Hannah Arendt

 

Znana żydowsko-amerykańska intelektualistka ma już za sobą „Korzenie totalitaryzmu”. Teraz zezwolono jej na obserwowanie procesu Eichmana w Jerozolimie.
Eichman w szklanej klatce. Zdjęcia archiwalne. Wygląda na emerytowanego księgowego.
Młodzi Izraelczycy nastawieni niechętnie do procesu, bo przypomina im on, że ich przodkowie skazani na zagładę nie bronili się.

Z kolegami intelektualistami i w Stanach, i w Izraeleu Arendt rozmawia najchętniej po niemiecku.
„- On w ogóle nie jest straszny. On jest nieznaczący.”
Eichman ma na usprawiedliwienie, że własnoręcznie nie zabił ani jednego Żyda.
Nie interesowało go, dokąd jadą pociągi z Żydami. On po prostu „woził ludzi”.

Arendt interpretuje Eichmana po swojemu, a dla tego nikt nie ma zrozumienia: „- Takie cechy jak jego ma mnóstwo ludzi. To jest strasznie normalny człowiek.”
„New Yorker” przed publikacją obawia się skutków obarczania przywódców żydowskich współodpowiedzialnością za zagładę. Na jedną stronę na ten temat 100 telefonów z pogróżkami.
Hannah w trakcie pisania pali non stop. Na spacerze w lesie też pali. I podczas wykładu.
Delegacja z Izraela grozi jej, że jej książki o procesie Eichmana nigdy nie opublikują w Jerozolimie.
W domu dwie sterty listów. Ta z potępieniem bardzo wysoka. Ta z aprobatą – na ćwierć centymetra.

Na wykładzie – a chcą ją relegować z uczelni – przypomina, że Eichman podkreślał, iż niczego nie czynił z własnej inicjatywy. Przez cały czas trwania służby wykonywał jedynie rozkazy.

„- Największego zła na świecie dokonują ludzie nieznaczący.”
„- Próbowałam skonfrontować szokującą przeciętność tego człowieka i jego straszne czyny.”

Fenomen „banalności zła”.

Hannah Arendt, reż. Margarethe von Trotta, 2012

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *