Jurij Drużnikow „Anioły na ostrzu igielnym”

Jurij Drużnikow „Anioły na ostrzu igielnym” 2001:

Pisarz – rosyjski dysydent, obecnie w USA. W powieści kilka miesięcy z życia redakcji „Robotniczej prawdy” w roku 1969. Rzecz pisana przez 10 lat – jeszcze w ZSRR i na emigracji. Szeroka galeria „ludzi radzieckich”, ale funkcjonalna także poza Związkiem Radzieckim. I to wyczucie sytuacji, detalu, języka…
Cytaty, cz. 1. :

Klasztor żeński w Anosi­ nie już dawno był kołchozowym garażem – tonęły tam w wysokich łopianach dwie ciężarówki, nie wysłane na wojnę, bo nadawały się tylko na złom. Święte obrazy z klasztoru ludzie rozkradli . Część zniszczonego ikonostasu ukryła u siebie w domu Agafia, matka Klawki, niegdyś przyklasztorna żebraczka. – Boga już dawno nie ma – uczył kobiety rozumu Nikanor. Trza czytać gazety!

Aleksemu podobała się ta praca, lecz ludzie wokół zabiegali o większe zarobki, nowe mieszka­ nia, ładne meble. A on i Luba, która kończyła w tym roku technikum ekonomiczne, nie mieli nic. Teraz, gdy urodził się im syn, było jeszcze trudniej . Wszyscy wykorzystywali znajomości, żeby się bogacić, Losza tak nie umiał. Pojął, że najlepiej udawać durnia. Łatwiej się wtedy żyje, mniej wymagają.

Na szczęście Makarcew był wolem roboczym, jedym z tych dzia­ łaczy KC, którym Biuro Polityczne powierza pracę, sobie zostawiając władzę. Z grupą

Za młodu Makarcewowi było przykro, gdy musiał wykonywać absurdalne polecenia; czuł się wtedy poniżony, cierpiało jego po­ czucie godności. W końcu znalazł wyjście: jego godność nie dozna­ wała nadmiernego uszczerbku, jeśli tylko on sam, jeszcze przed de­ cyzją, uświadamiał sobie, co w danej chwili jest korzystne dla partii. Bo tylko kiepski i krótkowzroczny funkcjonariusz czeka na wskazówki. I choć w ostatecznym rachunku skutek bywał taki sam, po­ nieważ przewidywać – znaczy postępować zgodnie z uchwałą,

Już dawno sobie uświado­ mił, że nie ma sensu mieć przyjaciół. Zawsze z nimi trudniej niż z podwładnymi, wymagają szczerości, siły ducha, te zaś bez reszty trzeba oddać partii.

Przypomniał sobie Fomiczewa. Gdy stracił prawo do zaopatrywania się w sklepie specjalnym, jego żona kupiła na mieście kiełbasę. Struła się cała rodzina, wszyscy chorowali przez tydzień. Potem przywykli.

Pewnego dnia na kolegium rozmawiano o kawie. Kierownik działu felietonów opowiadał, jak postanowił kiedyś zrobić taką samą kawę, jaką podają w stołówkach. Zagrzał wodę w dużym rondlu, nie umytym, z resztkami zupy, wlał tam fusy po kawie, dodał herbaty już raz parzonej. Ponieważ nie miał śmietanki, wypłukał puszkę po pomidorach i wlał te popłuczyny do rondla. Spróbował, a wtedy okazało się, że kawa i tak jest smaczniejsza niż ta z zakładów żywienia zbiorowego. Receptura państwowych stołówek pozostała nie­ zgłębioną tajemnicą.

Zgodnie z obowiązującym prawem wszyscy inwalidzi, także ci, któ rzy mieli mniej rąk i nóg, niż wymagała tego norma, podlegali okresowemu przeglądowi na komisjach wojskowych w celu sprawdzenia, czy kończyny im nie odrosły. Przepis ten zniesiono dopiero w połowie lat 80.

Chciał zostać rzeź­ biarzem-monumentalistą. Jego praca dyplomowa nosiła tytuł „L nin i Stalin w Gorkach”. Stalin przyjechał, obaj wodzowie siedzą na ławeczce, natchniony Lenin rysuje wizję przyszłości, a równie natchniony Stalin rozwija myśl Lenina. Drobna historyczna nieścisłość: w okresie, który Rappoport uwiecznił dla potomnych, sparaliżowany Lenin w ogóle już mówić nie mógł. Ale wszystko było zgodne z zasadami socjalistycznego realizmu.

W łagrze Jakowa Markowicza wystraszono natychmiast i to porządnie. Już pierwszego dnia, gdy stał w kolejce po zupę, zwalił się na niego z tylu jakiś ciężar. Rappoport, który z trudem utrzymał się na nogach, usłyszał z tyłu rechot. Upadł na niego trup, stwardniały na mrozie, trzymany przez dwóch kryminalistów, którym nagle sił zabrakło. Rappoport dźwigał tego trupa aż do okienka, gdzie nie orientując się, w czym rzecz, wydawano umarlakom porcje, zręcznie chwytane przez kryminalistów. Przez dwa dni nieboszczyk fasował żywność, nocą kryminaliści gdzieś go ukrywali. Rappoportowi twarz zmarłego wydawała się znajoma. Nie miał wątpliwości, że to Żyd. Potwierdziło się to na trzeci dzień, gdy strażnicy zobaczyli zwłoki i na podstawie numeru wyjaśnili, że to niejaki Osip Mandelsztam.

IKRA, czyli ideologiczny konstruktor Rappoporta była zestawem słów, zdań, cytatów i całych akapi­ tów, wyciętych z gazet i rozłożonych tematycznie w pudełku po perfumach „Czerwona Moskwa” . Gdy należało pisać artykuł lub referat, Jakow Markowicz sięgał po IKRĘ. Wyjmował z pudełka wycinki ze złotymi myślami na stosowny temat, odświeżał wiedzę o kolejnych zjazdach partii, a gdy było trzeba, wstawiał niechętnie do tekstu przykłady z życia wzięte.

Gagarin uściskał Rappoporta. – Szanu­ jesz mnie? No to weź na pamiątkę! Zerwał coś z piersi, włożył to Rappoportowi do ręki, zacisnął na tym czymś jego palce. Jakow Markowicz, niemal ślepy w ciemno­ ściach, przybliżył dłoń do oczu . – Order Lenina! – zawołał przestraszony, bo już raz siedział za ordery. – Oszalałeś?! – Bierz, bierz! Mam tych śmieci mnóstwo, po sto sztuk każdego rodzaju. Jak nie wierzysz, przyjedź do Gwiezdnego Miasteczka. Każę wypisać dla ciebie przepustkę, a przekonasz się . . . Jak tylko gdzieś przyjeżdżam, rozradowany tłum rzuca się na mnie. A potem patrzę – ordery zniknęły. Więc Rada Najwyższa wydała uchwałę i robią dla mnie faszywe. Jak mi jakiś oderwą, żona czyści nowe kredą i przykręca. – A zagraniczne? – Zagraniczne też – to przecież tylko miedź i szkiełka. A ty myślałeś, że diamenty? No, bywaj!

Kompleks niskiego wzrostu dokuczał Stalinowi jeszcze bardziej niż Jagubowowi, choćby dla te­ go, że Josif Wissarionowicz był przxwódcą państwa. Fotografie, na których wódz światowego proletariatu był niższy od stojących wo­ kół ludzi, zgodnie z niepisanym poleceniem rozcinano w TASS i z powrotem łączono tak, by wydawało się, że towarzysz Stalin jest nieco od nich wyższy. Zdjęcia s tarannie retuszowano. Stalin nie znosił, by służba przewyższała go wzrostem. Toteż od czasów Łotysza Salpetera, szefa ochrony osobistej Stalina, który poszedł siedzieć jeszcze w trzydziestym ósmym, dobierano ochroniarzy, sekretarzy, kucharzy, kelnerów, łaziebnych, ogrodników, kierowców i resztę personelu tak, by nie mieli więcej niż metr pięćdziesiąt pięć wzrostu .

– I druga sprawa – nader delikatna. Igor Iwanowicz prosił o informacje o postawach moralnych. No, mówiąc prościej, kto z kim żyje. Też przygotowałem listę. Nie wszystkich objęła, naturalnie . . . Tylko tych, o których gadają w redakcji. – Igor Iwanowicz o to prosił? – nie ujawniając zdziwienia powtórzył Jagubow. – Widocznie miał powody. – Tych, którzy lubią wypić, zaznaczyłem ptaszkami. – Przygotowałeś to, mam nadzieję, bez kopii? – Nie. Po co kopie? – Słusznie.

Dziwi cię, moja droga, że piszę. Mnie natomiast dziwi, że ludzie stoją w kolejkach po gazety i czytają te bzdury, które ja piszę! Daj słowo, że nie wypaplasz swemu waż­ nemu tatusiowi tego, co ci teraz powiem. – Nigdy nic ojcu nie mówię! – Nadia z urazą wydęła usta. – Mądra dziewczynka! No więc tak: zgodnie z tym, co powiedział pewien mój przyjaciel, byłem bolszewikiem, a stałem się szmalcownikiem.

Starość to nie kwestia wieku. Starość przychodzi wtedy, kiedy pytamy: „Po co mi to?”

Zgodnie z prawem Tawrowa-Rapppoporta: „Ani linijki z my­ ślą”. Tworzę ocean kłamstwa, kąpię w nim naszych przywódców. Oni wchłaniają te bujdy, połykają je, potem wymiotują. Rozumiem ich, nawet im współczuję. Im więcej krytyki słyszą zza granicy, tym bardziej chcą być chwaleni w kraju. I kiedy czytają, że ich kłamstwa są prawdą, zaczynają myśleć, że nie kłamią. A kiedy się uspokoją, kłamią jeszcze bardziej, całkowicie oderwani od realiów. Zaklęty krąg: na górze myślą, że kłamstwo jest potrzebne tym na dole, a na dole, że tym na górze. Więc jestem im potrzebny: sami nie po trafią przekonująco łgać. No i mam reputację wiernego sługi partii „.

Rappoport spojrzał na zegarek. – Jak mawiał mój przyjaciel Misza Swietłow, nie piję między czwartą a czwartą pięć.

Zakamorny wypił do dna i wciągnął głęboko powietrze, zgodnie z systemem jogów, zakąszając tlenem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *