Joanna Podgórska „Spróchniały krzyż”

Joanna Podgórska „Spróchniały krzyż”:

Niby autorka zbiera wszystko, co i tak wiadomo, ale to, o czym pisze, tak niewielu przyjmuje do wiadomości…
Cytaty:

Słuchając polskiego kleru, można czasem odnieść wrażenie, że Jezus nie przyszedł na ziemię, by głosić Dobrą Nowinę, ale po to, by szczegółowo uregulować życie intymne swoich wyznawców, a na pustyni nie walczył z szatanem, ale z potworem genderem. To stara prawda – kto kontroluje sferę seksualności i reprodukcji, ten kontroluje życie człowieka. Kościół wie o tym od wieków.

Krzyże wiszą w instytucjach państwowych. Uroczystości państwowe mają religijną oprawę. Państwowe firmy i urzędy organizują branżowe pielgrzymki. Ksiądz z kropidłem jest postacią niezbędną przy otwarciu jakiegokolwiek nowego obiektu. Państwo opłaca etaty kapelanów w szpitalach, w skarbówce, we wszystkich służbach mundurowych: wojsku, policji, straży granicznej i więziennej.

Język współczesnych hierarchów to już nawet nie abstrakcja, ale jakaś dziwaczna nowomowa. I doprawdy trudno byłoby powiedzieć, że choć wierni nie słuchają Komisji Episkopatu Polski, to ją kochają.

Polacy nie czytali jego encyklik, nie słuchali homilii, ale gesty i obrazy działały na ich emocje.

Kościół katolicki desperacko walczy o utrzymanie pakietu kontrolnego nad społeczeństwem. Źle się czuje w demokratycznym porządku, w którym obowiązuje idea moralnej autonomii jednostki. W ustach hierarchów pojawia się argument, że prawo naturalne powinno mieć zagwarantowaną politycznie wyższość nad prawem stanowionym.

W podręcznikach do katechezy i kazaniach ateizm jest przedstawiany w najlepszym razie jako przejaw frustracji i bezrozumnego buntu, w najgorszym – jako patologia porównywalna do alkoholizmu czy narkomanii i zanik uczuć wyższych.

…bycie ateistą w Polsce przypomina chodzenie boso po lesie. Raz na jakiś czas nadepnie się na szyszkę. Drobne szyszki to takie sytuacje jak dzielenie się opłatkiem przy wigilijnym stole, które niewierzący mogą odbierać jako sztuczne i krępujące. Albo uczestniczenie w kościelnych uroczystościach – ze względu na relacje rodzinne czy towarzyskie – takich jak śluby, chrzty czy pogrzeby, podczas których nie bardzo wiadomo, jak się zachować: markować klękanie, żeby nikogo nie urazić, stanąć za filarem czy przeczekać na zewnątrz.

Zastosowano metodę faktów dokonanych – katechezę wprowadzono do szkół ministerialną instrukcją, bez sejmowej dyskusji i głosowania. Efekt był nieoczekiwany: rozlało się morze konformizmu. Mimo wcześniejszych sporów i sprzeciwów na religię poszli prawie wszyscy. Rodzice zapisywali dzieci, żeby nie miały kłopotów, na wszelki wypadek, bo nie warto się wychylać. Zapisała się prawie połowa uczniów deklarujących się jako niewierzący.

… ewangelizacja finansowana przez budżet państwa stała się faktem. Argumentowano, że katecheta to nauczyciel jak każdy inny i pieniądze mu się należą. Tylko że to nieprawda – katecheta nie jest takim samym nauczycielem jak każdy inny. Religia ma w polskiej szkole status eksterytorialny. Państwo organizuje i finansuje te zajęcia, ale ich podstawy programowe i podręczniki to kwestia kościelna. Nie podlegają zatwierdzeniu przez nadzór pedagogiczny.

Przeciętny polski uczeń w całym cyklu edukacyjnym ma mniej więcej po 160 godzin biologii, fizyki czy chemii i blisko 860 godzin katechezy. Pod względem liczby lekcji religia jest czwarta, po języku polskim, matematyce i angielskim. Stąd katecheci są najliczniejszą po nauczycielach polskiego, matematykach i anglistach grupą nauczycieli przedmiotu.

Nauczyciele religii między sobą nazywają bierzmowanie „uroczystym pożegnaniem z Kościołem w obecności księdza”. W liceach wypisują się całe klasy.

Za czasów ministra Romana Giertycha na stronach kuratoriów pojawiły się sążniste „ceremoniały” z wytycznymi, jak prowadzić szkolne uroczystości – pod jakim kątem należy wprowadzać szkolny sztandar do kościoła, co ma robić poczet podczas podniesienia i kiedy powinny nastąpić czytania i modlitwy w wykonaniu uczniów. Były też wskazówki co do procedencji, czyli kolejności witania gości: biskup przed wojewodą i marszałkiem województwa, proboszcz przed starostą, burmistrzem i wójtem.

… rysuje się już nowy trend – obwoźne relikwie.

Uczący religii staje się kimś w rodzaju oficera ideologicznego, strzegącego katolickiej ortodoksji. Pilnuje, by szkoły nie organizowały piątkowych dyskotek, zabaw halloweenowych czy andrzejkowych wróżb.

Jakiś czas temu „Gazeta Wyborcza” opublikowała list licealistki z południa Polski, która z grupą kilku innych uczniów zrezygnowała z katechezy. Decyzją dyrekcji cofnięto jej nominację do stypendium premiera, a wszystkim obniżono oceny ze sprawowania.

Rodzice i dziadkowie odpytują kandydatów do spowiedzi z grzechów wypisanych na karteczce – im ich więcej, tym lepiej. W jednej z warszawskich podstawówek katechetka dopiero za osiemnaście grzechów stawiała szóstkę.

Polak-katolik to nie stereotyp, to treść podstawy programowej.

… jedna grupa – niewierzący – jest z tego szacunku wyłączona. „Ciemności niewiary” to jedno z łagodniejszych określeń. Obojętność religijna zestawiana jest w jednym rzędzie z alkoholizmem. Człowiek niewierzący to istota amoralna, na granicy patologii. Podręcznik dla I klasy liceum przekonuje, że kto nie kocha Boga, nie potrafi także kochać ludzi, obojętnieje na wszystko. Ilustracją tej tezy ma być infantylna opowiastka Ateizm był przyczyną mojego cierpienia, o chłopcu, który utracił wiarę, co skutkowało tym, że popadł w alkoholizm, narkotyki, onanizm oraz bezsens istnienia, które ustąpiły jak ręką odjął, gdy wiarę odzyskał.

Do Trójcy Świętej pytani zaliczali Matkę Boską, św. Józefa, a nawet Jana Pawła II. Blisko połowa nie potrafiła wymienić dziesięciu przykazań w poprawnej kolejności.

Zachwycał się „Rycerz” kultem sprawności fizycznej w programach wychowawczych Hitlerjugend. „Na każdym kroku widzimy głęboką świadomość. Ileż humoru, szczerości, ogólnej radości, swobody niezmąconej piętnem erotyzmu – pisano w reportażu z Berlina. – Hitlerjugend jest najliczniejszą organizacją młodzieży na świecie wyrabiającą poczucie wspólnoty narodowej”. Periodyk zachwycał się ustrojem III Rzeszy, w którym partia i państwo stanowią jedno, a dyscyplina jest najwyższą cnotą. Niemcy były w stanie rozkładu i dopiero partia narodowo-socjalistyczna stworzyła „zdrowy dzień nowego życia”.

Białostocka katedra, kwiecień 2016 roku, msza w 82. rocznicę powstania Obozu Narodowo-Radykalnego. Kilkuset nacjonalistów słucha kazania ks. Jacka Międlara: „Zero tolerancji dla żydowskiego tchórzostwa. Zero tolerancji dla ogarniętej nowotworem złośliwym Polski i Polaków. Zero tolerancji dla tego nowotworu. Ten twór wymaga chemioterapii i tą chemioterapią jest bezkompromisowy, narodowokatolicki radykalizm”. Mszę koncelebrował kapelan Komendy Wojewódzkiej Policji w Białymstoku, ks. Leon Grygorczyk.

… chłopcy tak łatwo zaakceptowali kościelny przekaz, że stary dobry porządek zapewniający im dywidendę od męskości jest żyrowany przez samego Pana Boga, a równouprawnienie to lewacka ekstrawagancja ze zgniłego Zachodu. Chłopcom sprzedano także anachroniczny model patriotyzmu, militarno-heroiczny, oparty na kulcie poległych bohaterów. A rzeczywistość nie odpowiada zapotrzebowaniem na agresywnych wojowników walczących do końca z bronią w ręku. Zgromadzona energia nie znajduje naturalnego ujścia i rodzi frustrację.

Klasyczne przykłady „maskarad męskości” to wojenki kibiców, grupy rekonstruktorów toczące inscenizowane bitwy, listopadowe marsze niepodległości.

Nie mając skąd czerpać poczucia własnej wartości, sięgają po darmowe powody do dumy: „jestem biały”, „jestem Polakiem”, „jestem katolikiem”. W dodatku kościelny przekaz przekonuje ich, że nie chodzi o żadne „maskarady”; że bitwa toczy się naprawdę. Katolicki „Nasz Dziennik” cyklicznie alarmuje, że Polska, która niejeden raz broniła honoru Europy: na Jasnej Górze, pod Wiedniem, na Westerplatte i w słynnym sierpniu 1980 roku, znów musi stawić czoła „siłom niosącym zagładę cywilizacji chrześcijańskiej”.

Mistrzem detalu był Alfons Liguori, kanonizowany patron spowiedników i moralistów, który w 1732 roku założył zakon redemptorystów. Ustalał „najwłaściwszą pozycję przy wytrysku męskiego nasienia i jego przyjęcia przez srom niewieści”, roztrząsał zagadnienie nierządu ze zwłokami, zastanawiał się, czy jest grzechem śmiertelnym odmowa czwartego stosunku tej samej nocy.

Ponad 100 milionów kobiet na całym świecie, zamiast z pokorą przyjąć słowa kardynała Ratzingera o tym, że sztuczna antykoncepcja odbiera im własny świat i sposób bycia, zaczyna dzień od małej, białej pigułki. I raczej z niej nie zrezygnują, bo dała im wolność. Była początkiem cywilizacyjnej zmiany. Kobiety uzyskały kontrolę nad własną płodnością i własną przyszłością.

Nawet w katolickiej Polsce jedynie kilka procent kobiet deklaruje, że nie stosuje antykoncepcji z powodów religijnych.

Gdy w grę wchodzą jakiekolwiek kwestie związane z seksualnością, poziom obsesji i absurdu w debacie publicznej sięga zenitu. Nie ma takiego głupstwa, którego nie wygłoszono by w dyskusji o antykoncepcji.

Jeszcze nie tak dawno, bo do lat 60. XX wieku, argumentu „z prawa naturalnego” używano w Stanach Zjednoczonych przeciwko zniesieniu zakazu małżeństw między białymi i czarnymi. A już całkiem współcześnie i na naszym podwórku o. Tadeusz Rydzyk podniósł larum, że wyrok skazujący go na karę grzywny za nielegalną zbiórkę pieniędzy jest niezgodny z prawem naturalnym.

Historia wskazuje, że pojęcie „prawo naturalne” należy odczytywać po prostu jako „aktualne stanowisko Watykanu”.

Diabeł mieszka w Polsce i nazywa się gender.

Skąd więc diabeł gender? Brzmi obco, nie bardzo wiadomo, o co chodzi, i doskonale nadaje się do straszenia ludu bożego. Wizja ideologów gender, którzy podczas nalotów na przedszkola zmieniają chłopców w dziewczynki i uczą czterolatków technik masturbacyjnych, łatwo wzbudza moralną panikę.

Według danych Instytutu Wymiaru Sprawiedliwości wynika, że co roku przemocy fizycznej i seksualnej doświadcza od 700 tysięcy do miliona Polek, a 150 ginie w wyniku przemocy domowej.

Najpaskudniej obeszła się kościelna tradycja z postacią Marii Magdaleny. Opisując podążające za Jezusem kobiety, ewangeliści niemal zawsze wymieniają ją jako pierwszą, co świadczy o tym, że jej pozycja jako najwierniejszej uczennicy była szczególna. To jej pierwszej ukazał się Jezus po zmartwychwstaniu i ją posłał do uczniów, by pierwsza głosiła Ewangelię. Dlatego nazywano ją apostołką apostołów. A tradycja kościelna zrobiła z niej skruszoną dziwkę, nawróconą jawnogrzesznicę.

… św. Tomasz, według którego kobieta jest jedynie pomocą w płodzeniu i pełni pożyteczną funkcję w gospodarstwie domowym. On z kolei nie bardzo mógł zrozumieć, skąd się biorą kobiety. Jak z czegoś tak doskonałego jak męskie nasienie może powstać twór tak wadliwy? W końcu doszedł do wniosku, że musi to być wpływ południowych wiatrów, które niosąc deszcze, sprawiają, że rodzą się dzieci z większą zawartością wody, czyli dziewczynki. Heinrich Kramer i Jacob Sprenger, autorzy Młota na czarownice, pisali z zachwytem, że św. Tomasz miał w sobie taki dar czystości i tak brzydził się wszelkim wszeteczeństwem, że z kobietami nie chciał nawet rozmawiać. Jakie Młot miał skutki dla kobiet – wiadomo. Wygląda na to, że oni w pewien sposób kobiet po prostu się bali. Karlheinz Deschner w książce Krzyż pański z Kościołem przytacza fragment oficjalnej biografii Alfonsa Liguoriego, w której znajdujemy informację, że udzielał on audiencji kobietom wyłącznie w obecności sługi. Pewną starszą niewiastę przyjął w ten sposób, że ona usiadła na jednym końcu ławy, a on na drugim, odwracając się do niej plecami. Udzielając kobietom sakramentu bierzmowania, gdy zgodnie z przepisem musiał dotknąć ich policzka, nigdy nie robił tego bezpośrednio, lecz przez ich nakrycie głowy.

św. Tomasz, według którego kobieta jest jedynie pomocą w płodzeniu i pełni pożyteczną funkcję w gospodarstwie domowym. On z kolei nie bardzo mógł zrozumieć, skąd się biorą kobiety. Jak z czegoś tak doskonałego jak męskie nasienie może powstać twór tak wadliwy? W końcu doszedł do wniosku, że musi to być wpływ południowych wiatrów, które niosąc deszcze, sprawiają, że rodzą się dzieci z większą zawartością wody, czyli dziewczynki.
… przytacza fragment oficjalnej biografii Alfonsa Liguoriego, w której znajdujemy informację, że udzielał on audiencji kobietom wyłącznie w obecności sługi. Pewną starszą niewiastę przyjął w ten sposób, że ona usiadła na jednym końcu ławy, a on na drugim, odwracając się do niej plecami. Udzielając kobietom sakramentu bierzmowania, gdy zgodnie z przepisem musiał dotknąć ich policzka, nigdy nie robił tego bezpośrednio, lecz przez ich nakrycie głowy.

Nadzieja, że pod wpływem akcji jakiś ksiądz dokona coming outu i powie: „Tak, jestem gejem, ale także dobrym kapłanem”…

… w 2005 roku, gdy do władzy po raz pierwszy szykowało się PiS. Ksiądz Oko opublikował wówczas artykuł Dziesięć argumentów przeciw, w którym przekonywał, że dla zdrowego rozumu akceptacja homoseksualizmu jest nie do przyjęcia, i zrównywał jego szkodliwość moralną z erotomanią, prostytucją, kazirodztwem, sadyzmem, masochizmem, pedofilią, zoofilią, nekrofilią, pornografią oraz fetyszyzmem. Potem było jeszcze gorzej. Ksiądz Oko kreślił obraz gejów jako ludzi wyjątkowo rozpustnych, mających średnio w życiu po 500 partnerów seksualnych. W związku z tym, wyczerpani chorobami wenerycznymi, żyją o 20 lat krócej niż osoby heteroseksualne.

Wreszcie w 2014 roku na posiedzeniu Parlamentarnego Zespołu ds. Przeciwdziałania Ateizacji Polski wygłosił słynne przemówienie, w którym porównał stosunek homoseksualny do tłoka, który zamiast w silniku porusza się w rurze wydechowej. Trzeba przyznać, że ksiądz ma bujną wyobraźnię.

Gdyby nie policja, doszłoby do pogromu. Ten wybuch pogardy i agresji najwyraźniej nie dał do myślenia abp. Markowi Jędraszewskiemu, który niespełna dwa tygodnie później wygłosił kazanie o „tęczowej zarazie”. Trudno o bardziej niechrześcijańską postawę niż dehumanizowanie przeciwnika. I nie był to pojedynczy eksces pojedynczego hierarchy. „Nie pozwólcie, aby zło zagrażających nam ideologii gender i LGBT rozlało się po Polsce, zatruwając serca i umysły Polaków, wyrządzając im ogromne duchowe szkody, zwłaszcza dzieciom i młodzieży. Nie pozwólcie!” – wołał podczas pielgrzymki na Jasną Górę. Tuż po tym, jak w świat poszły obrazki dzieci krzyczących: „J…ć pedałów!”, „Wy…!” w stronę uczestników Marszu Równości w Płocku. Przeor Jasnej Góry, o. Marian Waligóra podziękował Jędraszewskiemu za „zdecydowany głos Kościoła”, a solidarność wyrazili m.in. kard. Stanisław Dziwisz i abp Wacław Depo. Jeśli hierarchowie nie widzą związku między szczuciem na środowisko LGBT i aktami agresji, jakich ono doświadcza, to znaczy, że spora część Kościoła hierarchicznego znalazła się w stanie moralnej i umysłowej katastrofy.

… w polskim, ludowym katolicyzmie ksiądz obdarzony był niezwykłym autorytetem, traktowano go trochę jak nadczłowieka, który w bezpośredni sposób kontaktuje się z Panem Bogiem i jest jak Pan Bóg nietykalny. To dlatego ofiarom nie chciało wierzyć nie tylko otoczenie, ale nawet własne rodziny. Emocjonalnie łatwiej było zarzucić kłamstwo własnemu dziecku, niż uderzyć w księdza, bo to postrzegano jako atak na wiarę i Kościół.

Runął pomnik prałata Henryka Jankowskiego. Po filmie Tomasza i Marka Sekielskich Tylko nie mów nikomu, który na YouTubie zanotował ponad 22 miliony odsłon, sprzed licheńskiej bazyliki zniknął pomnik jej budowniczego, ks. Eugeniusza Makulskiego. Sekielscy doprowadzili także do konfrontacji ks. Franciszka Cybuli z jego ofiarą, podczas której dawny kapelan prezydenta Lecha Wałęsy przyznał się do molestowania. W kolejnych miastach składane są wnioski o odebranie podejrzanym o krycie pedofilów biskupom honorowego obywatelstwa.

Na świecie pytania o odpowiedzialność Jana Pawła II padają od dawna. A w Polsce? Czy ktoś jeszcze parę lat temu mógł sobie wyobrazić, że w ojczyźnie Karola Wojtyły na jego pomnikach zawisną tabliczki z napisem „Kryłem pedofilów”?

… polski Kościół to nie instytucja, lecz stan umysłu. I wiele wskazuje na to, że ten stan będzie się pogłębiał. Hierarchia kościelna widzi, że społeczeństwo wymyka się jej spod religijnej i moralnej kontroli. Procesy sekularyzacyjne postępują: spada liczba uczestników mszy świętych, powołań kapłańskich, chętnych na katechezę. A to nasila w Kościele syndrom oblężonej twierdzy. Uruchamia wojenną retorykę.

Jedno przemyślenie nt. „Joanna Podgórska „Spróchniały krzyż”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *