Krzysztof Varga „Egzorcyzmy księdza Wojciecha”

Krzysztof Varga „Egzorcyzmy księdza Wojciecha”:

Tak… autor zdecydowanie nie lubi rodaków. Ale przynajmniej barwnie i wyczerpująco opowiada, za co.
Cytaty:

Nie ma bardziej żałosnej muzyki niż kolędy, a najgorsze, co może człowieka spotkać, to zebranie wigilijne w pracy, zwane „gwiazdką” albo „rybką”, od czego gorsze może być wyłącznie wielkanocne „jajeczko”, oraz włączony w rodzinnym domu

… zacząłem się zastanawiać, czy mój szwagier jest kretynem, czy też sztukę mimikry doprowadził do doskonałości i tylko rewelacyjnie kretyna udaje. Skłaniałem się ku drugiej ewentualności. Będąc organicznym kretynem, jednak by chyba nie zrobił kariery w wielkim międzynarodowym koncernie motoryzacyjnym, natomiast

… dwa były radosne wyznaczniki lata: nowy Woody Allen i to, że wszystkie największe skurwysyny z biura brały wtedy urlopy, by wyjechać do ciepłych krajów ze swoimi zołzowatymi żonami, dzięki czemu atmosfera się oczyszczała i można było głębiej odetchnąć, rozluźnić się. To był najlepszy okres w pracy; trwał do jesieni, gdy wszystkie opalone i odchudzone skurwysyny wracały i dostawały nowe plany motywacyjne. Nowe plany wyzwalały w nich energię do mobbingu, a czasami i molestowania, bo po wakacjach spędzonych z żonami i dziećmi skurwysyny były nie tylko opalone, ale i niezwykle napalone. Wiktoria nie wyjeżdżała, bo lubiła chodzić do pracy, kiedy nie było w niej największych skurwysynów, poza tym inne skurwysyny z zagranicznej centrali korporacji także wyjeżdżały na wakacje, jeszcze droższe i bardziej egzotyczne niż te skurwysynów lokalnych, zatem nie było nad nią po prawdzie żadnej zwierzchności i praca częściowo przynajmniej polegała na markowaniu pracy.

… przy ulicy Wynalazek, w części miasta zwanej kiedyś Służewcem Przemysłowym. W istocie przemysł tu nadal miał się świetnie, jednakowoż przemysł innego rodzaju; zamiast kondensatorów i półprzewodników produkowano androidy zwane pracownikami biurowymi. Była to wielka, wielohektarowa fabryka Nowych Ludzi, ogromny eksperyment, choć bynajmniej nie pionierski.

… czas trwania tej myśli był krótszy niż nasze życie z kosmicznej perspektywy. Garsonka podeszła do niego i delikatnie ujęła go za nadgarstek jak pielęgniarka badająca tętno, a całe ciało Sebastiana doznało elektrowstrząsu. Garsonka wyciągnęła ukrytą za plecami rękę i nie przestając się uśmiechać ironicznie, lecz jakby też zalotnie, takim uśmiechem, który z jednej strony kpi, a z drugiej obiecuje coś niezwykłego, założyła mu na ów nadgarstek bransoletkę. Kiedy poczuł chłodny i nieprzyjemny dotyk sztucznego tworzywa, otworzył szeroko oczy i ze zdumieniem spojrzał na swoją rękę – bransoletka była gumowa, z wypustką w kształcie bateryjki, a napis na niej głosił: „Dopóki walczysz, jesteś zwycięzcą”. –

Konkurencja w branży zrobiła się śmiertelnie niebezpieczna, bo i sama branża nieprawdopodobnie rozwinęła się w ciągu ostatnich lat; kolejne kanały ezoteryczne eksplodowały w telewizorach i komputerach, coraz więcej chcących zaistnieć zdesperowanych wróżbitów i wróżek, coraz więcej sprytnie władających tarotem, runami i wahadełkami, czego nauczyli się w weekend z popularnych

Każdy kraj ma jakiś produkt eksportowy, każde wielkie miasto ma swoją specjalizację, lokalny przysmak, magnes dla turystów, wszystkie: Lizbony, Barcelony, Rzymy i Paryże mają swoje smaki, zapachy, przysmaki, legendarne kawiarnie, księgarnie, całe dzielnice. Warszawa ma wyłącznie swoich nieżywych, poległych, zabitych, a najsłynniejszym przysmakiem tego miasta są zwłoki.

… już tylko duńska filozofia hygge trzymała ją przy życiu. Kierując się zaleceniami filozofii hygge, Beata, gdy wracała z pracy do domu, rozsiadała się na miękkich poduszkach, opatulała kocem, przedtem zaparzywszy sobie herbatę owocową, przytłumiała światło i zapalała świeczki, ale koniecznie świeczki naturalne, a nie zapachowe, oraz podjadała duńskie maślane ciasteczka, czując, że jest prawie szczęśliwa. Po pewnym czasie uprawiania hygge okazało się, że w zasadzie jest całkiem dobrze, ale jeszcze lepiej jest osiągać szczęście nie przy owocowej herbacie, ale przy białym winie, konkretnie przy butelce rieslinga albo chardonnay, a najlepiej przy dwóch butelkach.

O godzinie szóstej otwierały się już wszystkie sklepy wokół, rozpoczynał się poranny rozruch, podjeżdżały małe ciężarówki z zaopatrzeniem, masywni mężczyźni wnosili na zaplecza skrzynki z warzywami, owocami, kartony z nabiałem, zgrzewki napojów, a lokalni alkoholicy nerwowo dreptali po pierwsze prostujące piwo i setkę wódki, które bez zbytniej ostentacji, ale i nie kryjąc się nadmiernie, wypijali w najbliższej bramie, tej szczęśliwie pozbawionej kraty i domofonu.

Rano i wieczorem na Warszawiankę zwalały się hordy korporacyjnych mutantów, którzy muszą przed pracą albo po pracy rozluźnić się, popływać, posiedzieć w jacuzzi, powrzeszczeć trochę pod szkockimi biczami, ponieważ, jak to zwierzęta, czują atawistyczną potrzebę wyzwalającej ekspresji. Wszystko robią szybko: szybko pływają, szybko biorą prysznic, szybko się wycierają, szybko się relaksują, żeby rano zdążyć na pierwszą odprawę w bunkrze biurowca, wieczorem dotrzeć do rodziny i na mecz w telewizji, w środku dnia zaś ich nie ma, ponieważ siedzą za biurkami w swoich szklanych klatkach i wydaje im się, że rządzą światem.

Nie był ani przystojny, ani bogaty, ani znany – trzy święte przyczyny nieważności.

Bezrefleksyjna zadowolona męskość, która rozpleniła się ostatnimi czasy w tym mieście, gdzie nie tylko korporacyjni naziści zdolni do beznamiętnych zbrodni, nie jedynie elokwentni bankowi oszuści, nie tylko naszprycowani dresiarze i napakowani kibole, ukontentowani strachem, jaki rozsiewają na ulicach na podobieństwo krętków bladych, nie wyłącznie mistrzowie sprzedaży bezpośredniej, ci skuteczni handlarze zbędnościami, nie tylko kucharze, kelnerzy, fryzjerzy, barmani, ale nawet bezrobotni i bez perspektyw życiowych

mężczyźni ostatnimi czasy trajkotali na podobieństwo kobiet, w ten oto sposób zbliżyli się do kobiet, zrównali z nimi, przestając milczeć wyniośle bądź mówić oszczędnie, a zaczynając paplać. Dziś mężczyźni – myślał w tym momencie – nawet jeśli mówią o sporcie, to paplają, jeśli wypowiadają fundamentalne zdania o motoryzacji, to wzniośle paplają, jeśli nawet wchodzą w spory polityczne, to wchodzą, paplając.

Znali wartość swych ciał i musieli o nie dbać, choć z pewnością nie zajadali się sterydami – ich mięsność była naturalna, nie przypominali karykaturalnych facetów, którzy kroczą na szeroko rozstawionych nogach z rękami daleko od ciała, jakby nieśli beczki, z głowami wrosłymi w korpusy z pominięciem szyi, z oczami mówiącymi przechodniom: Spierdalaj!

Każda chwila spędzona bez żony Zdzisławy była dla niego chwilą prawdziwej wolności, a ta wolność nigdy nie wychodziła poza bramę kamienicy. Żyli ze sobą sakramentalnie już czterdzieści lat i od trzydziestu lat nie mieli sobie nic do powiedzenia oprócz codziennych rozkazów i wymownych stęknięć. Wyrzuć wreszcie śmieci, bo już się w kuble nie mieszczą i cuchnie jak w szambie, mówiła pani Zdzisława. Kiedy wreszcie będzie ten obiad, czy ty, kobieto, chcesz mnie zagłodzić na śmierć, dopytywał się pan Wiesław. Przestań się ciągle gapić w ten telewizor, lepiej byś posprzątał mieszkanie, bo mi już ręce odpadają, wszystko ja muszę tu robić, siaty ze sklepu dźwigać, sprzątać, gotować, denerwowała się pani Zdzisława. Czy ty nie możesz wreszcie przestać jęczeć, kobieto, człowiek chce trochę odpocząć po całym dniu, denerwował się pan Wiesław.

Pan Wiesław zamknął się w kuchni, bo kanał meteo w ogóle go nie interesował, tak po prawdzie nic go nie interesowało, czasami może jakiś sport w telewizji, a i to niespecjalnie. Od trzydziestu lat na świecie nie pojawiło się nic, co mogłoby go jakoś zainteresować, świat nie miał żadnej ciekawej oferty dla pana Wiesława. Najbardziej interesował go obiad, a że do zwyczajowej pory tego posiłku jeszcze zostało trochę czasu, to postanowił przyrządzić sobie jakąś przekąskę.

Już mniejsze tytuły informowały: „Szok! Powiesił się we własnym grobie!” albo: „Zgwałciło mnie zbiorowo stado moich własnych krów!” oraz: „To niesamowite – gwiazda estrady miała ponad milion kochanków w ciągu jednego tylko miesiąca!”. Ja jebie, powiedział pan Wiesław, choć raczej nie przeklinał, milion facetów w miesiąc! Co za dziwka! I rozmarzył się.

… były to głównie kobiety w moim wieku, względnie kilka lat młodsze, ale za to bardziej sfrustrowane niż moje rówieśniczki czy nawet kobiety starsze. Przynajmniej wiedziały, że nigdy już nie będą aktorkami ani bohaterkami popularnych powieści, w których nieatrakcyjna pięćdziesięciolatka zostaje najpierw porzucona przez męża dla młodszej, następnie wyrzucona z pracy i pozostawiona bez środków do życia, by nagle cudownym przypadkiem spotkać młodego przystojnego i bogatego mężczyznę, a ten zakocha się w niej śmiertelnie i nieodwołalnie – poziom niedorzeczności już dawno został w literaturze przekroczony.

… w seminarium duchownym prowincjonalnej diecezji, tej upiornej szkole katolickich kadetów, gdzie obcować musiał z ambitnymi tępymi wieśniakami i cynicznymi cwaniakami, z których może co piąty miał powołanie, co piątego najwyżej alumna olśniła Prawda Objawiona. Dla pozostałych była to wyłącznie ścieżka kariery, droga, którą uciekali ze swoich wsi, miasteczek, biednych rodzin. A że byli za głupi i za słabo wykształceni, by zostać przedsiębiorcami, prawnikami, dziennikarzami czy choćby politykami, to zostawali klerykami.

…ostatnio mieliśmy na terenie diecezji kilka wyjątkowo ciężkich przypadków manifestacji diabelskich. Nigdy chyba nie spotkałem się z tak potężnymi manifestacjami, co więcej, sięgnąłem do archiwum diecezjalnego i okazało się, że jeśli chodzi o opętania, mamy w ostatnim czasie dwustuprocentowy ich przyrost. Tak jakby większa liczba egzorcystów powodowała zwiększoną liczbę ataków szatańskich; bardzo to niepokojące, księże biskupie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.