Nowy porządek – 14 stycznia 2022

Nowy porządek, reż. Michel Franco

Szanowni Państwo,
przed nami dzisiaj cytat z krwawej współczesności, z krajów latynoskich, ale i bardzo uniwersalna symulacja sytuacji, kiedy to biedni i bogaci ocierają się o siebie. Do krwi. A ona w takich razach leje się w różnych punktach globu, u nas na Podlasiu – też.
Film pod tytułem „Nowy porządek”, reżysera meksykańskiego Michela Franco. W Meksyku nawet Covid-19 nie powstrzymał czterystu tysięcy osób, które obejrzały film tylko w trakcie pierwszych tygodni po premierze. Po raz pierwszy pokazano go w 2020 roku na festiwalu w Wenecji, gdzie zdobył Srebrnego Lwa, wielką nagrodę jury. U nas oglądamy to dziełko, o ile ktoś jest ciekawy, od października zeszłego roku. Innych nagród uzbierało się sporo, między innymi na Międzynarodowym Festiwalu Filmowym w Sztokholmie „Nowy porządek” dostał tzw. Impact Award, która, tak nawiasem, równa się premii w wysokości stu tysięcy dolarów.

Sam Michel Franco rozpoczął karierę od kręcenia filmów krótkometrażowych. Od początku zaangażował się w tematy społeczne, jak walka z korupcją. Jego film „When You Are Great” wyświetlano aż w pięciuset kinach Meksyku, co jak na debiutanta jest dużym sukcesem i świadczy o tym, że dotknął pewnego odsłoniętego nerwu w tym społeczeństwie. A w związku z filmami krótkometrażowymi, Franco żyje z tego, jak wielu innych kolegów, że kręci krótkie filmy video, np. instruktażowe, oraz reklamy. I tak w 2014 roku nakręcił film „A los ojos”, którego bohaterką jest Monica, pielęgniarka społeczna zajmująca się problemami dzieci ulicy i ogólnie życiem tych, którzy na ulicach Mexico City spędzają całe dnie. Michel Franco nakręcił do tej pory sześć filmów fabularnych, ale za to każdy z nich był np. nagradzany w Cannes. Porusza się w nich temat nierówności, nadużycia władzy, co tym razem oglądamy w ramach projekcji, jak to się dziś popularnie mówi, dystopijnej; za moich czasów używało się słowa antyutopia, czyli czarnowidztwo w odniesieniu do przyszłości.
Mamy więc kino z prowincjonalnego, wydawałoby się, Meksyku. Pamiętamy z tamtych miejsc z zamierzchłej historii kina dokonania Luisa Buñuela. A przecież dzisiaj świetnie błyszczą tam takie nazwiska jak Alfonso Cuarón, Guillermo del Toro czy Alejandro Iñárritu. Każde z tych nazwisk doskonale znane jest w Stanach Zjednoczonych i na świecie. Ci twórcy dawno wypączkowali już z Meksyku, a właściwie to jego konflikty przenoszą świat zewnętrzny, pokazując uniwersalność tego, co zachodzi w ty, wydawałoby się, marginalnym kraju. Przeżywaliśmy to sporadycznie i u nas, zwłaszcza w czasach kiedy filmy polskiej szkoły filmowej z przełomy lat 50. i 60., filmy Wajdy czy Munka, były oglądane szeroko na całym świecie i starsi kinomani do dzisiaj jeszcze do nich wracają. Obojętnie, czy jest to Argentyna, czy Islandia.

Nowy porządek, po angielsku new order – to zawołanie powraca w historii różnych krajów raz po raz, kiedy historia, prowokowana albo nie, robi gwałtowny wiraż, dochodzi do przetasowań i rewolucji. Zupełnym przypadkiem tuz po obejrzeniu filmu natknąłem się na to, co Rewolucji Październikowej 1917 roku pisał Kornel Makuszyński, ten od „Koziołka Matołka” i „Szatana z siódmej klasy”. Makuszyński powiadał o krasnoarmiejcach: „Graduszczyj cham upił się krwią i brodził w niej po kolana, krwiooki, uśmiechnięty paralitycznie, przemożny, rozjuszony, wściekłe bydlę, urwane z łańcucha, oszalałe w rozpędzie”. Dalejk pisał, że zabijali ludzi na ulicy za buty, jeśli im się spodobały. Zwykły mord był im za mało, wyłupywali oczy, wycinali języki, rozpruwali kobiece brzuchy. Mordowali inteligencję, plądrowali dwory i palili książki z nienawiści do wiedzy, a kiedy nie było już nikogo do zarżnięcia i niczego do spalenia, wtedy te „ohydne, dzikie mózgi” torturowały i mordowały zwierzęta, przeklęte, bo należały do przeklętych panów. Mordowali nauczycieli, którzy ich uczyli, i lekarzy, którzy ich leczyli. Jechali po nich, kiedy potrzebni, na przykład do rodzącej żony, i mordowali zaraz po udzieleniu pomocy.

Tak jak w Mexico City, gdzie sytuacja napięcia społecznego eksploduje nagle i w sposób niekontrolowany. No i oczywiście w grę wchodzi wojsko, co w krajach latynoskich ma bardzo długą niechlubną tradycję. Ale czy tylko tradycję? Tam junty wojskowe ciągle mają się stosunkowo dobrze, i wszystkie formy rządów pośrednich między wojskiem a wydmuszkowatym aparatem quasi-demokratycznej władzy ciągle świetnie się tam trzymają. Kiedy wojsku władze odda się raz, bardzo trudno ją odzyskać z powrotem; wojsko jak rzadko która formacja broni swoich wpływów i przywilejów. I oczywiście trzyma się w tej roli mocno, ponieważ wojsko oznacza organizację i broń, a społeczeństwo jest pozbawione najczęściej i jednego, i drugiego.
Oto rodzina Marianne, państwo z wyższych sfer, w eleganckiej posesji odgrodzonej od reszty miasta wysokim murem, ale także czymś o wiele trwalszym, choć niewidocznym; mianowicie zasadą, że są z lepszej, wyższej sfery i że granice między nimi a tym motłochem za ogrodzeniem są nieprzekraczalne. A tymczasem wrzenie nie tyle nieustannie narasta co wciska się szczelinami do tej enklawy. Trochę tak, jak przenosi się ogień podczas pożaru, czy jak wciska się woda w trakcie powodzi lub wulkaniczna lawa. Powoli, nieustępliwie, choć na razie wszyscy starają się lekceważyć objawy nadciągającej katastrofy. Naprzeciwko siebie te mało zróżnicowane elity finansowe i równie bezosobowy tłum, z tym że nikt nie jest takim, jakim się początkowo wydaje. Panna młoda chciałaby pomóc o pochylić się z troską nad biedniejszymi ofiarami losu, ale za tym jej porywem serca kryje się głupota i bezbrzeżna naiwność. Ofiara losu tej jest ofiarą o tyle o ile, bo wprawdzie jest pokrzywdzona, ale być może częściowo na własne życzenie, a i to chciałaby uszczknąć coś z pańskiego stołu.
Tak jak służba, która wydaje się całym sercem oddana temu miłemu skądinąd państwu, które ją utrzymuje, a w gruncie rzeczy to nie tylko nienawistnicy, ale także drobni kombinatorzy, którzy chętnie urwaliby sobie coś z pańskich zasobów, a potem się zmyli. Nie dlatego, że tych państwa nienawidzą, tylko po prostu dlatego, że zdarzyła się okazja, sami się w tym systemie niczego nie dorobią, a tu można urwać nieco zasobów, które podsyła ślepy los, a potem zniknąć i próbować się zakamuflować na obrzeżach aż sprawa przycichnie. Tak, wszyscy tu są sprytni, wszyscy usiłują być cwani, każdy chce wykiwać każdego, ale wszystko też do czasu, bo nad mechaniką tej rewolucji z czasem nie panuje nikt, a już na pewno władza, a tym wypadku wojskowa, w której szeregach tez zakamuflowali się gwałciciele, łapownicy, ci, którzy czekają tylko na okazję do wyżycia się i złodziejstwa, o ile tam są w ogóle jeszcze jacyś inni.
A może cała ta rewolucja to tylko operacja junty wojskowej, która napuściła na siebie biednych i bogatych, a teraz będzie ciągnąć zyski z kogo tylko się da. Jest to film ogromnie brutalny, jak cała rewolucja. Autor nie oszczędza nam tu niczego; krok po kroku wchodzimy w świat beznadziei, okrucieństwa i natężającej się przemocy, z której nie ma wyjścia. Tutaj każdy obrót śruby jest gorszy od poprzedniego. Reżyser rezygnuje z pastelizacji, ze zmiękczania tej sytuacji, z akcentów współczucia.
Dalej – nie ma tutaj żadnego dobrego wyjścia, nie będzie odkupienia, sprawiedliwi nie zostaną nagrodzeni, a winni skazani. Giną tylko w niewyobrażalnych mękach przypadkowe ofiary. Czy jest tu jakieś rozwiązanie, czy jest tu jakiś ratunek, próba zrównoważenia świata biednych i bogatych? Okazuje się, że nie. próba zaprowadzenia elementarnego porządku to tylko rozdawanie ciosów na oślep, okrucieństwo i próby odstraszania, aż do następnego razu. To nie jest film na argumenty, to nie jest dyskurs socjologiczny, to jest tępa, brutalna prawda, która wali widza między oczy jak obuchem.

Film wpisał się w wydarzenia tego roku, w zamieszki we Francji, w demonstracje w Chile, w chaotyczną sytuację w Stanach Zjednoczonych, kiedy to władzę zmuszony był oddać Donald Trump. A w Meksyku notuje się sześćdziesiąt milionów ludzi uznanych jako biednych lub skrajnie biednych. Właściwie tam cała konstrukcja społeczna jest bardzo krucha i trudno przewidywalna. Poza tym Meksyk jest krajem antysocjalnym; w wielu innych krajach najbiedniejsi otrzymują w miarę stabilną pomoc, w Meksyku nie ma nic takiego, każdy żyje dla siebie i z myślą o sobie. Te dziesiątki milionów biedaków myślą tylko o tym jak przeżyć nadchodzący tydzień i miesiąc; ciągle obawiają się, żeby nie spaść jeszcze niżej, nawet wtedy, kiedy rzeczywiście osiągają dno.

Reżyser pytany, czy jego film jest w stanie zmienić sytuację na lepsze, odpowiada, że nie, ale że jest to film obowiązkowy, nie tylko w Meksyku, zwraca uwagę na problem i stanowi otwarcie rozmowy. No więc oglądajmy, rozmawiajmy – zanim rzucimy się sobie do gardeł.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.