Dashiell Hammett „Dwie martwe Chinki”

Dashiell Hammett „Dwie martwe Chinki”:

Historia z Chinatown w San Francisco z czasów prohibicji. Prywatny detektyw i zamorska egzotyka.
Cytaty:

Kiedyś, półżartem, obiecałem, że jeśli trafi się sposobność, to dam mu zakosztować pracy detektywa. Pomyślałem, że teraz mogę się nim po­służyć. — Proszę, proszę do środka! — Wyciągnął z kąta krzesło dla mnie kłaniając się i uśmiechając. Bez względu na to, co robią Hiszpanie z narodami, którymi rządzą, na pewno uczą ich grzeczności.

Nie zrobię tego — zapewnił mnie wpychając broń do kieszeni na biodrach. — Noszę to na wszelki wypadek… Może się- przydać. Dałem mu spokój. Jeśli chciał się dorobić krzywych nóg dźwigając tonę żelastwa, to Bóg z nim.

Idę teraz z wizytą do Chinatown. Jeśli nie odezwą się przez parę dni, zechce pan poprosić zamiataczy ulic, żeby zwrócili uwagę na to, co sprzątają? Obiecał to zrobić.

Nie wstał, lecz uśmiechnął się łagodnie sponad swojej brody i pochy­lił głowę niemal dotykając zastawy do herbaty stojącej na stole. — Jedynie zupełna niemożność uwierzenia, że ktoś tak pełen boskiej wspaniałości jak jego ekscelencja zechce tracić swój cenny czas dla nędz­nego prostaka, powstrzymała najpośledniejszego z pańskich sług, by nie pobiegł upaść do szlachetnych stóp, gdy tylko usłyszał, że Ojciec De­tektywów stoi u jego niegodnych progów. Wyrecytowane to było nienaganną angielszczyzną i tak gładko, że sam nie potrafiłbym lepiej.

Jeśli biłem głową o kamienny mur, to przynajmniej wiedziałem już, gdzie jest ten mur i zobaczyłem, do kogo należy.

Przeszła jedna godzina — w ciszy, nie licząc odgłosu samochodów przejeżdżających drogą odległą o trzysta metrów i szumu Pacyfiku w małej zatoczce na dole. Żułem moją prymkę tytoniu, namiastkę papie­rosa i próbowałem policzyć, ile to godzin w życiu spędziłem w taki spo­sób, siedząc albo stojąc i czekając, aż się coś wydarzy.

Matka przez ten czas dbała o kieszeń syna, lecz nie przysy­łała tyle pieniędzy, ile mógłby wydać młody człowiek w mieście pełnym rozrywek. W takiej był sytuacji, gdy spotkał Świstaka, który go przekonał, że chłopiec z jego powierzchownością mógłby łatwo zarobić parę groszy na przemycie alkoholu, jeśli będzie robił, co mu każą. Garthorne zgodził się chętnie. Nie lubił prohibicji — była powodem większości jego kłopo­tów. Przemyt alkoholu miał dla niego romantyczny urok: strzały w ciemności, sygnały świetlne z prawej burty i tak dalej.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *