O jeden most za daleko / One Bridge Too Far

 

Operacja Market Garden z 1944 roku.
Z wielkim rozmachem o operacji nie tylko przegranej, nieudanej, ale i spartaczonej. Tym się różni to amerykańskie kino wojenne od radzieckiego czy naszego. U nas raczej nie pokazywali generałów-idiotów, a tu widzimy Montgomerego.
I wojna to przede wszystkim planowanie i organizacja. Heroizm żołnierza na końcu. U nas odwrotnie.

Nasi oficerowie to z zasady gbury, prostaki i chamy. W domyśle: sytuacja zawsze była zbyt poważna, by tracić czas na grzeczności. A tu, mimo krytycznego położenia, nieustanne „tank you” wobec podwładnych. I odsalutowują szeregowcom – w naszym armiach rzecz niespotykana.

Zasada jak zwykle: sztab-okopy-sztab. Ale tu przynajmniej nie widać szwów.

– Byłeś kiedyś wyzwalany?
– Mam za sobą dwa rozwody, o ile to się liczy…

– Gdzie jest kapitan?
– Nie żyje.
– Nie pytałem, jak się czuje, ale gdzie jest.

– Słyszeliśmy, że pan nie żyje, sir.
– Zapewniam, że to była pomyłka.

O jeden most za daleko / One Bridge Too Far, reż. Richard Attenborough, 1977 filmweb

3 przemyślenia nt. „O jeden most za daleko / One Bridge Too Far

  1. To przecież jasne – planowanie i organizacja są dla defetystów, bo oznacza, że się zakłada, że się może nie udać. A to osłabia ducha bojowego.
    Nb oglądałem wczoraj „Godzinę W”. Tam to jest ładnie pokazane – oddział czeka na tę siedemnastą i snuje plany zdobycia czołgu, sformowania oddziału pancernego, pokrycia ogniem artyleryjskim „gniazda”. A za pieć dwunasta przychodzi oficer i mówi, że się jednak pozmieniało i będzie ich dwa razy mniej, ale za to mają związać ogniem przeciwnika, żeby umożliwić innym zdobycie „bastionu”. I dowódca musi grać przed chłopakami dobrą minę do złej gry, że niby też dobrze. A w ogóle jutro będzie defilada. Jest byczo.

    1. Też to pamiętam.
      Osobliwością filmu jest i to, że jeden jedyny, który cały ten Market Garden ocenia trzeźwo, to Polak, generał Sosabowski. Gra go Gene Hackman. Mówi nawet „po polsku” dwa słowa: „lina” i „sznur”. Jest w tym bardzo mało wiarygodny. Gdyby pośrodku wstawił: kurwa! – to co innego.

      1. Z tymi „polskimi” dialogami w zagranicznych filmach o temat na osobny temat. Pamiętam jak w jakimś telewizyjnym filmie biograficznym o Jacqueline Kennedy jest scena pogrzebu JFK, na którym dygnitarze i dyplomaci składają wdowie kondolencje. Podchodzi polski attache wojskowy (a przynajmniej oficer w polskim mundurze) i mówi do niej po polsku: „Przepraszam”.

        Widać scenarzysta sprawdził w słowniku jak jest po polsku „I’m sorry” i nie zauważył, że to zależy od kontekstu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *