„Martin Eden” – 5 listopada 2021

Drodzy Państwo,
Dzisiejszy film kładzie nam przed oczy sytuację przykrą, w którą sami być może już wcześniej się uwikłaliśmy, ale jest to przykrość z tego gatunku, której należy sobie życzyć. Ta przykrość nazywa się samotnością i osamotnieniem.

Tu przypominam, że samotność bywa z wyboru, osamotnienie zaś jest wynikiem tego, że opuścili nas ludzie, na których liczyliśmy. Czasami, dodam sentencjonalnie, oba te rodzaje samotności nakładają się na siebie. I w wypadku filmu „Martin Eden” mamy właśnie ten przypadek, bo zasadniczo lubimy zachowania stadne, lubimy się czuć częścią pewnej społeczności. Wiadomo, kiedy wchodzimy między wrony, najkorzystniej jest krakać tak jak one, z tym że czasem to bycie podobnym do wielu innych wron zaczyna nas uwierać, zwłaszcza jeżeli wrony kraczą głupio i wszystkie kraczą podobnie.

Narasta w nas pokusa, by wydobyć się z tego szablonu, by usłyszeć własny niepowtarzalny głos swojej indywidualności. Więc zdarza się, że w takiej sytuacji zaczynamy metodyczną pracę nad sobą, na przykład zamiast dać się sterować wyuczonym szablonem typu dom – praca – dom – praca, potem serial i spać, i tak przez pięćdziesiąt lat, co w sumie może być wygodne, miłe i bezpieczne, próbujemy realizować siebie samych na przykład poprzez pasje, poprzez hobby, poprzez udział w fundacjach, programach społecznych. A to powoduje, że przestajemy być wyłącznie numerkiem w izbie skarbowej, posiadaczem legitymacji biblioteki koła seniorów, adresem pod który ta czy inna sieć handlowa przysyła regularnie oferty zniżkowych sprzedaży, ciocią i wujkiem na rodzinnych posiadach, podobnymi do wielu innych nudnych cioć i wujków. Stajemy się kimś ważniejszym, a już na pewno wtedy, kiedy zaczynamy prowadzić życie duchowe czy intelektualne, czytamy, zbieramy wrażenia, krytycznie je oceniamy, mało tego – wyrażamy swoją opinię.

A tu często okazuje się, że z tą swoją aktywnością, oczytaniem, z tą całą robotą wewnętrzną, którą odwaliliśmy, zostajemy sami, robi się koło nas coraz luźniej, a potem wręcz pusto. Wszystkie wrony, z którymi krakaliśmy w chórze, gdzieś się rozpierzchły, coraz mniej wcześniej przyjaznych ludzi chce z nami rozmawiać. Dlaczego? Ano nie dlatego bynajmniej, że się wywyższamy, ale dlatego że mamy do powiedzenia cokolwiek, zwłaszcza cokolwiek oryginalnego, przemyślanego, spójnego i kompetentnego.

Agnieszka Osiecka mawiała, że w Polsce jest tak, że gdy ktoś odpowiada na postawione mu pytanie rzeczowo, zwięźle i konkretnie, uchodzi za gbura, za osobę nieprzyjemną i źle wychowaną, bo na przykład na pytanie która jest godzina powinien odpowiedzieć – a dokąd się pani tak spieszy? Po co pani zegarek? Siądź, pani, tu z nami, zaraz pogadamy. Godzina, dobra zła, sześćdziesiąt minut ma i tak dalej, i tak dalej. To jest zwykły, normalny Polak, brat-łata, który nie znosi rygorów życia, który uwielbia sobie po prostu pogadać, a nade wszystko kocha bytowanie w świecie baśni. Jak mu powiedzieć, żeby z tej baśni zszedł na ziemię, to się śmiertelnie obrazi. Taki jest los wszystkich Martinów Edenów tego świata.

Zarysujmy więc background całej naszej dzisiejszej imprezy filmowej, bo na naszym ekranie ląduje dzisiaj przełożone na formę wizualną jedno z najważniejszych zjawisk literatury XX wieku. I tak – „Martin Eden” to powieść amerykańskiego pisarza Jacka Londona, którą ten najpierw publikował w odcinkach w magazynie „The Pacific Monthly” w roku 1909, by w roku następnym zebrać te odcinki w całość i wydać je w formie zwartej książki. Mieści się ona doskonale na półce z etykietką Kunstlerroman, którą opatruje się dzieła opowiadające o rozwoju artysty i dochodzeniu przez niego do pozycji na rynku sztuki, krystalizowaniu się własnej postawy, wyrazu twórczego i podobnych.

Przed Jackiem Londonem wybitne dzieła w tym nurcie stworzyli np. pisarz norweski Knut Hamsun, który w roku 1890 wydał wspaniałą powieść pt. „Głód”, zresztą także wielokrotnie z sukcesem filmowaną; a w siedem lat po Jacku Londonie gigant literatury XX wieku James Joyce opublikował na ten sam temat książkę pt. „Portret artysty z czasów młodości”.

London pisał swoją książkę mając lat trzydzieści trzy i nie był bynajmniej debiutantem, zdobył już międzynarodowe uznanie dzięki takim powieściom jak „Zew krwi”, „Wilk morski” czy „Biały Kieł”. Ale własna sława i pozycja literacka, szeroka poczytność, trochę go rozczarowały, w związku z tym na razie odłożył pióro i popłynął na zaprojektowanym przez siebie dwumasztowym żaglowcu, w branży zwanym keczem, który nazwał „Snark”, w wyczerpującą dwuletnią podróż, podczas której zmagał się z chorobami jelit, i wracał do początków własnej kariery, które wydawały mu się o wiele bardziej interesujące niż pozycja pisarza, który ma już nazwisko, pieniądze i sławę.

Imię i nazwisko głównego bohatera pożyczył od szwedzkiego robotnika, którego poznał w młodości. Wybranka Martina, która w powieści nosi imię Ruth, była wzorowana na Mabel Applegarth, pierwszej wielkiej miłości pisarza. W największym skrócie i nie zdradzając perypetii, jak to mówi młodzież nie spojlując filmu, możemy powiedzieć, że Martin Eden jest w wydaniu Londna opowieścią o byłym marynarzu, który pod wpływem miłości do bogatej mieszczki imieniem Ruth postanawia rzucić robociarski fach i zostać pisarzem, co wydaje mu się najkrótszą drogą do poznania samego siebie i do zdobycia ręki swojej wybranki, którą zamierza poślubić. Wszystko startuje w Oakland z początkiem XX wieku, a jest to miasto leżące na wschodnim brzegu Zatoki San Francisco w północnej Kalifornii w Stanach Zjednoczonych. Wówczas jeszcze dość młode, bo zostało założone zaledwie pół wieku wcześniej. W naszym wypadku dość istotne – od północy graniczy z miastem uniwersyteckim Berkeley. Martin Eden, jak, nie przymierzając, nasz Stanisław Wokulski zakochany w Izabeli Łęckiej, również zamierza doszlusować do poziomu społecznego swojej wybranki, a ponieważ jest surowym i niewykształconym marynarzem, wywodzącym się wprost z klasy robotniczej, wydaje mu się, że dystans, jaki go dzieli od damy swego serca, pokona najłatwiej drogą samokształcenia i zdobyci apozycji w świecie literackim. Daje sobie na to dwa lata wypełnione żmudnymi próbami pisarskimi ora niestrudzonym rozsyłaniem swoich utworów po gazetach, które zwracają mu je najczęściej bez czytania, a nawet bez otwierania koperty. Początkowy entuzjazm przeradza się u niego w gorycz, znużenie, rezygnację i rozczarowanie względem klasy, na której przychylności tak mu zależało, i kiedy sukces staje się jego udziałem, rozgoryczony Martin Eden decyduje się popełnić samobójstwo, przekonany, że jego trudy były daremne i w bezdusznym formistycznym społeczeństwie prowadzą po prostu donikąd. To samobójstwo i ta konkluzja nieodmiennie przywołują nam w pamięci postać naszego Wokulskiego, bo paralele są tu aż nadto wyraźne.

W powieści rzecz sprowadza się do odkrycia samotności artysty, ponieważ Martin Eden tak daleko posunął się w swoim samokształceniu, że przerasta nie tylko klasę robotnicza, z której się wywodzi, co oczywiste, ale również swoim obyciem kulturalnym, talentem i oczytaniem wyprzedza daleko burżuazję, na której opinii tak mocno mu początkowo zależało. Tak więc do klasy robotniczej nie ma już powrotu, dawni towarzysze wydają mu się ograniczonymi wyrobnikami, a z burżuazją też się nie zbrata, ponieważ odkrył, że to tępe i ograniczone groszoroby, skupione na pomnażaniu, nie za wysokiej zresztą, fortuny i na celebrowaniu rytuałów, które w ich własnych oczach mają utrzymać ich na wiodącej pozycji w społecznej drabince.

„Martina Edena” przenoszono na ekran trzykrotnie, pierwszy raz już w roku 1914. Po raz drugi przygody Edena oglądaliśmy w ekranizacji z roku 42; za chwilę obejrzymy ekranizację trzecią z kolei, a czwarta, najnowsza, pochodzi zaledwie z zeszłego roku i zapewne nie jest ostatnią próbą podejścia filmowców do tej postaci.

A mamy też serial włoskiej telewizji RAI, który oglądamy w tle.

I teraz mamy tę fundamentalną lekturę w wersji filmowej z roku 2019. Tymczasem film w Europie był dość szeroko pokazywany, oczywiście tej przebranej i zainteresowanej widowni, i zdobył wiele nagród i nominacji, w tym na festiwalu w Wenecji w 209 przypadła mu premia dla najlepszego filmu włoskiego, a Luce Marinellemu, odtwórcy głównej roli, przypadł tzw. Puchar Volpiego, czyli nagroda dla najlepszego aktora.

Kolejnym ważnym i wartym upamiętnienia wcieleniem tego samego typu, jaki prezentuje Martin Eden, był Wielki Gatsby, bohater powieści amerykańskiego pisarza Francisa Scotta Fitzgeralda z roku 1925, z okresu prohibicji, wielkiego przetasowania moralnego i zorganizowanej przestępczości. Gatsby to młody człowiek bez przyszłości, w dodatku zakochany w dziewczynie imieniem Daisy, na którą go w sensie finansowym i społecznym najwyraźniej nie stać. Sam wyrusza na wojnę, a ona wydaje się za bogatszego. Całkiem niespodziewanie dochodzi do wielkich pieniędzy i wysokiej pozycji towarzyskiej, i teraz próbuje dawną ukochaną olśnić bogactwem i odzyskać utraconą miłość, legitymując się niejako tymi życiowymi dokonaniami. Jak pamiętamy z powieści i z filmu z Leonardo DiCaprio, ta historia również kończy się tragicznie dla Gatsby’ego, który aspirował zbyt wysoko.

W naszym dzisiejszym filmie reżyser przejął od Londona sam schemat powieściowy i przeniósł akcję do XX-wiecznego Neapolu. Sam reżyser Pietro Marcello pochodzi zresztą z miasta Caserta na południu Włoch, zresztą letniej rezydencji królów Neapolu. Poza tym z miasta portowego, stojącego chemią, włókiennictwem i przetwórstwem spożywczym, mocno proletariackiego. Te okolice sam reżyser z wyraźnym sentymentem do stron rodzinnych ubarwia z jednej strony archiwaliami filmowymi, a z drugiej gęstymi od słońca i ciepła pejzażami.

W każdym razie „Martin Eden” jest piękną płomienną pieśnią na cześć osobności, hołdem dla tych, którzy wsłuchują się w rytm własnej osobowości, decydują się kroczyć własną drogą na przekór otoczeniu, które to otoczenie się wprawdzie zmienia, lecz ciągle pozostaje pół kroku z tyłu. Poza tym przypomina, że kiedy już wespniemy się na ten szczyt, okazuje się, że na szczycie jesteśmy sami, że ogarnia nas pustka, że wszyscy inni zostali gdzieś tam niżej i tę wspaniałą samotność bardzo często trudno znieść, trudno ją wytrzymać. Niżej nie zejdziemy, bo już tam byliśmy i wiemy, że czeka tam targowisko próżności, bylejakość i nuda. Wyżej wspiąć się też już nie można, bo nad nami jest tylko niebo. Właśnie, niebo.

Może więc zdecydować się na ten ostateczny krok?


Dyskusja po filmie „Martin Eden”

Cóż, nie jest to film optymistyczny – zgodziliśmy się na wstępie.

Samotność Martina Edena okazała się interesującą zagadką. Co za nią stoi: wyobcowanie społeczne (klasowe)? Pragnienie zdobycia kobiety, która jest nieosiągalna? Wysoka pozycja intelektualna, która powoduje, że ci, na których przychylności i uwadze mu zależało teraz okazują się nudni, banalni i niewarci zainteresowania?

W każdym razie – padł głos – takiemu rozchwianemu „genialnemu” intelektualiście przydałaby się oddana kobieta. Najlepiej zdrowa, prosta, odporna na skrajne dylematy. Ktoś, na kim taki rozwibrowany pisarz mógłby się oprzeć. Podano nawet przykład młodopolskiego poety Lucjana Rydla i Jadwigi Mikołajczykówny, których ślub i wesele zrelacjonował Wyspiański w znanym dramacie.

W każdym razie – gdy ktoś żyje bardziej intensywnie niż inni (w sensie intelektualnym, choć nie tylko), gdy stawia sobie wymagania, płaci za to wysoką cenę. Najczęściej płaci osamotnieniem, cierpieniem, które wynika z faktu, że rozumie z życia więcej niż inni. Księga Rodzaju opisuje podobną sytuację jako „wygnanie z raju”. A przecież wystarczyło nie sięgać po zakazany „owoc wiadomości dobrego i złego” i życie upływałoby jak dotąd w błogiej i przyjemnej nieświadomości.

Poza tym wdał się temat „przechodniości” Martina Edena, czyli ujawniania się podobnej postawy w licznych dziełach literackich, które pokrewne postawy i dylematy sytuowały w odmiennych epokach i środowiskach. Przed filmem jako analogię przywołaliśmy „Wielkiego Gatsbiego”, ale wszyscy jesteśmy bardziej przywiązani do postaci Stanisława Wokulskiego z „Lalki”, który też wybił się ponad własną sferę, nie umiał sobie z własnym osamotnieniem poradzić i wysadził się w powietrze.

Padła kwestia: czy Jack London mógł czytać Prusa, czy go czasem nie skopiował i czy polskiemu pisarzowi nie przysługiwałyby może jakieś tantiemy za wykorzystanie jego pomysłu? Niestety, w tamtych czasach prawo autorskie było dopiero w powijakach…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.