Marek Szymaniak „Urobieni. Reportaże o pracy”

Marek Szymaniak „Urobieni. Reportaże o pracy”:

O tych, którym powiodło się mniej, najczęściej z parteru społecznego. I że to rzadko ich wina. A czyja? Bezmyślnie wdrażanego neoliberalizmu, który nałożył się na rodzimą bylejakość. Wystarczy.
Cytaty:

Szef był człowiekiem honoru. Nawet jak komornik wszedł do firmy, to pod stołem dostałyśmy wypłaty. Taki był. Najpierw o nas myślał, a dopiero potem o długach – mówi pani Urszula i dodaje, że interes upadł, bo rynek zalała chińszczyzna.

Dostaliśmy propozycję nie do odrzucenia: śmieciówka albo wypowiedzenie. Wyszło, że outsourcing jest dobry, ale tylko dla tych, których nie dotyczy.

Kolejny przetarg na ochronę uczelni w 2009 roku wygrała inna firma. Pracownicy znów mogli albo trafić na bruk, albo przejść do nowego pracodawcy. Ten jednak postawił nieformalny warunek. Każdy z nich w trzy miesiące miał „załatwić sobie” orzeczenie o niepełnosprawności. Wtedy dostanie robotę. Jeśli tego nie zrobi, to zostanie zwolniony. – Szef zasugerował, że zdrowych nie potrzebują.

Czasem najbardziej poszukiwani są ci z najcięższymi schorzeniami – mówi Bogdan i pokazuje ogłoszenie, które niedawno znalazł w internecie. „Zatrudnimy osoby niepełnosprawne na stanowiska: Pracownik ochrony. Warunek konieczny: niepełnosprawność z tzw. schorzeniem specjalnym (01–U, 02–P, 04–O, 06–E)”. – Dla zwykłego człowieka to tylko cyferki. Dopiero jak sprawdzimy, co znaczą te skróty, to się okaże, że chodzi o upośledzonych umysłowo, chorych psychicznie, cierpiących na choroby narządu wzroku i epileptyków z powracającymi napadami padaczkowymi. Im bardziej schorowany człowiek, tym lepszy dla firmy

… jedyną radę, jaką przez lata dostał od szefa, to aby w razie zagrożenia, na przykład napadu, schował się pod biurko i pod żadnym pozorem nie wychodził. A jeśli pod biurkiem będzie niebezpiecznie, to aby uciekł do toalety i tam czekał do przyjazdu policji.

Polsce co dziewiąty zatrudniony należy do grupy „biednych pracujących”. To ponad półtora miliona osób, które mimo że często pracują więcej niż osiem kodeksowych godzin, zarabiają zbyt mało, aby zaspokoić inne niż podstawowe potrzeby. Praca zajmuje im zbyt dużo czasu, aby podnieść kwalifikacje i dostać podwyżkę. W ten sposób wegetuje 10,8 procent polskich pracowników.

Firmy sprzątające i ochroniarskie znalazły sposób, aby obejść przepisy. Faktycznie na umowie wpisują 13 złotych, ale każą pracownikom płacić kilka złotych za dzierżawę munduru czy wypożyczenie mopa.

Radosław uważa, że kilkumiesięczne przerwy w płatnościach były formą kontroli nad pracownikami. – Bo wiadomo, możesz się zwolnić, ale wtedy kasy za przepracowany na czarno okres już nie zobaczysz. Więc tak naprawdę musisz zostać i czekać, aż kasa przyjdzie i dadzą ci umowę.

Skoro są artystami, lekkoduchami, chcą być wolni, to wszyscy myślą, że na pewno im się to podoba. Ale, kurwa, jaka to wolność? Kiedy przez kilka miesięcy nie masz na chleb i ciągle myślisz, od kogo teraz pożyczyć, a komu już musisz oddać – opowiada Radosław.

Każdy dziennikarz portalu nie dostawał już osobnej wierszówki za opublikowany tekst, ale miał wyrobić miesięczną normę, którą szczegółowo rozpisano i wyglądała tak: 1 tekst na godzinę, czyli 8 dziennie; 8 dziennie, czyli 40 tygodniowo; 40 tygodniowo, czyli 160 miesięcznie; 160 miesięcznie, czyli 1920 krótkich tekstów rocznie. – Jak w fabryce. Jeśli ktoś nie wyrobił normy, to dostawał odpowiednio mniejszą pensję. Robota na akord jak na polu truskawek

… takie osoby tworzą osobną klasę społeczną, którą nazwał „prekariatem”, o czym pisał w książce Karta prekariatu. Mowa o ludziach, którzy są niepewni jutra ze względu na permanentną niestałość zatrudnienia. Nie mogą oni przewidzieć, jaka będzie ich sytuacja za tydzień czy miesiąc. Elastyczna i niestała praca nie gwarantuje im stabilności, bo źródło utrzymania, a więc i na przykład wynajęte mieszkanie, mogą stracić z dnia na dzień. Prekariuszom przysługuje jedynie wynagrodzenie. Nie mają żadnych innych praw: płatnych urlopów, socjalnego wsparcia, profitów czy premii, z których korzystają ich kilkanaście lat starsi przełożeni.

Tak trafił do branży call center, w której w Polsce pracuje około 250 tysięcy osób. Ta liczba pracowników pozwala nawet 10 razy w miesiącu zadzwonić do każdego Polaka z ofertą sprzedaży.

Drugie zadanie to była zupełnie inna działka. Sprzedaż różańców świętego ojca Pio, krzyży z Medziugorie i wody poświęconej w Watykanie przez samego papieża.

Jednak potem ktoś z szefostwa postanowił na świetnie sprzedających się testach DNA zarobić jeszcze więcej. Owszem, klienci dostawali patyczki. Nadal pocierali nimi policzki wewnątrz ust i odsyłali je. Ale wymazy nie trafiały już do Monachium. Zamiast tego lądowały w koszu. Oczywiście po kilku tygodniach rekordy otrzymywały wynik, ale nie prawdziwy, lecz przypadkowy, losowo wybrany raport z bazy. Wtedy zaczynały się problemy i telefony. Okazywało się, że ktoś dostał diagnozę gwarantującą, że nie grozi mu stwardnienie rozsiane, a on walczy z taką chorobą od pięciu lat. Ktoś inny dzwonił z pretensjami, bo w raporcie wyczytał, że jest zdrowy jak ryba, a faktycznie od pół roku umiera na nowotwór.

Podobny cel mają niemal wszystkie internetowe konkursy. Zostaw swoje dane, a wygrasz nowiuśkiego iPada. Jak bardzo trzeba być naiwnym, żeby w to uwierzyć? Bardzo, ale wierzą miliony. Jacek wie, że w większości takich „zabaw” nagroda istnieje tylko na zdjęciu, a konkurs to po prostu sposób na wyciągnięcie nowych kontaktów, do których nazajutrz zadzwonią sprzedawcy.

Sprzedawałem kiedyś tabletki na odchudzanie. Zadzwoniłem do klientki, która już raz je kupiła. Spodziewałem się raczej żalu i pretensji, ale była zachwycona. Mówiła: „Schudłam pięć kilogramów i chcę więcej tych chrupków!”. „Jakich chrupków?”, zapytałem zdziwiony, bo przecież sprzedawaliśmy tabletki. „No tych z opakowania”, odpowiedziała. Okazało się, że razem z kapsułkami jadła styropian. Nic dziwnego, że schudła.

Myślałem, że w Polsce jest inaczej niż na Ukrainie, gdzie bogaty zawsze ma rację i wygrywa z biedniejszym, bo stać go na łapówki. Myślałem, że u was jest uczciwiej niż u nas. Myślałem, że wy macie Europę…

… różnicę między Polską a Szkocją wyjaśni mi na przykładzie. – W Polsce, jak ludzie się spotykają, to zaraz schodzi na politykę. Kłócą się, bo ktoś jest za P iS -em, a ktoś za PO , i zaraz są krzyki, pyskówka, wojna na całego. A tutaj, jak rozmawia się ze starym Szkotem, to są dwa tematy: samochody oraz gdzie zabrać żonę na wycieczkę. Z młodym Szkotem też pogadasz na dwa tematy: o samochodach, jakimi chciałby jeździć, i o dziewczynach, jakie chciałby przelecieć. To jest ta różnica.

Twierdzi, że wsiadłby w samolot do kraju nawet jutro, gdyby dało się tam żyć na normalnym poziomie. – Co to znaczy? Nie martwić się, czy starczy do pierwszego. Nie musieć ciągle odmawiać dziecku. Mówić, że tatuś nie ma. Żeby po opłatach na koncie zostawało 1,5 tysiąca złotych. Kocham Polskę, kocham swoje miasto Ostrów Mazowiecką, kocham też Warszawę, ale tam nie da się tak żyć.

Pan Henryk dostrzega starszą kobietę z reklamówkami różnych sklepowych marek. – Selekcjonerka – mówi. Widząc moje zdziwienie, wyjaśnia: – Chodzi od sklepu do sklepu i wybiera tylko to, co w promocji. To, co najtańsze. Normalnie nikt nie miałby czasu tak jeździć po mieście, ale tu ma wszystko…

Pan Henryk uważa, że Polacy robią zakupy tam, gdzie jest tanio, bo za mało zarabiają. Nie widzą jednak, że ich oszczędności wynikają głównie z tego, że sieci handlowe przerzuciły koszty na pracowników, dostawców i system emerytalny, a same mają się świetnie.

Każdego klienta trzeba przywitać formułką, zapytać o kartę klienta, bony, naklejki. Jak nie powiesz, to zaraz masz rozmowę dyscyplinującą. Za piknięcia też. Musi być 30 na minutę. To jest obłęd. Klient nie nadąża nawet spakować zakupów. Płaci, ja już kasuję następnego, a tamten zostaje z rozwalonymi zakupami. To celowe, aby klient się śpieszył. Tylko że jak się wkurzy, to na mnie, a nie na prezesa.

Jak człowiek rodzi się w Polsce, to na plecach ma napisane „Kunta Kinte”.

Norbert (szara czapka) w Toyocie pracuje od 12 lat. Obecnie na kuźni. Na jego linię wpada rozgrzany kawałek metalu, a pracownicy po kolei odpowiednio go obracają i wyginają. Tak w 12 sekund powstaje korbowód. Kiedyś czasu było o 3 sekundy więcej, ale Jishukeni wyliczyli, że to marnotrawstwo i że na pewno da się szybciej. – Teraz czas dopięty jest do maksimum. Jeśli się nie wyrabiamy, to jest specjalne spotkanie, na którym odbywa się pranie mózgów.

… podpaść przełożonym wcale nie jest trudno. Wystarczy na przykład nieodpowiednio yoshować na porannym, oficjalnie nieobowiązkowym mitingu. Yosh z japońskiego oznacza mniej więcej tyle, co „zróbmy to”. Tym słowem w Toyocie pracownicy potwierdzają, że wykonają jakieś zadanie lub przytakują szefowi. Jakość yoshowania, oczywiście subiektywnie, ocenia przełożony. Jeśli nasze yoshowanie mu się nie spodoba, to możemy zasłużyć na notatkę służbową i rozmowę dyscyplinującą.

Nie mamy prawa się popsuć. Mamy prawo zapierdalać – mówi Krzysztof. – Niedawno przyszedł do nas menedżer. Pochwalił nas, bo okazało się, że jesteśmy tańsi od Chińczyków i najwydajniejsi na świecie.

Zdarza się wręcz tak, że to, co w zagranicznych fabrykach danego koncernu wykonują roboty, w Polsce wykonują ludzie. Dzięki temu firmy uzyskują maksymalne ulgi podatkowe. Kreowane są więc w dużym stopniu miejsca pracy wymagające minimalnych kwalifikacji. Naukowiec podkreśla, że region wałbrzyski charakteryzuje się bardzo niskimi stawkami płac w porównaniu z kwalifikacjami pracowników. Gdyby fabryka Toyoty powstała po niemieckiej stronie granicy, japoński koncern musiałby zapłacić pracownikom kilkukrotnie więcej.

Sen staje się współcześnie ekskluzywnym i nieco anachronicznym dobrem. Przestaje być czymś koniecznym i naturalnym. Jest stanem bezużytecznym, bo generuje niepoliczalne straty czasu produkcji, obiegu i konsumpcji – pisze w swojej książce Jonathan Crary, autor książki 24/7. Późny kapitalizm i koniec snu.

Jesteśmy zresztą jednym z najbardziej zapracowanych narodów na świecie (7 miejsce) i w Unii Europejskiej (2 miejsce). Według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju przeciętny Polak przepracował w 2016 roku aż 1928 godzin. Wśród krajów Unii Europejskiej więcej czasu w pracy spędzili tylko Grecy (2035 godzin).

Społeczeństwo tak nauczono, że jak ktoś zarabia mało, to na pewno jest niewykształcony i to jego wina, bo się mało uczył. Mówią mu: „Każdy jest kowalem swojego losu, jak sobie pościelisz, tak się wyśpisz”. W naszym kraju panuje przekonanie, że jak ktoś nie jest szefem firmy, to sam sobie winien, bo mógł się bardziej postarać. A życie nie jest takie czarno-białe – dodaje.

Zgodnie z prawem w firmie trzeba zebrać 10 pracowników, aby założyć związek. Zatem we wszystkich przedsiębiorstwach, w których pracuje mniej osób, praktycznie nie można założyć organizacji związkowej. Taki zapis automatycznie eliminuje z ruchu związkowego kilka milionów ludzi, czyli 40 procent pracowników, zatrudnionych w mikroprzedsiębiorstwach, które mogą liczyć maksymalnie 9 pracowników. W efekcie związki zawodowe są niemal całkowicie nieobecne w sektorze prywatnym.

Politycy odkryli, że socjalem można kupić głosy. Że ludzie pójdą na wybory, jak im się da pieniądze do ręki. Na nic nasze apele, że Polski na to nie stać, że to zniszczy gospodarkę, zabierze miejsca pracy, że skończymy jak

Mam u siebie takiego kucharza. Już czwarty rok u mnie robi. Przyszedł po ledwo skończonym technikum. Nic nie umiał, ale zrobił bachora. Błagał o robotę. Dałem mu szansę, bo nie ma lepszego pracownika od faceta z dzieckiem albo dużym kredytem. Zresztą, to wychodzi na to samo.

Polski kapitalizm prawie każdego skrzywdził. Prekariusza, bo dał mu groszową płacę i poczucie, że jest śmieciem w oczach swojego pracodawcy, że jego praca jest nic niewarta, a na jego miejsce czeka 20 chętnych, więc jak się nie podoba, to wypierdalaj. Menedżera, bo dał mu duże pieniądze, poczucie wartości, ale zapędził w ciężką orkę, pracę non stop.

Czasem trzeba dać z siebie więcej, zostać i pracować po godzinach, ale nie można pozwolić się wessać. Trzeba tego pilnować – mówi i dodaje, że ma tę kwestię od dawna przemyślaną i przepracowaną. – Moje życie prywatne i zawodowe płynnie się przenikają i wyglądają jak figura „poziomej ósemki”. Nie jest tak, że życie rodzinne i praca to coś innego. To ciągle to samo życie, tylko w pewnych momentach jedna ze sfer wymaga większego zaangażowania. W domu też trochę jestem dyrektorem, bo dla mnie zarządzanie sferą domową i firmą wygląda podobnie. Jest trochę ludzi, z których każdy jest inny, ma swoją rolę, ale w gruncie rzeczy chodzi nam o to samo – wyjaśnia.

… to niedyplomatyczne, co powiem, ale lepszy pracownik to ten, który przyjedzie z małego miasteczka, bo pragnie coś osiągnąć w życiu i wie, że nic nie przychodzi samo. Jego studia to nie tylko jego własny wysiłek, ale często wysiłek całej rodziny. Musi pracować, bo tatuś nie prześle 1500 złotych miesięcznie. Nie ma zmiłuj, musi dorabiać. Musi dać sobie radę. I my mu też taką możliwość dajemy. Takich osobiście cenię najbardziej.

Kto jest najbardziej zadowolony? Zasadniczo: im wyższe stanowisko, tym bliżej do szczęścia. Najbardziej usatysfakcjonowani są zatem dyrektorzy i członkowie zarządu. Najmniej operatorzy maszyn i pracownicy linii produkcyjnej. Na wskaźnik zadowolenia wpływ mają też zarobki, a te budzą wśród Polaków największe niezadowolenie. Pozytywną opinię na temat swojego wynagrodzenia ma zaledwie co piąty zatrudniony. W tym gronie znajdują się tylko członkowie zarządów, którzy są „umiarkowanie zadowoleni”. Cała reszta – od operatorów maszyn przez specjalistów aż do kierowników dużych zespołów – jest niezadowolona. Granicą, kiedy czujemy się zadowoleni z pracy, są zarobki w wysokości 6–8 tysięcy złotych netto.

To, że Państwowa Inspekcja Pracy była tak słaba, to efekt uboczny neoliberalizmu. Skutek przyjętej ideologii, w której takie instytucje nie mają racji bytu, bo są elementem mechanizmu działania państwa, a to przecież jedynie psuje i nic nie naprawia. Neoliberalizm lansuje przekonanie, że wszystkie relacje między pracownikiem a pracodawcą trzeba pozostawić regulacji rynkowej. Wierzy, że wolny rynek ustawi je tak, że w ostateczności wszyscy będą zadowoleni.

Dochodziło do skandalicznych sytuacji, że jeśli przedsiębiorca nie życzył sobie działania związków, to ich po prostu nie było, a państwo stało obok i się temu przyglądało, nie robiąc zupełnie nic. Pod tym względem był to powrót do XIX wieku.

Ten system w sensie ideologicznym i praktycznym starał się przekonać ludzi, że oni sami w pełni odpowiadają za swój los i sami muszą starać się i walczyć o swoje sprawy. Uczynił samotność człowieka pracy czymś oczywistym i naturalnym, wdrukował w nas przekonanie, że jeśli przegrywamy, to coś jest nie tak z nami, a nie z systemem.

Do tego doszedł nieomal otwarty przekaz socjaldarwinizmu, mówiący, że przetrwać mogą jedynie najsilniejsi, najlepiej dostosowani do warunków, gotowi na bezwzględną walkę i nieżałujący za bardzo tych, którzy przegrywają, sami bowiem są sobie winni, a poza tym wszelkie współczucie czy solidarność jedynie osłabiają wolę zwycięzcy. A to już była pożywka dla butnego chamstwa, którego jest tak wiele w naszym życiu.

To skądinąd znowu pokazuje też ten nasz smutny indywidualizm. Myślenie w kategoriach indywidualnego powodzenia, a nie zmiany losów wspólnoty. Wyjazdom często wszak towarzyszy przekonanie, „że w tym kraju i tak nigdy nic się nie zmieni”, trzeba więc ratować siebie i swoją rodzinę. Potwierdzają to zresztą badania pokazujące u Polaków brak wzajemnego zaufania do siebie.

… pogardę wobec tych, którym się nie udało, sterowaną przekonaniem, że skoro mnie się udało, to każdemu mogło się udać, trzeba było tylko się starać. Takie podejście było kompletnie ślepe na fakt zdeterminowania osobistego powodzenia przez czynniki społeczne, na jakie jednostka nie ma wpływu, jak na przykład miejsce urodzenia, pochodzenie rodzinne, stan zdrowia. Na to zatem, że zarówno sukces, jak i porażka to nie jest jedynie sprawa osobistych cnót i zalet, ale warunków zewnętrznych. Nadto pojawiło się takie utopijne i absurdalne przekonanie, że każdy może i powinien stać się przedsiębiorcą, a jeśli tego nie czyni i staje się pracownikiem najemnym, to nie powinien narzekać na swoją sytuację, bo sam jest sobie winny.

Boję się, że nie mamy w Polsce za dużo prawdziwych chrześcijan. Gdyby było inaczej, nasz kapitalizm przybrałby już dawno postać kapitalizmu z ludzką twarzą, tym bardziej że bardzo wiele nurtów sprzeciwu wobec niesprawiedliwości stosunków kapitalistycznych wywodziło się właśnie z chrześcijaństwa, że wspomnę tylko personalizm chrześcijański Emmanuela Mouniera czy ruch socjalizmu chrześcijańskiego.

Warszawa jest wielkim beneficjentem zmian i to jest paradoksalnie pewien problem dla Polski, bo polskie elity ekonomiczne, polityczne, naukowe i medialne żyją w miejscu, które odniosło wielki sukces. Z tego punktu widzenia trudno dostrzec, że nie wszędzie jest tak dobrze. Warszawa to taka bańka, przez którą trudno bez wysiłku się przebić i zobaczyć, co jest poza nią. A to często zupełnie inny świat.

Zawsze słyszę ten argument: „Kiedy będziemy bogaci, to zastosujemy model skandynawski”. To jest absurd, bo swój model Skandynawowie zastosowali, kiedy byli biedni, czyli w latach trzydziestych XX wieku. Poza tym nigdy nie będziemy na tyle bogaci, aby ta grupa, która tak mówi, przyznała: „Okej, to jest wreszcie czas, abyśmy się podzielili”. To się nigdy nie wydarzy. Bogaci będą w swoich oczach zawsze za mało bogaci.

Last but not least dziękuję również rodzicom. Mamie za to, że nie wyrzuciła mnie z domu, kiedy powiedziałem, że chcę zostać dziennikarzem, i zrobiła wszystko, abym mógł to marzenie realizować. Tacie, bo dzięki niemu szybko zrozumiałem, że na świecie potrzebni są ludzie dający głos tym, których nikt nie słyszy.

2 przemyślenia nt. „Marek Szymaniak „Urobieni. Reportaże o pracy”

  1. Osobiście trzymam się wersji, że winny nie jest żaden system polityczny, ale ludzie łamiący prawo. Gdyby polski rynek pracy był normalny połowa z tych historii nigdy by się pojawiła. I wiem co mówię, bo tak się składa, że jest tam i o mnie rozdzialik. Pozdrawiam

    1. Zapewne ma Pan rację.
      Sam dochody czerpię – w pewnym zakresie – z „prekariatu”, ponieważ sprzedaję efekty pracy swego umysłu. Poznałem więc na własnej skórze i bardzo dokładnie wszystkie negatywne aspekty tego procesu. Pokaźną książeczkę – z przykładami! – mógłbym o tym napisać.
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *