Kazimierz Kwaśniewski (Maciej Słomczyński) „Gdzie jest Trzeci Król”

Kazimierz Kwaśniewski (Maciej Słomczyński) „Gdzie jest Trzeci Król”:

Nawet nieźle pomyślana „zagadka wyspy” (morderca jest wśród nas). Film to syntetyzował.
Cytaty:

— Czego się pan napije? Pan Gomez usiadł i postawił neseserek obok stolika. — Jeśli nie zrobi to panu różnicy, może po prostu koniak? Koniak w niewielkich ilościach rozjaśnia myśli…

Pan Gruber ostrożnie postawił butelkę i usiadł. — Dekoracje gotowe — powiedział uśmiechając się dobrodusznie — aktorzy również. Możemy podnieść kurtynę. Słucham pana.

Sprawa, którą chcę panu powierzyć, jest bardzo skomplikowana i trudna. — Nie ma trudnych spraw. Są tylko skąpi klienci. Małe nakłady finansowe — utrudniają pracę, duże — ułatwiają, bardzo duże — mogą zdziałać cuda. Słucham pana?

Gdzieś w tym gmachu wisiał wizerunek czarnego króla, namalowany przed trzystu laty przez ubogiego malarza, który do końca życia walczył z długami i konkurencją przeciętnych, ale o wiele szybszych mistrzów pędzla, zaludniających tak gęsto jego ojczyznę. Teraz obraz ten wart był więcej, niż człowiek ów mógł zarobić pracując przez tysiąc lat bez wytchnienia. I przyciągał złodziei z końca świata, bo gdzieś w innym końcu świata był człowiek dość bogaty, żeby ich opłacić i dość bezwzględny, żeby zapragnąć go tylko dla siebie za wszelką cenę.

Był „nie dokończonym” historykiem sztuki. Po trzech latach studiów zgłosił się do szkoły oficerów MO, po przeczytaniu ogłoszenia w którymś z dzienników. Był absolutnie zdziwiony, kiedy go przyjęto. Ale wiedział, że dobrze się stało. Niespokojny charakter nie pozwalał mu tkwić godzinami nad klasyfikacją waz greckich. Kryminalistyka pochłonęła go zupełnie.

Uniósł kieliszek. Pan Galeron trącił się ze wszystkimi, błysnął czterokrotnie zębami w oślepiającym uśmiechu i zniknął wraz z pułkownikiem, który ruchem ręki kazał im wszystkim pozostać na miejscu. Drzwi zamknęły się. — Zrozumieliście coś z tego? — zapytała Rogalska. — Jeszcze nie… — kapitan Półtorak uniósł butelkę i zwrócił ją pod światło. — Zostało jeszcze trochę. Fi oponuję, żebyśmy załatwili przynajmniej tę sprawę, zanim stary wróci. I zgodnie wychylili kieliszki, a później odstawili je ostrożnie na stół w tej samej chwili, w której szef wydziału operacyjnego nacisnął klamkę, powracając do pokoju.

… wąsaty sierżant w kożuchu także westchnął. Uniósł wielką, polową lornetę, zawieszoną na piersi, spojrzał w kierunku pałacu i opuścił ją. Półtorak zaklął cicho, później wskazał ręką pałac: — Dobrze im tam jest: cieplutko, spokojnie… — Szczęście, że wielkiego mrozu nie ma… — mruknął sierżant. — To tak co noc będzie, kapitanie? — Ano co noc…— Przydałoby się z pół litra. Półtorak znowu westchnął. — Oj, przydałoby się.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.