Dorota Masłowska „Więcej niż możesz zjeść”

Dorota Masłowska „Więcej niż możesz zjeść”:

Felietony okołokulinarne z pisma „Zwierciadło”.
Cytaty:

Lubię barwność i wielowymiarowość świata przejawiającą się w posiłku, mnogość wątków, które spotykają się podczas krojenia melona z Ekwadoru na desce z Chin i gryzieniu go polskimi ustami w Niemczech.

Gdy zrobi się zimno, ciemno, brudno i nudno, z jesionek w korytarzu – kap, kap – turlać się będą krople deszczu, a cichy jęk kaloryferów, ambient odległych telewizorów, zawodzenia tramwajów i dym papierosowy z sąsiedniego bal‐ konu, na którym sąsiad melancholijnie wpatruje się w światła miasta, odbierze resztki nadziei, że to po prostu chłodny, deszczowy dzień wakacji…

Zmyślny wehikuł wyrzuca nas na brzeg ciepłego sobotniego popołudnia w bloku z wielkiej płyty. Jest szesnasta trzydzieści, na klatce schodowej zawiesina sobotniej ciszy, późne słońce nakrapia wyliniałe fikusy.

… nic nie robiąc oprócz podpijania im szkockiej whisky o aromacie tak okrutnym, ciemnym i występnym, jakby ukradziono ją z barku Williamowi Faulknerowi.

Dziwaczenie to choroba naszych czasów. To skłonność do poddawania się nagłym impulsom i kompulsjom. Zaspokojenie zwykłych potrzeb i pragnień jest upokarzająco niewystarczające, trzeba jeszcze za‐ spokoić chętki, fumy, zachcianki i impresje…

Sushi osiedlowe wróży samo siebie. I sobą samym jest. Są tam więc ciężkie dębowe meble z Makro, fabryczne obrazy olejne z kwia‐ tem wiśni i wszystko, co kojarzy się mniej więcej z Japonią, a co można nabyć za nieduże pieniądze w Castoramie.

W prawdziwym all inclu‐ sive musi występować trudny do osiągnięcia w warunkach domowych przepychający się tłum. W dodatku do pełni bukietu smaków, aromatów i znaczeń niezbędny jest zapach basenu, kremu przeciwsłonecznego i odpowiednio zbutwiałego ręcznika, który nie zawsze przecież mamy pod ręką.

Prawda jest taka, że choćby garnirowano to wszystko perłami, a nie uwiędłą pietruszką, będzie to zawsze tylko przyozdobiona pasza.

… do okien naszych pokoi, jak w czasopismach świadków Jehowy, zaglądały jelenie i wiewiórki.

Ja akurat w swoim przemówieniu malowniczo opisałam klatkę schodową w polskim bloku, po której około godziny szesnastej dnia powszedniego zaczyna nieść się odgłos bitego mięsa. Osoby, które chciałyby wykorzystać ten temat również w swojej po‐ gawędce, muszę uczulić na pewien szczegół, drobny niby, ale dość bolesny błąd, którego mnie nie‐ stety nie udało się uniknąć. „Bite mięso” oznacza w slangu masturbację. O czym zostałam poinfor‐ mowana dopiero później, znacznie później, gdy nie dało się już tego odpowiedzieć.

Nie wiem, jak nazwałabym te perfumy; to chyba uczucie, któ‐ re moja córka nazywa „Mamo, za czymś mi tak żal”; to uczucie „Czy będzie dziś w telewizji Daleko od szosy?”.

Dostępne dla niepełnosprawnych, jest ogródek, nie można płacić kartą. Jest kącik dla dzieci. Czynne do ostatniego klienta.

Między innymi w krzakach przy Armii Ludowej napotkałam osoby grające na mandolinie, które poczęstowały mnie bardzo smaczną pigwówką. Trafiłam na czarujące przyjęcie, gdzie zapija‐ no ogórki małosolne rosyjskim szampanem, chłodzącym się w misie pełnej mrożonej fasolki szpa‐ ragowej, a gospodarz ubrany był w coś w rodzaju stroju domowo-balowego: była to wymięta ko‐ szula od garnituru plus krawat oraz spodenki kąpielowe, skarpety i papucie (pozdrawiam!).

Dlaczego, chcąc kupić sobie kanapkę, mam do wyboru tylko zestawy: dwie kanapki i paczka chipsów albo dwie kanapki i dwie inne kanapki gratis?

Pozdrawiam wszystkie suche drożdżówki z nieistniejącym nadzieniem, pierogi leniwe z żółtym tłuszczem spożywczym, żylaste kebaby i zupki chińskie, które zjadłam przed laty. Makaron z se‐ rem, bułkę jarską ze sklepiku szkolnego (ogórek+keczup), mrożoną pizzę, piwo Książ, jajecznicę na oleju. Jednocześnie informuję, że nie będę już was raczej jadła. Pozdrawiam też wszystkie pod‐ łogi pociągów i zabałaganione cudzymi sprawkami siedzenia samochodów, które zatrzymywałam na stopa, zarzygane dworce i przejścia podziemne, w których usiłowałam zbliżyć się do życia, a zbliżyłam się jedynie do zapachu moczu, podkładów kolejowych i przetrawionego alkoholu z wielu lat.

… cóż, czuję się jak bohaterka ostatnich stron powieści dla kobiet: wszystko było złe, zagmatwane i pełne perypetii, przepychanek w tramwajach, podań do ZUS-u i codziennej szarości, ale teraz oto siedzę na kamieniu, patrzę w morze, uśmiecham się do życia, gra mnie Anna Nehrebecka.

Chowam głęboko na dnie walizki podręcznik dla pisarzy, założony na stronie „Cierpienie, syf, entropia – wiarygodny opis”. Wydaje mi się, że przynajmniej w tym tygodniu już go nie będę czy‐ tać.

Nastawiamy pokrętło mniej więcej na minus dwadzieścia lat. Kierując się dobiegającymi z duże‐ go pokoju harcami Benny Hilla, lądujemy przy naszym dziecinnym biureczku. Na ręce mamy jesz‐ cze ślad święconej wody, w firanach błąka się poobiedni swąd pieczeni rzymskiej. Na kuchennym blacie leży wytłuszczony papier po zakupionych na podwieczorek eklerach, przez uchylone okno wpada gorzkawy zapach palonych liści. Nad opustoszałymi działkami ciągną się kleiste dymy, rdzewieją w szklarniach grabie, niebo wisi nisko …

Cóż, podczas gdy empiki zalegają zwały i hałdy „pierwszych polskich powieści bizneso‐ wych/agroturystycznych/aborcyjnych”, „najśmieszniejszych powieści od czasu jakichś innych po‐ wieści” albo „ciepłych, wzruszających powieści o… dojrzewaniu i dorosłości, męskości i kobieco‐ ści”, których statystyczni Polacy mimo akrobacji marketingowców i tak nie czytają, ogarnia mnie ciepło na myśl o zalegających biblioteki, biblioteczki, piwnice i antykwariaty zwałach i łanach po‐ wieści nie najśmieszniejszych, nie najlepszych, nie pierwszych i nie najważniejszych.

… obnażając tę charakterystyczną dla naszej cywiliza‐ cji schizofrenię. Schizofrenię rozpiętą mniej więcej między kanałem Disney Junior, gdzie rozkoszne wielomówne zwierzątka o złożonych osobowościach i nietypowych hobby brykają po fosforyzują‐

Pocieszająca jest niska kaloryczność potrawy – nietknięta ma około 0 kalorii.

… producenci zup w proszku pokazują pradawną warząchew w dło‐ ni matki, która wsypuje do wrzątku ogórkową z papierka, tradycyjny polski glutaminian sodu z odrobiną liofilizowanych warzyw, bo swoim bliskim daje tylko to, co najlepsze.

Zimny, kamienny zapach świeżego śniegu, stagnacja, kupa starych choinek zalegająca kąt po‐ dwórka, nieruchomość firanek w oknach przebywających w Alpach sąsiadów to cechy charaktery‐ styczne dla tych leniwych i pustych, ale pogodnych przecież dni…

Choć mój stosunek do Warsowego menu jest mniej entuzjastyczny, to przecież jest w smaku tych potraw coś fundamentalnego, podświadomego, pradawnego, jak w smaku zalewajki czy prince polo. Nie powiem, przecież lubię przysiąść w ciemnym jelicie wiadomego wagonu. Dopaść skromnego różowego fotelika wśród eleganckich poznańskich kupców, onieśmielonych szorstkością serwisu obcokrajowców, wytwornych bizneswomen topiących stresy w kieliszku może nie najwyższej klasy, ale zawierającej przecież alkohol Sofii, a i zwykłych mężczyzn polskich w polarowych kamizelach, o niepilingowanych twarzach i sylwetkach nieskażonych wygibasami na siłowni; posilających się kotletem schabowym z zestawem surówek, uważających cholesterol za bajkę do straszenia homoseksualistów. Wars, przemieszczający się przez Polskę,

Proponuję więc Sopot. Jeśli nie macie jednak w pobliżu żadnego Sopotu, możecie spróbować też w Kazimierzu Dolnym, Zakopanem i na Krakowskim Przedmieściu; mamy w Polsce ten komfort, że wciąż wiele miejsc, zwłaszcza turystycznych, oferuje pomoc w pozbywaniu się niechcianych pieniędzy za pomocą niejadalnych posiłków.

… oczywiście w dresie, w dresie, dresie. I to wcale nie w jednym z tych po‐ łyskujących, eleganckich, nieskończenie seksownych dresów, które Wy nosicie po domu; dresów na wiotkich, osuwających się ramiączkach, miękkich satynowych dresów ze sprzączkami i koronkami; czerwonych, a najlepiej czarnych lejących się atłasowych dresów (niby przypadkiem odsłaniają‐ cych a to uszko, a to pieprzyk, a to genitalia), w których swoje artykuły do tego numeru pisali inni autorzy. Co więcej, nawet nie w eleganckim, sportowym, często przeciwdeszczowym dresie Adidas czy Nike, które mają na sobie młodzi mężczyźni przyjeżdżający pod sklep Groszek starą beemką, by wypić dwulitrowego tigera i odjechać z piskiem opon w pola i lasy na poszukiwanie przygody, mi‐ łości i sztuk walki. Dresie o nogawkach na tyle długich, by nie gryzły gzy, ale na tyle krótkich, by odpowiednio wy‐ eksponować kostkę i śnieżnobiałą skarpetkę, która też sroce spod ogona nie wypadła (Puma, Hilfi‐ ger), choć czy nie wypadła ciężarówce spod plandeki, za to głowy dać nie można. Taki dres, wraz z postawionym kołnierzykiem koszulki polo, nieroztropną miną, swobodnym, głośnym stylem by‐ cia i kończeniem zdań nieznoszącym sprzeciwu „tak?!”, przywołuje wartości takie jak sport, status, bogactwo. Dzięki kebabowi na grubym, ekonomicznym napojom energetyzującym i włączonemu na całą epę radiu RMF Maxxx można terroryzować otoczenie swoją seksualną charyzmą od rana do wieczora.

Człowiek, który na ślepo chciałby naśladować te wałkowane przez kulturę motywy, musi zawsze liczyć się z tym, że chcąc rzucić się w szał zmysłów na wonnej polanie, może położyć się w puszystych odpadach radioak‐ tywnych lub zbitych słoikach po koncentracie. Nie przesadzałabym też z afrodyzyjnością wiejskiej diety.

… glazura i terakota przywołuje najlepsze tradycje polskiego kafelkarstwa alkoholowo-funeralnego.

… glazura i terakota przywołuje najlepsze tradycje polskiego kafelkarstwa alkoholowo-funeralnego. No i jedzenie; za nic mające burgery …

Znamienne jest też, że nikt tam nie szuka pustki, powietrza, przestrzeni, samotności; że wszyscy rozkładają się jedni na drugich, by ocierać się, przepychać, konfliktować, porównywać, zaglądać sobie w grille, pachwiny i bagażniki pełne kiełbasy Ewa Wachowicz poleca. Nienaturalna kumulacja fabuł na jednym zakrzaczonym brzegu przywodzi na myśl blok, z które‐ go usunięto piętra i ściany; albo obrazy średniowieczne, albo zdjęcia panoramiczne, albo Bitwę pod Grunwaldem.

Oczywiście na koniec zawsze żal, niedosyt. Że może za mało o zespołach indie, za mało cytowa‐ łam Jadwigę Staniszkis, za mało o Katarzynie Kobro, za mało o Grażynie Bacewicz, o konieczności zniesienia celibatu i czy Polska oparła się kryzysowi gospodarczemu, czy nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *