First we take Manhattan, than we take Berlin

Dostaję maila o temacie: “>>Wprost<< ma nowe nagrania”. Klikam w treść, a tam krzyczący napis: „Viagra – dyskretnie!”

W „Czasie życzeń i pozdrowień” ksiądz prowadzący pomiędzy słuchaczami telefonującymi życzeniami dla Elżbiet czyta ciepłe słowa, które wcześniej napłynęły do studia. Szczególną uwagę zwraca na życzenia, które nadesłał słuchacz, jak twierdzi, wprost z Mount Everestu. Ksiądz nie może się nacieszyć, bo „to przecież najwyższa góra w Polsce”.

Miesięcznik „Życie Uniwersyteckie” donosi o 87., okrągłej rocznicy powstania domu studenckiego „Hanka”. Zaciekawiło mnie, bo przemieszkałem tam rok. Wśród wielu marginalnych drobiazgów z przeszłości ten – moim zdaniem – najważniejszy, z roku 1933. Miejsce akcji; Śniadalnia Bratniej Pomocy:
Stołowi zatrudnieni w Śniadali kilkakrotnie uskarżali się, że jeden z Panów Studentów po zjedzeniu obiadu nie uiszczał należności, wychodząc ukradkiem z sali. Wobec tego Kierownictwo zwróciło szczególną uwagę na wspomnianego Pana. Dnia 13. lutego 1933 r. około godziny 14-tej poznany przez poszkodowanych kelnerów student, jak się później okazało o nazwisku Węgler Józef, student III roku historii, po skonsumowaniu obiadu usiłował się wymknąć z sali jadalnej nie zapłaciwszy za obiad. Na interwencję skierowaną do pana Węglera przez stołowego o zapłacenie rachunku zarówno za obiad z dnia dzisiejszego jak i poprzednich wymieniony uderzył kelnera w pierś i przemocą wyrwał się, uciekając Wałami Leszczyńskiego w kierunku Cytadeli. W pościg za uciekającym puściło się szereg Kolegów, a miedzy innymi świadkowie zajścia Kol. Kol. Kabaciński i Sonnenberg. Pan Węgler został zatrzymany przez szofera i doprowadzony do Wydziału Gospodarczego Bratniej Pomocy.

Przywoływana przeze mnie Marysia z Gorzowa znów się ujawniła i na blogu wezwała do manifestacji przed Sejmem 9. lipca podczas głosowania wotum nieufności dla rządu. Czy na transparentach będzie coś w rodzaju: Przybyliśmy tu  na wezwanie Marysi z Gorzowa ?
Internet, jak zwykle, ironiczny:
Poprosimy jeszcze o opinie w sprawie:
1. Kulisy chrztu Polski – czy opcja czeska nie była w istocie zakamuflowaną opcją niemiecką?
2. Kto zabił Johna Kennedy`ego?
3. Kto kierował nogą Gerda Mullera w 1974?
4. Czemu moje auto tyle pali?

Dziś zacząłem łazić po lesie o 7., ale duchota była już taka, że gotów byłem zrezygnować. Jutro pójdę o 5. Trzeba się śpieszyć z tym latem, bo tymczasem zaczęły się żniwa:

Po południu byliśmy z Dorotą w poznańskim Zamku na wystawie fotograficznej, szeroko omawianej w Internecie. Okazało się, że wysokoawangardowych obiektów było tam wszystkiego może z 15. Pani od biletów była wyraźnie zdziwiona, że znalazł się ktoś, komu się chce takie coś oglądać. I poprosiła o odliczone pieniądze za bilety (najwyraźniej byliśmy jedynymi ciekawymi tej sztuki). A ja się wygłupiłem – jak zwykle. Pstryknąłem parę fotek obiektom. A kiedy przymierzałem się do kolejnego, pani poprosiła uprzejmie, bym go nie fotografował, bo tego pani sprzątaczka nie zdążyła jeszcze uprzątnąć. Okazało się, że to instalacja z zakresu BHP, a nie dzieło sztuki. A czy to moja wina? Ostatecznie wystawa nosiła tytuł: „Jeśli wszystko się powtarza…” Bo dzieło wyglądało tak:

A BHP – tak:

Ale nie szkodzi. Na korytarzach Zamku zobaczyliśmy np. historyczny obraz przedstawiający najsłynniejszego wielkopolskiego alkoholika. Ten w dodatku prowadził własny wóz:

O wielkopolskiej solidności zaświadczała natomiast ta uwaga wypisana dużymi literami:

Jeszcze remanenty. Przed obiektami sakralnymi nad Lednicą zastaliśmy znak firmowy sieci stacji paliw, w której tankujemy, bo mamy tam abonament. Czy to nie kradzież znaku firmowego? I kto komu ukradł? Poza wszystkim – to bardzo mylące dla kierowcy.

I Berlin, który wyprzedaje własną historię. Motoryzacyjną:

I polityczną:

Jakoś nie znaleźliśmy w całej powodzi ani jednej pocztówki, na której pokazano by Berlin udekorowany flagami z hakenkreuzem. Ani jednej flagi! Na najmarniejszej pocztówce! Wychodzi na to, iż nigdy ich tam nie było.

W Łagowie (dawniej Lagow) w Izbie Pamięci wystawiono list chłopca, który wraz ze swoim psem Murzynem wziął udział w kręceniu filmu, a potem musiał jechać (z psem i mamą) do Łodzi na udźwiękowienie. To była przygoda życia. A przy tym zarobił mnóstwo pieniędzy. Dlatego po latach oglądam raz jeszcze „Godziny nadziei” kręcone w Łagowie w okolicach roku 1956. Jeśli nie liczyć kolorowych reklam wszystkiego, to miasteczko nie bardzo się zmieniło.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *