Janusz Rudnicki „Męka kartoflana”

Janusz Rudnicki „Męka kartoflana”:

Lata 90., korespondencje z Hamburga. O doli imgranta, o „Polaczkach”, przypisy do lektury Schulza, dzienników Dąbroskiej i Nałkowskiej, trochę groteski.
Cytaty:

Niewdzięczny to zawód, literat, człowiek ma raz w życiu jakąś wizję, publikuje ją i zostaje reporterem. (Kiedy powódź się rozszalała i w Ka-Koźlu zalało cmentarz, byłem już w Hamburgu. Zadzwonił wtedy do mnie brat i powiedział, wracaj, bo nasz stary po mieście pływa.)

Niemcy do tyry, telewizorek i nyny, kurwa, wojnę przegrali, długi płacą, a jeszcze tyle mają! Kto mi to wytłumaczy? I my w nagrodę dostaliśmy Rusa, a oni za karę Amerykana! I się buntują jeszcze, jeszcze im źle! Bądź tu mądry.

Woher kommen Sie, zapytali go raz w urzędzie, a on myślał, że to, tak jak w Polsce, chodzi o pochodzenie, i mówi: ich komme aus Intelligenz.

Jeszcze była ładna, potrafiła się czasami tak zrobić, że oko stawało albo, jak to mówił Czesiu, ten pierwszy z czujki, chuj bolał patrzeć.

Flaszkę następną otworzyliśmy i piliśmy jak za starych czasów, po bożemu. Inteligent nalewał i śpiewał: „Oto wielka tajemnica wiary”, my chórem: „Bogu niech będą dzięki”, a potem wszyscy po wypiciu, na sucho: „Amen”.

Potem pojechaliśmy na Monte Cassino. Transparenty, przemówienia, tak jak zawsze przy takich imprezach. Ten cmentarz dosyć ładny, maki, ta góra, ale gorąco było nie do wytrzymania. Inteligentowi się saturatory przypomniały…

Echa uroczystości obchodu jubileuszu takiego i takiego, widzianego oczami członków grupy takiej a takiej. To „oczami członków” już nas ubawiło…

Nigdy nie pisałem. Gapię się na to zdanie i nie wiem. Ja w ogóle napiszę trochę i gapię się na to. Tak jak ktoś, kto liże loda. Państwo zwrócili uwagę, jak ludzie liżą lody? Ohyda. Liżą i zaraz, jeszcze nie przełknąwszy, gapią się w to miejsce, które polizali. Czy to nie jest ohydne?

Ja kocham bloki. Jestem im wdzięczny za to, że zapewniają mi anonimowość, że chronią mnie od międzyludzkich kontaktów. Żywię szacunek do ich olbrzymich ścian, do małych w nich okien i dziękuję Bogu, że nikt tu nikogo nie zna. Składam im hołd za to, że nikt się mną nie interesuje, że nikogo, ale to nikogo literalnie, nie obchodzę. Gotów jestem modlić się do ich wind, które lecą do góry tak szybko, że nic nieobchodzący mnie sąsiad nie ma szans spytać mnie o pogodę, że nie muszę uśmiechać się, udając chęć nawiązania rozmowy. Nie cierpię „kontaktów międzyludzkich”, w które chcą wrobić mnie stare humanistyczne cioty i młodzi, z okularami na nosach socjolodzy, kocham te bloki…

… mówię, że Uschi od nas odeszła, nie słyszą, sąsiedzi z niższych pięter podają moje słowa w dół, tam jęk zawodu, krzyczę, że była aniołem, którego Bóg zesłał tej dzielnicy, na dole oklaski i zaraz śpiew, Uschi in the sky with diamonds! Echem po innych blokach się niesie, wszędzie zapalają się światła, nie wiem, czy kiedykolwiek tylu mieszkańców jednej dzielnicy śpiewało razem dla jednego lokatora, wiem, że jakby jutro ukazał się w sprzedaży singel Uschi in the sky, nakład nie wytrzymałby popytu.

W sklepie spożywczym jeszcze nigdy mi się nie zdarzyło, abym wybrał kasę, przy której kolejka posuwałaby się najszybciej. Długo się waham, do której podejść, i kiedy staję wreszcie przy tej, która wydawała mi się najszybsza, to ona najspokojniej w świecie zwalnia, podczas gdy pozostałe dziarsko suną do przodu. Jestem zawsze ostatni z tych, którzy stanęli w kolejkach równo ze mną. Wiem, bo przyglądam się im bacznie, aby móc później porównać. Czy to jest ta osławiona ironia losu?

A wyobraźcie sobie, mówiłem dalej, jak wyglądałaby taka na przykład literatura, gdyby jej rzekome cele zostały osiągnięte? Hę? W ogóle by nie wyglądała! Poprawa realnego świata, no też coś! Ci, którym wydaje się, że piszą właśnie po to, sami podcinają gałąź, na której siedzą! Ha! A ci inni, ci z wierszami na granicy samobójstwa? Piją potem przez tydzień z radości, że im to gdzieś wydrukowali!

Dzieciństwo to samograj, piszących ulubione klocki. Polegają one na tym, z grubsza rzecz biorąc, że KIEDYŚ, jak się jeszcze tym całym dzieckiem było, to było dobrze. TERAZ jest źle. Kupuje to od razu ten czytelnik, któremu dobrze nie jest, czyli każdy.

Adela się do przodu przepycha. Co to ona, kij od kaszanki?

W jego prozie stosunku płciowego jak Pan Bóg przykazał szukać możecie ze świecą. On porozchyla kobietom nogi, popatrzy i odejdzie.

Kolego Schulz, krzyczę w nieznane, jesienne przestworza, zwracam się do Was z następującą erotemą: czy Wyście dokładnie czytali, coście napisali?

Bruno Schulz, nasza duma eksportowa, wpada raz po raz w grafomanię na granicy skandalu. A ja, jego wyznawca za młodu, na siebie teraz wściekły, wielkie robię oczy. Przecieram je, żeby zaraz dostać oczopląsu, psiakrew! to te tapety cholerne znowu, myślałem, że o nich zapomni, ale nie!

W sumie chodzi o to, że wiosna marzy o tym, żeby ją przedymało lato. Marzy nadaremnie, bo kiedy lato się w końcu zjawia, to jej już nie ma.

Pamiętacie, jak mówią wszystkie jego fantomy? Niby konsekwentnie, jednym i tym samym językiem. Nie jest to mechanicznie powtarzający się bełkot, którego należałoby oczekiwać, to jest stop słuchowiska radiowego dla dzieci szkół podstawowych z Don Kichotem oświadczającym się w zakutej zbroi swojej Dulcynei.

Rodziną jednak taką, w której ja robię za czarną owcę, za zakałę, ponieważ stosunek do słowa mam taki jak chłop do pługa, a nie jak ksiądz do ołtarza.

Niemcy, którym język nasz szeleści jak gnieciony papier…

Rodzaj takiego właśnie święta karnawałowego nazywa się po niemiecku Fastnachtspiel, nie mogę sprawdzić, jak to jest po polsku, bo nie mam słowników, a nie mam słowników, bo siedzę w Łebie znowu, pogody nie ma w tym lipcu cholernym, komary gryzą nawet moje sumienie, uczestniczę w kempingowym kiblu zbiorowym, za każdym razem, wchodząc do środka, mówię głośno „dzień dobry” i za każdym razem sam się z tego śmieję, z mężczyzn obracających się nagle w lekkim popłochu, oblewających sobie spodnie, z niepewnych pomruków w kabinach, naturalnie że, wychodząc, mówię „do widzenia”, za lekko pieprzniętego mnie tu mają, no cóż, wzruszam ramionami, człowiek kulturalny odróżnia się od takich, co takimi nie są, nie tylko zresztą poprzez zwroty grzecznościowe.

Zawsze się jakoś żyje. 23 VII 40: rano leje, potem na zakupy, udany obiad (fasolowa i kabaczki z pomidorami), prezent od dozorczyni: śliczny bukiet krwawników uzbieranych na Polu Mokotowskim, po południu nareszcie się wypogodziło i ociepliło. Litwa, Łotwa i Estonia zostały przyłączone do ZSRR. Ot, dziennik.

Dąbrowska, młodą będąc, pisała, że to żadna świętość z tego ludu. To znaczy, świętość może się w nim objawić, ale on sam świętością nie jest. Bo nic, co stoi nisko i nie rusza się, przezwyciężając siebie, nie jest świętością

Mała, przytulna, grzecznie uczesana blondynka, a pisze na odlew rzeczy szokujące. Tutaj, na przykład: To, co o mnie piszą, koło chuja mi lata . Co innego Zofia. Pełny bon ton. Na pewną drastyczność lub, jak powiedziałaby zapewne, na pewnego rodzaju, hm, drastyczność, pozwala sobie raz, i to dopiero w ostatnim tomie. Umiera jej matka, ona zaś czuje: woń znaną, tak charakterystyczną […] woń zepsutego mięsa…

Ona i Dąbrowska, niespełnienie, seksualny niedosyt. Dąbrowska być może za dumna, żeby o tym wprost, ale Zofia przyzna, że nauczyła się już pokonywać cielesne tęsknoty wiosenne. Stosunku szukała ze świecą, stąd, jak już się zdarzył, patetyczny jego zapis: Stało się dnia 11 VI roku bieżącego…

Zofia, pisząc obie, ma na myśli matkę. Tragikomiczną starą damę, która zachorowała na cudzy podziw. „Jestem Nałkowska”, przedstawiała się konduktorowi. Albo, kiedy ktoś ustąpił jej miejsca, „wyświadczył pan tę przysługę Nałkowskiej”.

Płynąłem Odrą. Pamiętam, że rzucaliśmy w barki kamieniami, ale nie pamiętam, że była rzeką graniczną między Polską a NRD. Pamiętam smak lodów „Bambino”, nie pamiętam, że kobieta, która je sprzedawała, powiesiła się, bo za szkalowanie sojuszu z ZSRR odebrano jej licencję.

Literatura wzbudza, mówiłem, ciągle jeszcze, mimo wszystko, tyle estymy co nieboszczyk. A nie powinna. Wcale ona nie taka ważna, jak ją malują. Ot, jedna z propozycji organizowania sobie wolnego czasu. Większości wisi ona ciężkim soplem. I nie ma co jęczeć. Trzeba zacząć świat widzieć poziomo. Powiedziałem, gębę sobie oblizując z samozadowolenia.

Przeczytałem jakieś fragmenty, potem chcieli, żebym mówił o polskiej literaturze, dobra, mówię o polskiej literaturze. Że ciągle to jeszcze, niestety, księga skarg i zażaleń.

Bo nie podoba mi się pojednanie byłego najeźdźcy z byłą ofiarą, tylko partnerów, jeśli już, bo ja nie jestem, nie chcę być dzieckiem specjalnej troski. A polsko-niemiecka przyjaźń tym będzie silniejsza, im mocniejsza będzie polska złotówka.

 

4 przemyślenia nt. „Janusz Rudnicki „Męka kartoflana”

  1. Najbardziej pamiętam Rudnickiego z prozy opisującej koszmar, jaki nasi rodacy sprawili Niemkom po 1945. Nikt nie chciał tego drukować, tylko „Zły”.

  2. Mam kolegę, też bezkompromisowy. W związku z tym, jak sądzisz, które uzdrowisko byłoby najlepsze: Gniezno, Sokołówka czy Kościan?

  3. Raz po raz natykam się w całej Polsce na reklamy klinik prywatnych. Nawet jeżeli kuracja nie poskutkuje, to przynajmniej w towarzystwie celebrytów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *