko, że na stację kosmiczną Solaris z ekspedycją ratunkową udaje się z Ziemi astronauta Kris Kelvin, by zorientować się na miejscu, iż odległa planeta ma tę właściwość, że powołuje do realnego bytu osoby i sytuacje, które wstydliwie schowaliśmy w zakamarkach pamięci i próbowaliśmy się ich pozbyć. To może być np. dziewczyna, która przed laty z naszego powodu popełniła samobójstwo. Myśmy to sobie jakoś zracjonalizowali, doszliśmy z sobą do ładu, a teraz taka dziewczyna zjawia się jak gdyby nigdy nic. Zmaterializowała się, choć sama nie wie, po co. Tak oto przeszłość nad którą tracimy kontrolę, wpływa na nasze obecne życie i robi z nim, co chce. I teraz los takiego astronauty, ale i każdego, kto nie umie sobie przebaczyć, uwolnić się od przeszłości, zmienia się w koszmar. Do tego stopnia dojmujący koszmar, że ludzie skracają sobie życie z własnej ręki.

I znów nasuwa się nasz film „Odkupienie”, bo każdy z nas trafi prędzej czy później trafi na swego Solarisa czy Markusa, kogoś, kto uwielbia manipulować ludźmi, ma te umiejętności we krwi, uwielbia to. Przychodzi mu to bez żadnych trudności, ma to na pstryknięcie palcami. Tego się nie zapomina, jak jazdy na rowerze.

No i jeszcze jedno. Wiedza. Wiedza na temat tego, co kto ma za uszami, co stoi w jego teczce personalnej, w akcie oskarżenia, co wie o nim jego własny komputer czy smartfon. Ta wiedza to jest nieocenione narzędzie w ręku takiego czy innego Markusa. Obojętnie, czy tkwimy w firmie, przedsiębiorstwie, szkole, więzieniu czy w chórze nieustannie nas oceniają, klasyfikują, wyznaczają nam role, ustawiają w szeregu, żądają dostosowania się i posłuszeństwa. Mają wiedzę, mają umiejętności, znają metody – miękki szantaż, sugestia, plotka, pomówienie, groźba degradacji, osamotnienia, a choćby i brak premii uznaniowej. Byle tylko nas sformatować, a potem można już postępować z nami według instrukcji obsługi składającej się zaledwie z kilku punktów. A filmy takie jak ten są po to, by powiedzieć nie, długo nie, potem przerwa i wcale nie. Nie! Nie i już!
Nie?


Résumé rozmowy po seansie filmu „Odkupienie” 27.08.2021

Przyjęliśmy do akceptującej wiadomości, że – dzięki staraniom Dyrekcji – istnieje możliwość wymiany myśli na kanwie oglądanego filmu w ramach specjalnej strony na FB. Dla odnotowania skojarzeń, które ewentualnie napłyną w czas jakiś po seansie, ewentualnie dla dania upustu zalegającym emocjom.

A na ekranie ekranie mieliśmy psychodramę z zakresu psychomanipulacji, co do której zgodziliśmy się, że jest „europejska” (w kontraście do szkoły „amerykańskiej”), czyli zniuansowana, pozbawiona efekciarstwa, trzymająca się blisko realiów dnia powszedniego.

A sama manipulacja? Cóż, niełatwo się przyznać, ale ciągle padamy jej ofiarą, choć przecież nikt „ofiarą” być nie lubi. Tyle, że jak jedni mają nawyk manipulowania bliźnimi celem osiągnięcia korzyści, tak inni mają nawyk ustawiania się w roli ofiary manipulacji. Wszystko z przyzwyczajenia, dla świętego spokoju, „niech mu już będzie, co mi tam…” itd.

Przed wojną Tadeusz Dołęga-Mostowicz napisał o takich ludziach powieść pt. „Kiwony” – w sensie: wiecznie kiwający głową, odruchowi potakiwacze, ofiary.

Listę tych sytuacji, w których – jako ofiary manipulacji – zostaliśmy przez tego czy innego cwaniaczka „zrobieni na perłowo”, otworzyliśmy, ale przecież ona nie ma końca.

I pewnie najwyższy czas coś z tym zrobić…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.