Nostalgia portiera

Niebawem pierwszy lipcowy poranek. Na jego cześć uroczyście odsłucham „July Morning” Uriah Heep. Czynię to gdzieś tak od roku 1981.

Marcin Wolski na Niezależna.pl: „Chcieliśmy swobody podróżowania, handlu, wymiany kulturalnej, dyskusji o ideach… Dostaliśmy RWPG-bis, z ambicjami regulowania nam wszystkich dziedzin życia. Od kuchni po łóżko. Chcieliśmy świata różnorodności, narzucono nam zunifikowany model…” Bardzo słusznie. Bo nikt bardziej niż wyborca PiS-u nie pragnie „dyskusji o ideach”, nikt bardziej niż on nie łaknie „świata różnorodności”…

Polityka żegna Janinę Paradowską chandlerowskim tytułem „Żegnaj Janeczko!” Prawica pisze, że zostaną po niej „zakurzone zszywki starych tekstów”.  Daj Panie Boże! Po 98% dziennikarzy nie zostanie literalnie nic. W tym – po mnie. Jakoś mnie to nie boli…

Dorota zagaduje do portiera w jej „zakładzie pracy” o obchody Czerwca i utrudnienia w ruchu. Portier na to, że jego polityka nie interesuje. „- A co pana interesuje? – Mnie interesuje spokój i nostalgia”.

W telewizji poznańskiej sonda uliczna o Czerwcu. Młody człowiek nie dziwi się wystąpieniom ulicznym, bo „przecież ci ludzie nie mieli co włożyć do talerza”.

Fronda oskarża byłe władze Instytutu Książki o wspieranie literatów, „ikon III RP”. Jak najsłuszniej. Ale wymienia w tym gronie niejakiego „Adriana Stasiuka”. Nie znam człowieka!

Bezinteresowne piękno. Poznań, ściana przedszkola.:

p1

Z Romkiem Rogowieckim nagraliśmy kolejny kawałek o filmie dla Radia Dla Ciebie. Rozmowa jest improwizowana, choć dość gruntownie (tak mi się wydaje) przygotowana. Rekonstruuję z taśmy.
– Czwartego Lipca będziemy mieli lada dzień i Ty, Wiesiek, już biegniesz z filmem „Dzień Niepodległości. Odrodzenie”. Warto tracić na to dwie godziny? Podobno bije rekordy kasowe w czterdziestu krajach. To wielki film?

– Nie, to mały film, choć Rolland Emmerich to reżyser, który kocha wszystko, duże, a przy tym przejawia skłonności do demolki.

– Duża była w jego filmach – jak pamiętam – Godzilla…

– No, w pierwszym „Dniu Niepodległości” – jego reżyserii – statek najeźdźców z kosmosu miał skromne 550 kilometrów obwodu. A demolka planety to u niego już na każdym kroku. W pierwszym „Dniu Niepodległości” w drebiezgi poszedł Biały Dom. No i – poszło! I w „Gwiezdnych wrotach”, i w „Pojutrze”, gdzie bieguny się poprzestawiały i wszystko zamarza, i w „Świecie w płomieniach”, i w całkiem niedawnym filmie „2012”, gdzie wali się wszystko: od wieży Eiffla do figury Chrystusa z Rio de Janeiro.

– Ale nasz Chrystus w Świebodzinie ocalał.

– Ależ oczywiście. Jakżesz by śmiał jakiś pogański ufoludek wyciągnąć w tę stronę swoją brudną mackę! Bo kosmici i z tego „Dnia Niepodległości” sprzed dwudziestu lat, i z tego obecnego są nad wyraz denerwujący, męczący i nieprzyjemni.

– Nie mają wiele ze słodkiego E.T.

– Skąd! Choć z profilu może nawet podobni. Z jednego, bo z drugiego przypominają tego cudaka, Obcego z Nostromo. Dogadać się z nimi nie idzie, a ja przypominam sobie, ze śp. Stanisław Lem doradzał, by do kontaktu z „obcymi” delegować nie tylko astronomów czy inżynierów, ale też – koniecznie – schizofreników, bo „obcy” może być tak dalece obcy, że tylko świr będzie w stanie się z nimi porozumieć.

– Ale to nie jest pogłębiony film o międzyplanetarnym porozumieniu ponad podziałami.

– Nie, to jest to, na co kupiliśmy bilet, czyli totalna rozwałka z fajerwerkami. Ale, żeby widz się nie znudził, na ekranie panuje trójpolówka. Więc: jest kawałek techniczny, kawałek sentymentalny, jakby wycięty z jakiejś „Izary” i kawałek pirotechniczny. Zmiany kawałków następują średnio co trzy minuty, i rzadko które ujęcie trwa na ekranie dłużej nić trzy sekundy.

– A wszystko, o ile znam filmy Emmericha, napuszone jak opera.

– Żebyś wiedział. I ogląda się toto jak operę. A co to jest opera? Przypominam klasyczną definicję. Opera jest wtedy, gdy przedstawienie zaczyna się – powiedzmy o ósmej, potem mijają trzy godziny, patrzysz na zegarek, i jest dwadzieścia po ósmej.

– Czyli nowy „Dzień Niepodległości” jest jak opera, z której powycinano wszystkie arie.

– Nie ma arii, niestety, bo jak by ufoludek zaśpiewał choćby „Szumią jodły na gór szczycie”, to by może trochę rozgęściło atmosferę. I przez pierwszą godzinę jakoś w ogóle nic nie chce się zacząć. A potem to już na przemian fajerwerki i hołdy.

– A hołdy to na czyją cześć?

– Jak to – na czyją? Oczywiście druga część „Dnia Niepodległości” składa hołd pierwszej części „Dnia Niepodległości”. Pełno tam napomknięć, cytatów, aluzji do pierwszej części. Na zdjęciu mignie nawet Will Smith z tymi swoimi odstającymi uszami. Zresztą nie ma w tym nic nadzwyczajnego, to powszechny obyczaj. Najnowszy Bond też składał hołdy poprzednim Bondom. Tam zresztą każdy następny Bond składa hołdy wszystkim poprzednim. Najnowsze „Gwiezdne wojny” to też pasmo hołdów dla pierwowzoru z roku 1977. Niedługo cztery tysiące pięćset siedemdziesiąty odcinek „Klanu” będzie składał hołdy odcinkowi trzy tysiące siedemset osiemdziesiątemu czwartemu. A piętnasty sezon „Kuchennych rewolucji” będzie jednym wielkim hołdem dla sezonu czternastego.

– Czy nadejdzie taki dzień za mojego życia, że ty przestaniesz marudzić?

– Tak, Romek, nadejdzie, ale na pewno nie będzie to Dzień Niepodległości.

6 przemyśleń nt. „Nostalgia portiera

  1. Dzisiaj Olivia de Havilland skończyła 100 lat. Zdrowia! Czy jakaś kobieta zazdrościła jej Ashley’a?

  2. Ale nie tak jak Clark Gable. Ponoć na planie rozbawiał koleżanki wyjmując sztuczną szczękę. To przede mną.

  3. Mówiłem. Uskarżał się na popularność. Z każdej ubikacji publicznej wychodził obsikany.
    Jak tylko się zjawiał, faceci odwracali się od pisuarów: – O, Clarc Gable!

  4. Moje czytelnictwo prasy jest bałamutne. Tak jednak jest nieco treści poza idiotyzmami, które ściągam.
    Ja z kolei parę godzin dziennie gapię się w ekran, ale nie pamiętam już, kiedy ostatni raz oglądałem telewizję.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *