Maria Iwaszkiewicz „Portrety”

Maria Iwaszkiewicz „Portrety”:

Miniatury córki Jarosława o artystach, z którymi zetknął ją los (najczęściej przez ojca). Sympatyczne, pogodne, wybaczające. Inna sprawa, że ten cały światek żyje w swoistej bańce – bez związku ze społeczeństwem, z rynkiem na ich usługi, z rzetelnym odbiorem ich pisarstwa. Liczy się tylko, co napiszą koledzy, co powie władza. A władza daje dostęp do łamów, dystrybuuje prestiż, pieniądze, mieszkania, domy pracy twórczej, paszporty. Cała reszta mogłaby nie istnieć. Dosyć to zabawne.
Cytaty:

Bohaterem tej anegdoty stał się Franciszek Fiszer: wychodząc z przyjęcia, włożył on flaczki do kieszeni, ale na schodach zaczęły mu wypadać – zobaczył to sąsiad, mecenas Steinberg, i mówi: „Och, jak u państwa flaczki, to już nas się nie zaprasza”.
Jest dla mnie niewyjaśnioną tajemnicą, dlaczego ludzie bezdzietni piszą najlepsze książki dla dzieci; Makuszyński, Brzechwa, Tuwim.
W pewnej chwili Nina Andrycz swoim dramatycznym głosem zwraca się do Andrzeja: „Panie Andrzeju, pan ma takie piękne włosy. Czy pan myje włosy jajami?”. A Szczepkowski bez namysłu: „Nie, proszę pani, rękami, bo to łatwiej”. Anegdotka obiegła natychmiast całą Warszawę.
W jednym z listów napisała do moich rodziców: „Wczoraj nie było u mnie nikogo, tylko Karol, Strawiński i Ravel”.
Po wybuchy wojny Sobański dostał się do Londynu i tam wkrótce umarł. Antoni Słonimski mówił: „Tonio był tak dobrze wychowany, że nawet nie zawiadomił nikogo o swojej śmierci”.
Otóż wracała samolotem z Rumunii i leciał razem z nią dziennikarz, bardzo grzeczny, który nie miał jednej ręki. Toczy się ogólna rozmowa, padają stwierdzenia, że u nas takie złodziejstwo, i nagle Zula się orientuje, że mówi do tego pana: „Bo wie pan, w Szwecji za to rękę obcinali!”.
Witkacy miał swój popisowy numer, który wielokrotnie odgrywał podczas przyjęć, nazywało się to „głodomór w szafie”. Otóż w pewnym momencie zrywał się, podbiegał do szafy (doskonale nadaje się do tego szafa na Stawisku, w stołowym pokoju) i zaczynał się z nią szarpać, jakby w środku ktoś siedział i chciał wyjść. Witkacy miał zdolności brzuchomówcze, więc zaczynał wydawać jakieś dźwięki, niby głosem tamtego, po czym krzyczał: „Nic nie dostaniesz, siedź tam cicho!”. A z szafy dochodził cichutki głos: „Może tylko o-mle-cik…, o-mle-cik…?”.
On był tym, co w jidysz określa się słowem myszygene. Pytałam kiedyś Miłosza: „A wiesz, co to myszygene?”. „Wiem, oczywiście!”. To jest taki nie całkiem wariat, tylko – zwariowany.
Do tego napisał książkę. Powieść „Głupia sprawa” ukazała się w Czytelniku i rzeczywiście była to głupia sprawa. Koroną tej powieści jest scena, w której bohater, alter ego samego autora, wchodzi do pokoju, bierze książkę z półki i czyta wiersz Dobrowolskiego, myśląc tak: niegłupi człowiek ten Dobrowolski” – oczywiście wszyscy się tego wyśmiewali.
Któregoś razu pani Sternowa dzwoni do swojej przyjaciółki i mówi tak: „Anatol wstał rano, umył żeby, wziął teczkę i powiedział, że idzie na kurwy. Czy nie ma go czasem u ciebie?”.
Po 1968 roku była w Nieborowie na wakacjach, w bardzo dobrym towarzystwie. Znalazła się tam również zona nieżyjącego już wtedy Broniewskiego, Wanda, okropna baba, która zaczęła przekonywać, jak to dobrze, że Żydzi wyjeżdżają z Polski. Pani Sternowa opowiadała póxniej, zaciągając po kresowemu: „Policzyła ja do dzjesjęcju, żeby czego nieodpowiedniego nie powiedzjec’, i mówię do niej: won, ty kurwo!”.
Wymyślał śmieszne rymowanki; był miedzy innymi autorem wierszyka, który śpiewało się na modłę pieśni dziadowskiej. Zaczynało się głosem zawodzącym: Rok za ro-o-kiem marnie mi-ii-ja/ Coraz dłu-u-ższa życia szy-yyy-ja/ Wszystko wo-o-kół się pierdo-oo-li. I ostatni wers szybko: My w niewoli, my w niewoli.
Bar Jontek mieścił się naprzeciwko Czytelnika, to była zupełnie dorożkarska knajpa. Czasem chodziłam tam z grafikami, z Markiem Rudnickim, z Jasiem Młodożeńcem. Kiedy długo nie przychodziliśmy, pani Jasia, która stała za barem, mówiła na nasz widok: „Coś państwa dawno nie było. Myślałam, żeście sporządnieli albo może chore…”. Kiedyś wstąpiliśmy tam na wódkę z Arturem Międzyrzeckim: w Wielki Czwartek już o jedenastej rano leżał w progu jakiś facet i trzeba było przez niego skakać.
Na przykład jedna kobieta mówi do drugiej: „Pani Balon kochana, widziałam paninego męża w restauracji z tą rudą wydrą. Ale czy ja co mówię? Nie mój mąż, i nie moje pieniądze…”.
Jako poeta proletariatu był niezwykle hołubiony przez partię. Pokazywali go jak marionetkę, wozili po całej Polsce – wtedy już dużo pił. Zawsze lubił wódeczkę, ale po śmierci Zarębińskiej pił jeszcze więcej… i po pijanemu recytował swoje wiersze. Wiersze były dobre, ale wytrzymać pół godziny czy godzinę jego recytowania było bardzo trudno.
Artur miał swoje tajemnice. Dużo pił, ale po cichu. Zaczynał już rano, ale to nie był pijak, który chodzi rozmemłany. Czasem za dużo mówił i troszkę bez sensu, ale umiał doskonale nad tym zapanować. Jeżeli ktoś nie wiedział, że on już jest, powiedzmy, po setce, to trudno było zauważyć.
Zastępcą naczelnego był znajomy Artura Międzyrzeckiego, nazywał się Jerzy Gembicki. To był alkoholik. Kiedyś pijany szedł do metrampaża, który mieszkał na Pradze, i niósł mu materiały do makiety. Na środku mostu coś go tknęło i z krzykiem: „A ja to wszystko pierdolę!” wrzucił te materiały w nurt Wisły. Jego towarzysz zadzwonił do Arskiego i mówił: „Panie redaktorze, nie będzie numeru”. Wtedy posłali go na odwyk. Gembicki później został sekretarzem redakcji w „Nowej Kulturze”.
Bohaterem jego książki był komunista, którego w okresie międzywojennym wsadzono do więzienia. W powieści była scena, jak ten komunista onanizuje się w więzieniu. Napisałam ołówkiem na marginesie maszynopisu: „Komunista się onanizuje” i oddałam autorowi. Sokorski odesłał mi maszynopis z pytaniem: „A co ma robić?”. Odpisałam: „Niech przetrzyma!”.
Pracownicy fizyczni (…) wywodzili się przeważnie z warszawskiego ludu mieszkającego na Pradze, jak pan Luterek, który miał za zadanie nosić szpalty do cenzury, a którego myśmy nazywali – mając ku temu mocne podstawy – Literek.
Kiedyś wybuchła wielka awantura pomiędzy prezesem Stefczykiem a panią Trochimiakową. Otóż do ubikacji na pierwszym piętrze wszedł Leon Kruczkowski, ówczesny prezes Związku Literatów, strasznie dumny i nadęty – i cóż on zobaczył? Na gwoździu przy sedesie wisiały szpalty jego książki. Były to już szpalty bezużyteczne, niemniej widok dla autora nieprzyjemny. Zrobiła się potworna awantura, panią Trochimiakową wezwano do prezesa i dobyła się między nimi słynna rozmowa. Prezes jej tłumaczy, że przecież nie może być tak, żeby szpalty wisiały w ubikacji, na co pani Trochimiakowa:
– Ludzie potrzebują papieru, towarzyszu prezesie.
– Do czego?
– Do dupy, towarzyszu prezesie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.