Martwa natura z jarzynami

Dziś nie było mi dane łono przyrody. Ale patrzę w witrynę lokalnej gazety, a tam olśniewające zdjęcia tych okolic, po których i ja się badziam. Z tym, że ich autor, Mikołaj Kamieński ma talent, a pewnie i lepszy aparat. A mnie Bozia poskąpiła wszystkiego.:

n1

Takie coś mógł namalować Fałat, Wyczółkowki, Chełmoński. Przyszło mi na myśl, gdy wpadłem na godzinę, z którą nie miałem co zrobić, do Muzeum Narodowego.:

n2

Muzeum też czeka na „dobrą zmianę”. Występuje bowiem ogólne marnotrawstwo surowca. Przecież to jeszcze całkiem dobra dętka.:

n3

Tymi rurkami można by wysączyć setki drinków w klubach na pobliskim Rynku.:

n4

O tym, ile całkiem dobrych jeszcze parasoli napsuł się Kantor, pisałem wielokrotnie.:

n5

Poza tym obraz Andrzeja Wróblewskiego z roku 1949 ciągle, niestety, nazywa się „Partyzanci”, a już dawno powinien nosić tytuł „Żołnierze wyklęci”.:

n6

A na tę  „Martwą naturę z jarzynami” Władysława Ślewińskiego po prostu nie mogę patrzeć. Codziennie mam to samo w domu. Nowa dieta!:

n7

Telewizyjna Dwójka. Zdjęcie takie samo jak zwykle. Nie szkodzi. Ja też mówię w kółko to samo.:

n8

Prezes Kaczyński w wywiadzie dla prasy zagranicznej: „Establishment w tym kraju twierdzi, że wszystko jest OK, ale nic nie jest OK, jest radykalnie nie OK.”
Ja rozumiem, że prezes parafrazuje – jako wytrawny kinoman – dialogi z „Pulp Fiction”. Ale mógłby je przywołać w bardziej popularnym tłumaczeniu:
– Wszystko ok?
– Jest kur…wsko daleko do pie…….go ok.!

Komentarze po wywiadzie Prezesa dla „Financial Times”: „Nie daj Bog, by Pana Premiera Kaczynskiego nam kiedykolwiek zabraklo. Polaka jak zloto. Niezlomnego. Ktory wycierpial, i nadal cierpi, tyle obmowy i nienawisci. Za swe oddanie Polsce. Za swa prawosc.”

Cezary Gmyz „dotarł” do taśm z Magdalenki i pokazał je zamiast odcinka z ojcem Mateuszem. Nikt nie był filmem zachwycony. Coś mi się wydaje, że rozmowa Gmyza z szefem telewizji mogła wyglądać tak.:

Chociaż nie. Redaktor Winkiel próbował się stawiać. A Gmyz zapewne wręcz przeciwnie. Jakieś osiem lat temu pracowaliśmy razem we Wprost. Ówczesny naczelny – przy moim sprzeciwie, ale ten był bez znaczenia – zwolnił Gmyza za lenistwo i nieudacznictwo. „A ja, pani hrabino, tędy i owędy…” – jak mawiał pewien detektyw-kombinator w przedwojennym filmie.
Filmu z Magdalenki nie oglądałem. Dorota zaczęła, znudził ją, przełączyła kanał. Obok biegł film dokumentalny o odszczurzaniu. „Kur…, co za kraj: albo dekomunizacja, albo deratyzacja!”

Zmarł Karl Dedecius. Miałem kilka razy kontakt. Ujmujący człowiek. Ugrzeczniony jak przedwojenny subiekt. Zawsze w ukłonach, z przepraszającym uśmiechem. Ogromnie mnie to peszyło.

W wielkopolskim Budzyniu kościelny zaprosił kumpli do swego miejsca pracy i rządzili ostrą, nocną imprę. Nawaleni jak stodoły podłączyli się do megafonów i dalej wyśpiewywać „Ja uwielbiam ją, ona tu jest…” Przyjechała policja itd. A może oni śpiewali o Matce Boskiej?!
Swoją drogą mieszkańcy mojego Jarosławia powinni się pochlastać z zazdrości, że to nie oni  wpadli na taki numer!

Red. A. Niczyperowicz (Głos Wielkopolski):
– Co studiujesz? – Filozofię. – A gdzie po tym można pracować? – Wszędzie! Na budowie, w supermarkecie, w McDonaldzie…
– Feminizm kończy się, gdy trzeba wnieść szafę na ósme piętro.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *