Koniec – 3 września 2021

Film „Koniec” (2018), reż. Victor Danell

Drodzy Państwo,

dzisiaj szczególniejszej uwadze Łaskawych Państwa polecamy szwedzki film pod tytułem „Koniec” z 2018 roku w reżyserii Victora Danella, nagrodzony trzema Złotymi Żukami przez Szwedzki Instytut Filmowy.

Recz jest o końcu świata – jak najbardziej narodowym, może nawet europejskim, a nawet światowym – a jednocześnie o końcu świata jak najbardziej osobistym. Więc apokalipsa wpisana w dramat rodzinny. Opowieść rozwija się – chciałoby się rzec – po szwedzku: od sygnału do sygnału, od sceny do sceny, od jednego zarysu sytuacji do następnego. Rozwija się jakby ciągnęło ja volvo, najszybszy traktor świata. Sytuacja się tutaj skrada, sytuacja rozwija się niespiesznie, sytuacja długo się zapowiada, rysuje. Tutaj umiera się po kawałku. Ale tak właśnie ma być, bo tak właśnie następuje koniec świata. I tak – przykładowo – wyobrażał go sobie noblista Miłosz w wierszu, który z czasem stał się lekturą szkolną.

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.

A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
”Piosenka o końcu świata”/

Młody człowiek imieniem Alex nieśmiało wchodzi w dorosłość, podejmuje pierwsze wyzwania. Uśmiech dziewczyny, która mu się podoba, pilotowanie samolotu sportowego, pierwsze akordy na pianinie i w ogóle pochłanianie piękna tego świata, który dopiero odsłania, sugeruje paletę nieodkrytych możliwości. A tu tymczasem ujawnia się dysfunkcyjna historia rodzinna z psychopatycznym ojcem w roli głównej. Wszystko głęboko w szwedzkim pejzażu – las, skaliste pagórki i dom o czerwonych ścianach na tle świerkowej zieleni i śniegu, bo to Boże Narodzenie, choć z tej atmosfery niewiele już zostało. Ta Szwecja niby dostatnia, niby zasobna, ale też nieustannie w kleszczach kalkulacji, stać nas, nie stać nas, praca od tej do tej. W tym roku możemy sobie pozwolić albo nie możemy. Każdy podsumowany, obliczony, przyjemności życia limitowane, wydzielane, ograniczone.

A tu tymczasem z telewizji dobiegają niejasne pomruki, że coś się szykuje, że coś jest nie tak. Może atak terrorystyczny, może konflikt zbrojny, ale kto by się takimi rzeczami przejmował. To codzienna medialna pożywka. To na pewno gdzieś daleko, nie u nas, a poza tym służby czuwają, politycy czuwają, wszystkim zależy na status quo. Poza tym wszystko dzieje się w Midsommar – to letnie przesilenie, narodowe święto Skandynawii, w Szwecji to już szczególnie. W Midsommar nie ma prawa wydarzyć się nic złego, nic z gatunku teorii szpiegowskich.

Zresztą – żarty na bok. Koniec świata? Ależ on już nastąpił. Bo nastąpiło obumieranie rodziny, obumieranie pierwszej miłości, obumieranie nadziei, rezygnacja z tego, co się nigdy nie rozwinęło w to, na co się zapowiadało. To się porwało, rozleciało na kawałki, to się nie sklei. Alex się zaskorupił, jest jak zatrzaśnięta ostryga. To humanoid, człowiek wydrążony. The hollow man.

A tu na zewnątrz tej apokalipsy zawodzi przedłużenie naszych rąk, naszych oczu, naszej pamięci, komunikacji z innymi, wszystkie elektroniczne przedłużenia naszego mózgu. Więc siadają telefony, GPS-y, routery Wi-fi. A przecież na obrzeżu wielkiej, mrocznej, niejasnej katastrofy ludzie próbują załatwiać własne sprawy. Życie powinno się toczyć do samego końca, choć nikt nie ma specjalnego pojęcia jak ten koniec miałby wyglądać.

W filmie „Koniec” sytuacja ostateczna została zbudowana w opozycji do obrazów typu „Szklana pułapka” lub „Szybcy i wściekli”, gdzie podobne wyczyny pokazane są demonstracyjnie, po to żeby zachwycić koneserów efektów specjalnych. Tutaj mniej się dzieje i mniej widać niż wymagałaby tego tzw. żelazna logika filmu katastroficznego. Nie ma tu nic z sensacyjnego baletu. Bywa jak w życiu: widzi się fragmencik jakiejś sceny, słyszy się urwaną kwestię i to już wszystko. Ostatecznie w całym spektaklu zwanym życiem odgrywamy tylko skromną rólkę z tekstem: „Jaśnie panie, powóz zajechał”; nie ogarniamy całości fabuły, występujemy tylko w połowie trzeciego aktu. Nikt nie raczy nas informować na bieżąco o jej przebiegu.

Film katastroficzny w rodzaju „Płonącego wieżowca” to była apokalipsa na próbę, oczyszczający ogień, katastrofa, po której moralnie obciążeni zostają przykładnie ukarani, część ginie bohatersko – bo zawsze są jakieś straty własne – ale ludzie prawi, dzięki swoim moralnym zasadom i umiejętnościom technicznym są w stanie się wybronić i jeszcze uratować innych. Cóż, w ogniu hartuje się stal. Ale w tej sytuacji tamten schemat nie obowiązuje, żaden schemat nie obowiązuje. Koniec świata to są zaimki: ktoś, gdzieś, coś, kiedyś, jakoś. Innych części mowy nie słychać.

Kino już od dawna próbuje wyobrazić sobie świat na progu zagłady, w jej trakcie i po zagładzie. Z apokalipsą film próbuje się zmierzyć w najrozmaitszych formułach – od kina science fiction przez horror, dramat psychologiczny po cyber punk. Te symulacje układają się w mozaikę pomyślaną na zasadzie: wprowadźmy chaos i obserwujmy, co będzie się działo. Ano, obserwujmy.

Więc najpierw kataklizm. Kataklizm? Jaki kataklizm?! Na dobrą sprawę nikt właściwie nie wie, co zaszło. „Długi błysk i seria wstrząsów” – tylko tyle da się powiedzieć. Albo, jak słyszymy z ekranu w innym filmie: „Nastąpił atak. Potężny… Rosjanie wynaleźli naprawdę sporo paskudnych rzeczy… ” Albo jeszcze inaczej. Wynaleziono rewelacyjny środek medyczny na nowotwór. Leczy wszystkie przypadki. Coś jednak poszło nie tak i po trzech latach Ameryka się wyludniła. Cóż, leku nie zbadano pod kątem nieprzewidzianych skutków ubocznych. W efekcie ludzie, którym go zaaplikowano albo wymarli, albo zmienili się w krwiożercze bestie (to z filmu „Jestem legendą”).

Większość ludzkości wyginęła, garstka ocalałych miota się teraz jak ryby na piasku. Czas stanął w miejscu. Kalendarze i mapy straciły wszelką przydatność. Rodzina, krewni, znajomi – zniknęli. Nie wiadomo, gdzie się podziali, czy istnieją i w jakiej są formie. Z dalszych okolic dochodzą tylko jakieś mgliste sygnały, niejasne pomruki, zagadkowe symptomy. Nieliczni, którzy ocaleli, snują się w widmowym krajobrazie. Te rozbuchane wizje miewają czasem rozmach wręcz operowy: istny popis dekoratorów, rekwizytorów, scenografów i speców komputerowych efektów wizualnych. Resztki dawnego świata to jakaś makieta, skansen, bezużyteczne dekoracje jakaś rupieciarnia, graciarnia, złomowisko. Jak nie przymierzając na obrazach Zdzisława Beksińskiego.

Jednak, gdy się lepiej przyjrzeć, okaże się, że myśmy tę zagładę oglądali wiele razy w telewizyjnych wiadomościach. Z tym, że nie całą naraz i daleko od nas. Bo ten pejzaż po apokalipsie przypomina a to a to libańskie dzielnice nędzy, a to nowojorskie slumsy, a to brazylijskie fawele, a to żydowskie getta tuż po wypędzeniu mieszkańców i splądrowaniu ich dobytku w czasie holocaustu. Patrzyliśmy na to z bezpiecznej odległości, przekonani, że nas to nie dotyczy.

Jednak najbardziej egzotyczną figurą w tym pejzażu pozostaje człowiek. Ewolucja się zwija, ludzie „wracają na drzewa”. Zmieniają się w drapieżników, co skądinąd w tej sytuacji wydaje się najbardziej rozsądne. Ostatecznie przeżyją ci, którzy najszybciej upodobnią się do zwierząt i najłatwiej, bez skrupułów zapomną, że bycie człowiekiem zobowiązuje do czegokolwiek.

Sprostanie apokalipsie od strony psychologicznej to osobny wyczyn. Zagładę trudno znieść, nawet gdy się ocalało. Ludzie popadają w paranoje, wszędzie węszą spiski, rozpuszczają najbardziej nieprawdopodobne plotki, zawiązują się pospieszne, tymczasowe sojusze, wybuchają absurdalne konflikty o wszystko. Byle zgarnąć więcej jedzenia, byle przeżyć do jutra. Wszyscy wynajdują sobie bezsensowne zajęcia, żeby nie zwariować. Chętnie słuchają na wpół oszalałych samozwańczych mesjaszy. „Ten, kto robi atrakcyjne obietnice, zawsze wydaje się uduchowiony” (to z naszego filmu „O-bi, o-ba: Koniec cywilizacji” autorstwa Piotra Szulkina) .

Czy jednak z tych tragicznych wizji można wyciągnąć jakąś naukę? Można. Na przykład tę, że struktura społeczna i system wytwarzania i dystrybucji dóbr to to wysoce skomplikowany mechanizm, działanie o bardzo wielu zmiennych. Bardzo łatwo się taki zacina, trudno go naprawić i szybko popada w stan kontrproduktywności i atrofii. Należy więc chuchać i dmuchać póki czas, by jak najwięcej z niego ocalało po przejściu wojny czy zarazy. Świętą powinna być się zasada: Zachowaj porządek, a porządek zachowa ciebie.

No i wreszcie nieuchronne pytanie, czy z tych katastroficznych wizji płynie jakaś, bodaj słaba, nadzieja? Słaba – tak. Bo ludzkość miewa przebłyski, flashbacki z dawnych czasów, choć to często tylko oderwane fragmenty nieprzystające do siebie, niezrozumiałe. Nie układają się w żadną hierarchię. Świat po zagładzie jest śmietniskiem nie tylko cywilizacji, ale też śmietniskiem ducha: kultury, prawa, religii. Podobno gdzieś ocalała Księga, w której zapisano zasady dawnego, elementarnego porządku. Ona pomoże odtworzyć świat sprzed apokalipsy, kiedy to obowiązywały podobno jakieś reguły, których teraz nikt już nie pamięta (film „Księga ocalenia”). To potwierdzenie odwiecznej prawdy, że słowo – utrwalone w piśmie – pozwala w pewnym sensie zatrzymać czas, przechować ludzkie doświadczenie, utrwalić chwilę, a może nawet odwrócić to, co nieodwracalne.
Dodajmy, że podobna moc ma również film. I powróćmy na sekundę do wiersza Czesława Miłosza, który apokalipsę puentował tak:

Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.


Z dyskusji po filmie „Koniec”, reż. Victor Danell (3.09.2021)

Zgodziliśmy się, że śmierci (lub zbiorowej zagładzie) trudno sprostać, trudno się jej nauczyć, bo każdemu przydarza się tylko raz.

Istnieje pogląd, że zaczynamy umierać w momencie, kiedy dociera do nas, że jesteśmy śmiertelni, że koniec jest nieuchronny, i że zawczasu wypadałoby się na niego przygotować. Ta świadomość może nas jednak dopaść zarówno na pół wieku przed faktycznym zgonem jak i na dwa dni przed śmiercią. Tak więc – zanim umrzemy, to wcześniej już dość mocno i długotrwale obumieramy.

Możemy też wcale nie „zacząć umierać”, możemy w ogóle nie wejść w tę procedurę. Możemy – umrzeć i już. Na przykład w trakcie wypadku samochodowego. Wówczas cała parada zajmie zaledwie kilka sekund. A i to nie myślimy wówczas o śmierci, lecz np. czy uda się jednak wyprowadzić auto z zakrętu.

Miewamy też „śmierci na próbę”, kiedy na jakiś czas tracimy świadomość skutkiem znieczulenia przed operacją. A potem budzimy się z ulgą z eterycznego snu – „Ach, to jeszcze nie tym razem…”

No, i próbujemy sobie wyobrazić świat, jaki znamy, na którym jednak nie ma nas samych. Nasz pokój, ulubiony fotel. Padały głosy, że „nic się nie zmieni”, a nasze odejście to mniej niż drobna zmarsczka na gładkiej tafli jeziora.

A poza tym – my wtedy mamy to wszystko już z głowy. „Niech się inni męczą…”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.