„November. Listopad” – 29 października 2021

„November. Listopad”, reż. Rainer Sarnet

Dobry wieczór państwu.

Niespiesznym krokiem wchodzimy w listopad.

My także, w ramach naszego wieczoru filmowego, jak chciała Maja Komorowska zacytowana z filmu „Lawa” Tadeusza Konwickiego, który nawiązuje do „Dziadów” Mickiewicza – my także zapraszamy na swego rodzaju filmowe Zaduszki. Na ten szczególny czas w ciągu roku wybraliśmy – specjalnie, po namyśle i po dyskusjach – film, który można nazwać listopadową, uruchomioną fototapetą.
Jest to ten gatunek filmów, który został nakręcony nie po to, by angażować widza jakimś pilnym przesłaniem, a już broń Boże nie po to, by wciągać w akcję czy w rozwiązywanie zagadki. To jeden z tych filmów, które są po to, by – powiedzmy – wejść w klimat, by przy nim usiąść i posiedzieć, by pokontemplować bezinteresowną urodę kadrów. Tutaj wycieniowanych w odcieniach czerni i bieli.
Taki film działa na tej zasadzie, na jakiej w muzyce oddziałuje tak zwany „musac”, czyli muzyka, a raczej brzmienia użytkowe. To ten podkład, który brzmi w galeriach handlowych, w na lotniskach, czasem w toaletach, na przykład w MacDonaldsie, czasem w windach. U fryzjera, u kosmetyczki też z reguły zawsze coś tam leci w tle. Nie wsłuchujemy się w ten podkład, nie po to on do nas dociera. On nam zapewnia tylko miłe foniczne tło, wpływa na podświadomość, pogodnie usposabia do życia, z lekka podnosi nastrój. Jak wiadomo, tego typu muzykę puszcza się w niektórych firmach krowom, żeby im się przyjemniej przeżuwało paszę i żeby dawały więcej mleka – podobno krowy najwyżej cenią sobie Mozarta. Ale też hodowcy szczególnie wymagających kwiatów też nadają im ich ulubione utwory.
U ludzi ostatecznie bywa podobnie – nawet jeżeli w kwestii kontemplacji sztuki bardzo nie lubimy, by stawiać nas na jednym poziomie z pogłowiem. Czujemy się znacznie powyżej. A przecież w kinie też często jest tak, że przychodzimy, aby sobie popatrzeć i po nic więcej. Ostatecznie starsi z nas pamiętają, że przez cały PRL chadzaliśmy na amerykańskie i francuskie filmy niekoniecznie po akcję czy na gwiazdy filmowe. Chadzaliśmy po to, by popatrzeć, jak w normalnym świecie może wyglądać domek pod miastem, własność przeciętnie zarabiającego człowieka pracy. I jak wygląda w normalnym świecie wszystko po kolei: normalna restauracja, tak odmienna od naszych lokali typu „Słoneczna”, „Stylowa” czy „Murzynek”. Jak wygląda normalny samochód w przeciwieństwie do „syrenki”, jak wygląda – powiedzmy – hol dworca innego niż PKP.
To się zresztą utrzymało i w naszych czasach, choć z innych już powodów. Kiedy idziemy na kolejną ekranizację którejś z powieści Tolkiena i oglądamy w nieskończenie długich ujęciach te bajecznie zielone łąki Nowej Zelandii, która w tych filmach pełni rolę filmowego Śródziemia, także przyłapujemy się na tym, że przyszliśmy sobie popatrzeć. Tym razem na krajobraz baśniowy, bo przecież akcji w tych filmach jest tyle, co w opowieściach o przygodach druha zastępowego.

Ale dziś proponujemy do popatrzenia, a daj Panie Boże i do kontemplacji film szczególny, dobrany specjalnie na porę tuż przed Świętem Zmarłych. Żeby nastroić się na ten jeden jedyny w trakcie całego roku klimat. A pachnie on stearyną wypalanych na cmentarzach świec, chryzantemami i butwiejącymi liśćmi. Nasz dzieło nosi tytuł „November. Listopad”, jest koprodukcją estońsko-holendersko-polską z roku 2017. Wyreżyserował, czy raczej zainscenizował go Rainer Sarnet, w tej chwili lat 52, weteran estońskiej animacji filmowej, który utrzymuje się jednak z układania reklam telewizyjnych dla poważnych film ogłaszających się w estońskiej telewizji.

Film „November” przenosi na ekran powieść gwiazdy tamtejszej literatury, nie tylko zresztą tamtejszej, ponieważ jego książki są tłumaczone szeroko na świecie, powieść pióra Andrusa Kivirähka (rocznik 1970). Jego powieść zatytułowana „Stary Barny lub November” w ciągu roku od premiery rozeszła się w nakładzie 30 tys. egzemplarzy), co czyni go najpopularniejszym estońskim pisarzem XXI wieku. Po polsku ukazały się też – równolegle z edycjami tych książek w całej Europie – tytuły: „Oskar i rzeczy” oraz „Człowiek, który znał mowę węży”.

Przez ekran przewija się parada estońskich klechd, wyszperanych w starych opowieściach, takich, jakie u nas zbierali po wsiach etnografowie pionierzy w rodzaju Zygmunta Glogera. Legendy sobie przeczą, uzupełniają się, jest w nich trochę z bajki na dobranoc, z moralistycznej przypowiastki dla młodszych dzieci, zaplączą się jakieś strzępy historii. Jak się te wątki uspójni, jeżeli się jakoś zapanuje nad tym chaosem, to może wyjść z tego nawet zgrabna etiuda. Choć przedsięwzięcie jest z gatunku ryzykownych, bo to tak, jakby w polskim filmie próbować pogodzić – przykładowo – wątki Bazyliszka, trębacza z wieży mariackiej, poznańską legendę o hostiach skradzionych przez Żydów, a na przybitkę jeszcze dodajmy opowieść o poznańskich koziołkach. Dosmaczmy to rycerzami śpiącymi pod Giewontem, Smokiem Wawelskim, opowieścią o królu Popielu i historią czarnej wołgi porywającej dzieci na dodatek. Powstaje niezły koktajl, całkiem zwariowany tygielek. Zdarzają się sceny przaśne i rubaszne, jak ze średniowiecznych rozmów z Marchołtem Grubym a Sprośnym, są pasaże jakby wyjęte wprost z dance macabre, z tańców śmierci, które wywieszano w krużgankach kościołów, by przypominały ludowi, że śmierć jest nieuchronna i zaprosi do tańca każdego, niezależnie od pozycji społecznej i posiadanego bogactwa. Taki taniec można obejrzeć jeszcze choćby w przedsionkach bazyliki w Kalwarii Zebrzydowskiej pod Krakowem.

Ale żeby cały ten zasób nie ciągnął uwagi widza we wszystkie strony jednocześnie, trzeba rzecz uspójnić, wstawić w ramy jednej opowieści. I tak swego rodzaju ramą jest uruchomiony stwór zwany Krattem – to może być ten Zły, uosobienie prześladowcy prostego wiejskiego ludu. A to coś zepsuje, a to ukradnie zwierzaka ze stajni i porwie go w jakąś czeluść. Zło podnosi głowę, kiedy na świecie zaczyna się robić ponuro. A tu dodajmy, że jak przewodnik oprowadza nas po starym Tallinie, to z reguły zaznacza, że miasto i cała Estonia są piękne i oddychają pełną piersią, ale tylko latem, a i to na krótko. Bo przez zdecydowanie większą część roku ich niewielki kraik pogrążony jest w depresyjnych ciemnościach i w ponurej mgle. Ludzie kryją się po domach, życie zapada w uśpienie na kilka miesięcy.

Żeby tę estońską historię osadzić w bliższym nam kontekście dodajmy, że i u nas raz po raz pojawiają się filmy, które wracają do czasów przedchrześcijańskich i nie mam tu na myśli takich filmowych komiksów jak „Stara baśń” Jerzego Hofmana, nakręcona do komiksowej powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego. Ale mam na przykład na myśli równie awangardowy jak dzieło estońskie film „Krew Boga” Bartosza Konopki z roku 2018.

Tu też historia rozwija się niespiesznie, w rytmie wizualnej ballady, która rozwija przed oczami widza starannie, wręcz po malarsku zakomponowane kadry. Do lądu pokrytego otchłannymi lasami dobija łódź wioząca rycerzy przybywających tu z misyjnym posłaniem. W głąb tego dziewiczego lądu między mieszkańców, wkracza chrześcijański rycerz, dzierżąc przed sobą drewniany krzyż. Już wiadomo, że otwiera się dla tego miejsca nowy rozdział w historii, że odtąd nic już nie będzie podobne do tego, co było. Że właśnie nastaje nieodwołalnie nowa cywilizacja. A przecież mieszkający tu lud dochował się własnej długiej historii. Nosi sobie tylko właściwe stroje, ma własny język, zakorzenione z dawna zwyczaje, muzykę, także własne wierzenia. To cały odrębny świat, choć od razu przeczuwamy, że od momentu wkroczenie chrześcijaństwa będzie on musiał nieuchronnie przejść do historii, że ulegnie zepchnięciu, zatarciu, zapomnieniu. Prędko okazuje się, że rycerze nie są pierwszymi chrześcijanami, którzy przybyli tu z misją nawracania. Po poprzednikach zostały drewniane krzyże i czaszki. Zabrała ich choroba, ale w innych miejscach lądu zdarzało się, że miejscowi, broniąc własnej wiary i tradycji, uśmiercali misjonarzy. Obracało się to jednak przeciw nim, ponieważ w ślad za misjonarzami przyjeżdżali zbrojni i w odwecie wycinali w pień całe wsie. Nauczeni tym doświadczeniem mieszkańcy wioski pozwalają osiedlić się dwóm nowo przybyłym. Ci z miejsca stawiają ich przed bezlitosnymi faktami. Otóż za kilka miesięcy przypłynie tu król z prawdziwą misją ewangelizacyjną, tzn. zacznie od nawracania ogniem i żelazem. Szykuje się wielka rzeź. Ale jeżeli miejscowi przyjmą chrześcijaństwo po dobroci, w dobrze rozumianym własnym interesie, to król, który przybędzie, może zastać tu wspólnotę wierzących, co pozwoli miejscowym ocalić głowy. A przecież ten dylemat to i tak tylko faza przejściowa. Te dwa skrzydła chrześcijaństwa, które nie mogą się spotkać i tak zostaną unicestwione. Oto bowiem przybywa król ze swoim zdziczałym wojskiem i nie zważając na postępy w nawracaniu pogan, wyrzyna wszystkich w pień. Wedle zasady: zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich. „Czyści” nowo pozyskane tereny do zera i on teraz będzie zaprowadzał chrześcijański ład, jak sam go rozumie. Niewiele dobrego należy się po tym spodziewać.

Tak każdy naród – i estoński i polski, a w sumie europejski, należący przecież do wspólnej cywilizacji Zachodu mają co – każdy z osobna i wszystkie razem – w listopadzie co kontemplować. Więc –

Zamknijcie drzwi od kaplicy
I stańcie dokoła truny.
Żadnej lampy, żadnej świécy,
W oknach zawieście całuny.
Niech księżyca jasność blada
Szczelinami tu nie wpada.

Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie, i napitek.

Ciemno wszędzie, głucho wszędzie,
Co to będzie, co to będzie?


Resumé dyskusji po seansie

Film, mimo iż wymagający, bo i prawie dwugodzinny, i czarno-biały, i afabularny, i egzotyczny z racji osadzenia w mitologii estońskiej, nie zniechęcił ani jednego widza – wszyscy dotrwali „do napisów”.
Dzieło okazało siłę aklimatyzującą, wyraźnie osadziło widzów w klimacie listopada, jesieni, Dnia Zmarłych. Narzucało się wrażenie, że obecni chętnie trwaliby w tym nastroju – może w zupełnej ciszy – znacznie dłużej. Że pozwoliliby własnej pamięci powrócić do osób najbliższych, których już z nami nie ma. Bo też klimat wywiązał się szczególnie sprzyjający…
Ze swą sugestywnością narzucały się też poszczególne obrazy, sceny, sekwencje. Odnajdywanie skarbu, śmierć dziewczyny i chłopaka, ich miłość, która się nie ziściła. No, przynajmniej nie ziściła się w życiu tych dwojga, w tym pokoleniu. Ale przecież to, co wiąże dwoje ludzie powtarza się cyklicznie, w coraz to nowych wcieleniach.
Wszyscy jesteśmy włączeni jesteśmy w czas mityczny: Syzyf ciągle pcha pod górę swój kamień, a Jezus nieustannie niesie krzyż na Kalwarię.
My zaś jesteśmy tymi, którzy zapalają świece pamięci na grobach tych, którzy – przynajmniej na jakiś czas – nas opuścili. A także tymi, którym za jakiś czas zapalą światełko pamięci.

Tylko, żeby – na Boga! – nie zużywali tyle stearyny…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.