Łowca jeleni

Jesień. Owocują głogi. Rano odwożę Dorotę do pracy ulicą Głogowską, zaraz potem idę do lasu i też – głogowska:

W komentarzu do bloga (ciągle się dziwię, że ktoś to czyta) informacja, iż złote jelenie pod Pałacem Kultury, które dały nam w lipcu chwilę wesołości, ktoś zdewastował. Reprodukuję więc zdjęcie historyczne:

Kiedy tak stałem w otoczeniu jeleni („- Jeszcze jeden” – mówiła Dorota), nie rozumiałem, co do mnie mówią. Teraz czytam: „Kiedy ktoś do nich podchodził, jelenie zaczynały >>mówić<< ludzkim głosem. W rzeczywistości można było usłyszeć nagrane przez artystkę wypowiedzi kilkudziesięciu mieszkańców Warszawy na temat znaczenia teatru w ich życiu.” I to było bardzo prawidłowe i bardzo na miejscu. Jak ktoś chciał się dowiedzieć, jakie jest miejsce teatru  w życiu warszawiaków, to powinien był pójść pod Pałac Kultury, przechadzać się przed szpalerem jeleni pociągniętych złotkiem i słuchać. To najprostszy sposób, by zdobyć odpowiednią wiedzę w tej materii.
Jeleniom wyrwano rogi.
Red. Andrzej Niczyperowicz („Głos Wielkopolski”):
– Kochanie, dzisiaj pójdę z kolegami na partyjkę kręgli. Będziemy grali do rana. Nie masz nic przeciwko temu?
– Idź, idź koniecznie; przecież za rogi cię nie trzymam!

Na parkingu kolejny pan w stadium pilnego zapotrzebowania. Zanim dostał, wykonał prezentację. Okręcił się na pięcie: „- Widzi pan? Nie jestem menelem! Spodnie odprasowane, buty czyste, prawie wcale niezabłocone.”

Jazda w tramwaju jak telenowela: pasażerowie do telefonów opowiadają fragmenty życiorysu. Jeden się zakochał, dugi spłaca kredyt, trzeci pilnuje na odległość, aby mu dosolić zupę.

Podczas spaceru w Komornikach pstryknąłem domek. Ot, jeden z tysięcy w okolicy, który akurat zmienia przeznaczenie:

W pomieszczeniu sklepowym tuż obok, na Głogowskiej, był, jak się wprowadziliśmy trzy lata temu, „Zakątek sztuki”. Przez szybę, z ulicy widywałem tam pewną nieskończenie smutną panią. Otwierała i zamykała punktualnie. Nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek zaszedł do środka.
Potem w tym samym lokalu były „artykuły do spania”. Po nich żywność ekologiczna,  moda dla dzieci, trafika… Teraz są tam „chwilówki”.

Miesięcznik „Kino” sprzed paru lat, w którym akurat grzebię, ma taką zagadkę literacko-filmową. Kto, mianowicie, uczestniczy w tym dialogu:
– Trzy setki – zapodał Peresada.
– Lepiej trzy ćwiartki – ja mówię.
– Trochę taniej wychodzi niż na kieliszki.
– Co na zakąskę? – spytała kelnereczka. – Pan nie musi – uśmiechnęła się do mnie. – Pan konsumpcję już konsumował.
– Na zakąskę? Zimne nóżki. Dwie porcje. I ocet.
– Trzy porcje pani da. Przekąskę też – rzekłem.
– Dobrze się rzyga po zimnych nóżkach – zauważył naukowo Peresada.
Ja po tej odezwie Peresady dużo straciłem w oczach kelnerki. Takim cię piszą, jakim cię widzą. I jakim widzą tego, z którym przesiadujesz, z którym uprawiasz sedenterię – dodajmy do przysłowia. Ale nie szkodzi. Niech piszą, jak chcą i co chcą.

Barokowa muzyka dworska – stworzona, by umilać czas. Ludziom pracy, jak to na dworze. Oto sonaty Antonio Bertaliego (1605 – 1669). W Wiedniu nadworny kapelmistrz cesarza Ferdynanda II. Popularny „Przewodnik koncertowy” go nie uwzględnia, zapewne nie najwyższa liga. A przecież ładnie grają:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *