Józef Czapski „Wyrwane strony”

Józef Czapski „Wyrwane strony”:

Fragmenty dziennika dotyczące malarstwa.
Cytaty:

Kiedy kopiuję kaloryfer biały na białej ścianie czy zwykłe jabłka na zwykłym stole, olśniony naprawdę bezgranicznym bogactwem form, kolorów, walorów i moim wobec tego świata ubóstwem środków wyrazu, po jakiemuś przestaję istnieć.

Uczyć się od Jerzego Stempowskiego, jakże on umie odsuwać od siebie, n i e w i d z i e ć tandety, książek, obrazów, które mu nie pachną.

Starość przyszła naraz, naraz to uczucie b ł y s k a w i c z n o ś c i mijania, jak w tym filmie Histoire de France Sachy Guitry. Ci królowie jedni za drugimi, szybko, szybko pokazani, jak żyją i nagle rozpływają się, gasną jak świece, jedni za drugimi.

Nie jest ważny kierunek, do którego należysz, ważne jest, jak daleko możesz dojść w tym kierunku”.

Młodość, jak często szczęśliwa (wystarczy patrzeć na te twarze młodych, słyszeć ich szczęśliwy śmiech), ale ona „o tym szczęściu nie wie”. W starości się jest szczęśliwym o ile rzadziej, ale się o tym szczęściu wie i z jaką siłą gwałtowną!

Prostota sztuki. Staluga, jej brąz czerniawy i jej brązy w świetle z blaskami różowymi i sinymi, nudna, szaro-bura rola brunatności parawanu – zgaszone desenie czerwone na ułożonej na krześle szmacie i jest już obraz, jest już we mnie obraz…

Prostota sztuki. Staluga, jej brąz czerniawy i jej brązy w świetle z blaskami różowymi i sinymi, nudna, szaro-bura rola brunatności parawanu – zgaszone desenie czerwone na ułożonej na krześle szmacie i jest już obraz, jest już we mnie obraz, równie piękny, prosty i głucho-śpiewny, jak ten człowiek brązowawy przy staludze na czarnym tle Matisse’a w Musée de l’Art Moderne.

Natchnienie – to znaczy praca w gorączce połączonej z jakąś wzmożoną, chłodną jasnością – te stany były tak niezmiernie rzadkie, na początku, że chyba dopiero po siedmiu latach – więcej – po dziewięciu, zaczęły się uczęszczać.

Kiedy próbujesz wracać do pracy, a nie możesz brać wiele – bierz mniej, ale bierz, zamiast rozpaczać, że nie możesz pracować.

Naprzeciwko kawiarni „Bichette” w szarą pogodę. Rowery na tle zielonkawej ściany i czarnej jamy wnętrza kawiarni z naprzeciwka. Co w tym nowego? Nowe, że widzę coraz dobitniej, jakby namacalnie konkretniej (zresztą nadal te wizje, gdy tylko mi się zdaje, że je już dosięgam na własnym płótnie – uciekają dalej i dalej jak fatamorgany), coraz dalszy się czuję od abstrakcji, może to taka chwila tylko, ale wyjaśnić to w sobie mogę tylko nieugiętą, ciągłą pracą, którą coraz zrywam dla innych prac czy stosunków

I gdyby to chodziło tylko o malarstwo, chodzi o poznanie, posuwanie się w tym poznaniu, w scalaniu poznania, świadomości, oka, ręki. […]

Wyskok do Paryża. Co widziałem? Pod czarną kolumną, na peronie stacji St. Lazare, jakieś śmiecie i parę rozbitych szklanek, błysk czystości tej bieli, jej b l a s k – kontrast z szarością i czernią kolumny. Na moście przed Louvre’em kobieta oparta o parapet, czarny płaszcz, kukiełek włosów blond na zwyczajnej głowie. W tle gęsta, puszysta ściana zieleni. To wszystko, co widziałem, właściwie nic więcej.

Pocieszył mnie stary artykuł Guittona, wklejony do jednego z moich kajetów, w których wspomina Darwina: nie mógł pracować więcej niż dwie godziny dziennie, przy tym po dziesięciu minutach dyktowania synowi mówił: „dosyć”.

Na stacji St. Lazare (rezerwuję bilety) młody mężczyzna w białym kitlu, z oczami Ormianina i czarną słuchawką przy uchu, na tle brudnej, na żółto pomalowanej kolumny i czerwonej (geranium) ceraty na podłodze – nad głową czarna blacha z napisem Location. Dawno nie przeżyłem tak błyskawicznie jakby już „namalowanego” obrazu: to tło – żółć cytrynowa, pomarańczowa, bogata, brudne zielenie, biel kitla i ciężkie czernie. Naturalnie, widzę z taką siłą, bo wyjeżdżam i przerwałem pracę. […] 1. Będę potem ten obraz malował chyba dwa lata. (przyp. aut.)

Już dzisiaj piszę to z gasnącej pamięci. Z wczorajszego popołudnia samotnego w Paryżu, to były d w a przeżycia: brzydka fasada mairie naprzeciwko kościoła St. Sulpice z różowymi (geranium) chmurkami na niebieskim niebie (tę mairie zanotowałem i pokolorowałem kredkami, ale o niej tu nie piszę) i ta ściana z lustrem i umywalką w hotelu (którą także zanotowałem ołówkiem).

To Jacek mi opowiadał o noweli (chyba Villiers de l’Isle Adam?) – mętnie ją pamiętam – o kobiecie, która całe życie prosiła Boga, żeby jej pokazał choć na chwilę, jak będzie wyglądał raj, i spłynął anioł z nieba, i kazał jej oczy na chwilę zamknąć, i obiecał, że gdy je otworzy, to zobaczy o co prosi. Kobieta zamknęła oczy i potem otworzyła i wykrzyknęła „ależ to to samo co co dzień widzę”. Czy haszysz nie daje podobnych olśnień, albo pigułka różowa „od radości”, którą pono sprzedają w Ameryce? Jak zawsze nie ma wyraźnych granic między prawdą, rewelacją, prawdą sztuki i fałszem pozornej rewelacji.

Jedno przemyślenie nt. „Józef Czapski „Wyrwane strony”

  1. Wiesław, gdybyś zaczął publikować dziennik, to mam dla Ciebie dobry tytuł. Ponieważ wykorzystujesz w tytułach swoje nazwisko, to mam tytuł nawiązujący. A zatem brzmiałoby to następująco: „Wibrysy”…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *