Człowiek, który sprzedał swoją skórę – 28 stycznia 2022

Człowiek, który sprzedał swoją skórę

Szanowni Państwo,
przed nami jeszcze jeden dramat filmowy, nie przypadkiem produkcji międzynarodowej, która sięga od Belgii, przez Francję, Niemcy, Szwecję po Tunezję. Film pt. „Człowiek, który sprzedał swoją skórę” z roku 2020, przesunięty przez epidemię, ale przecież film, który ze swoją tematyką drąży nieustannie naszą kulturę Zachodu. Tu przypominam, że film w zeszłym roku był nominowany do Oscara w kategorii najlepszy film międzynarodowy. Jeszcze jeden dramat z pogranicza świata jako tako ustabilizowanego, jako tako sytego i tych części globu, które pogrążone są w biedzie, w zamieszkach, w wojnie, poczuciu niepewności i braku perspektyw. Jeszcze jeden głos na ten sam temat, wędrówki, migracji, próby zaszczepienia się w nowym świecie. Nawet w naszym skromnym zestawie DKF-owym jest to już kolejny obraz na ten sam temat, a to znaczy, że te bolesne perturbacje stają się jednym z najbardziej węzłowych problemów w dobie, w której przyszło nam żyć.

Mówiąc najkrócej, młody człowiek Sam Ali ucieka do Libanu z Syrii, która jest k
rajem ogarniętym wojną. Ale Liban to tylko przystanek, docelowo chce osiąść w Paryżu i tam połączyć się ze swoją ukochaną imieniem Abeer, na co w normalnych warunkach nie miałby szans, ale w sytuacji Sam Ali, jak i tysiące, setki tysięcy, nawet miliony, młodych mężczyzn i kobiet z tamtych regionów świata, zdobywa się na krok niezwykły, straceńczy, na udział w poniżającym i kompromitującym projekcie artystycznym. Szczegóły za chwilę na ekranie.
Ciało jako dzieło sztuki ma w historii sporą tradycję i nasza kultura dopisuje do niej coraz to nowe znaczenia. W naszych czasach bardzo przykre, narzuca się skojarzenie z abażurami z ludzkiej skóry, wytatuowanej często w sposób artystyczny, z której oprawcy w obozach koncentracyjnych kazali sobie robić abażury do lamp czy oprawę do ulubionych książek. Czytaliśmy to ostatecznie w szkole w „Medalionach” Nałkowskiej.

W filmie tych granic, które młody człowiek z Syrii próbuje przekroczyć, jest kilka. Po pierwsze jest to granica państw, w tym wypadku Unii Europejskiej, ta, do której przekroczenia potrzeba paszportów i wiz. Kolejną granicą jest między rynkowym chaosem, jaki panuje na Południu, a światem kapitalistycznym Zachodu. Tutaj liczy się umowa, transakcja, usługa, towar, nawet jeżeli tym towarem miałoby być ludzkie ciało. No i ta trzecia granica, najbardziej ulotna, ale silnie odczuwalna przez człowieka. Człowiek mianowicie wolny dąży do tego, aby wokół niego było jak najmniej granic, i tych fizycznych, i tych metaforycznych. Chodzi o to, żeby sam mógł sobie stawiać granice, sam mógł decydować w jak najważniejszej ilości spraw życiowych dotyczących jego samego.

Film wyszedł spod reżyserskiej ręki artystki tunezyjskiej nazwiskiem Kaouther Ben Hania, w tej chwili 44 lata, która zajmuje się rejestrowaniem na taśmie tych przemian, które zachodzą w jej rodzimej Tunezji. Przełamywania się konserwatywnego, XIX-wiecznego jeszcze świata tamtejszego islamu i cywilizacji zachodniej, najpierw brutalnie zaszczepionej tam przez francuskich kolonizatorów, a potem przyjętej przez świeckie władze tego państwa, o czym wiemy niewiele, mimo że do Tunezji latamy regularnie, bo te hotele położone w głębi kraju są na naszą kieszeń; te lepsze, przypominam rozlokowane są na wybrzeżu Morza Śródziemnego, a tam odpoczywają głównie Niemcy.
Zwróćmy uwagę na jedno zjawisko, poboczne z punktu widzenia samego przesłania filmu, na aktorkę włoską Monicę Bellucci. Nie powiemy niczego nowego, jeżeli przypomnimy, że Monica to od lat – jak krzyczą w nagłówkach magazyny plotkarskie to najpiękniejsze damskie ciało Europy. Kto nie wierzy, może sobie obejrzeć Monikę od każdej strony w Internecie. Pełno tam jej rozbieranych fotek – od czasu nagich sesji fotograficznych dla męskich kalendarzy. Więc piękne ciało z widokiem na aktorkę. Bo pięknością została uznana już dawno. A z aktorstwem ciągle ma problemy. Niby tego po niej nie widać, ale Monica Bellucci to rocznik 1968. A przecież dla tego typu aktorek, które zasadniczo uprawiają – jak to się mówi – grę ciałem już czterdziestka to wiek krytyczny. Właśnie w okolicach czterdziestki ze ekranów zeszły legendarne divy: Anita Ekberg, Gina Lollobrigida czy Jayne Mansfield. Tymczasem Bellucci ciągle wydaje się być w pędzie kariery. Wszystko dlatego, że do filmu trafiła późno. Najpierw z Uniwersytetu w Perugii, gdzie studiowała prawo, zgarnęła ją reklama. Spacerowała po wybiegach całej Europy – jako wiodąca modelka domu mody Dolce&Gabbana. Poza tym reklamowała szminki Margaret Astor, zegarki, perfumy i mnóstwo innych damskich ozdobników. Studia prawnicze rzuciła bez żalu, bo dostała zaproszenie przed kamery włoskich seriali. Kino się o nią nie upominało, bo co innego pokazywać piękne ciało, a co innego grać. Więc kiedy Francis Ford Coppola filmował swego „Drakulę”, dał Monice tylko niewielką rólkę u boku Keanu Reevesa i Anthony Hopkinsa. Spodobała się, ale raczej jako okaz damskiej urody niż jako aktorka. Podobnie było w filmie „Podejrzany”, gdzie była tylko piękną żoną starzejącego się męża – Gene’a Hackmana. I znowu: on grał, ona pozowała. Podobnie było, gdy towarzyszyła Jamesowi Bondowi o twarzy Daniela Craiga w odcinku pod tytułem „Spectre” I branża filmowa nie chciała, by było inaczej. Jako chodzący gadżet pokazała się też w „Asteriksie i Obeliksie” – jako Kleopatra. Rólka dała jej wielka popularność. Ale znowu – z aktorstwem nie miało to wiele wspólnego. Zwłaszcza, że Monica sprzedała swój wizerunek do gry komputerowej opartej na filmie. Aktorzy zasadniczo się na to nie godzą, bo wiedzą, że ich to degraduje. Monika jednak robi wszystko, by utrwalić swoja twarz, gdzie się tylko da. Więc zauważmy jeszcze jedną rolę. Zagrała w „Pasji” Mela Gibsona, który wynajął ją do roli Marii Magdaleny. I znowu – nie dość, że nic nie mówiła, to jeszcze zakutana była w bure szmaty. Grała tylko ta zjawiskowo piękną twarzą. Ale ról Monica przybywa. Może będzie z niej jeszcze całkiem niezła aktorka…

A co do tych wschodnich krajów i Tunezji, z której wywodzi się pani reżyser… Sam bywałem w Tunezji kilkakrotnie, jak pewnie połowa naszych rodaków, i na Saharze, i w miejscu gdzie Steven Spielberg kręcił „Wojny gwiezdne”. Bywałem na planie „W pustyni iw puszczy”. Jeździłem na wielbłądzie, a resztę kraju oglądałem przez szyby autokaru i nie miałem z nim żadnego kontaktu, niewiele o nim wiem. Pamiętam tylko, że kiedy pewnego wieczoru, kiedy w Tunisie chcieliśmy się zabawić z kolegami dziennikarzami, to mieliśmy zupełnie podstawowe problemy z zakupieniem jakiegokolwiek alkoholu w tym, było nie było, islamskim kraju i jakaś życzliwa dusza pociągnęła nas za rękaw i za drobną opłatą i zaprowadziła do autentycznej mordowni, gdzie przez niewielkie na wpół zakratowane okienko wstydliwie wydawano zachodnim turystom bardzo cienkie i wstrętne w smaku piwo. Żaden szanujący się Tunezyjczyk, zwłaszcza muzułmanin, nie tyka bowiem alkoholu. A kiedy byliśmy głęboko na pustyni, w jakiejś odludnej miejscowości, w której zatrzymaliśmy się przypadkowo obok przydrożnego zajazdu, gospodarz zapytał nas uprzejmie z jakiego pochodzimy kraju, my na to, że oczywiście Bolanda, Bolanda. I wtedy gospodarz chciał wykazać się swoim światowym obycie i powiedział, że on zna kilka słów w języku polskim, po czym te słowa nam wyrecytował. Nas zamurowało. A dybym powtórzył słowa, których nasi rodacy, którzy byli tam przed nami, nauczyli tego biednego Tunezyjczyka gdzieś na pustyni, to zaręczam Państwu, że Państwa też by zamurowało. Bynajmniej nie były to początkowe wersy „Pana Tadeusza”.

Ale wróćmy do naszej historii… Dość pomysłowo to filmowane, pani reżyser wie gdzie należy w danym momencie ustawić kamerę, żeby ujęcie nie było banalne. I sama wymowa dzieła. Która dotyczy także nas. Urodziliśmy się w klasie, w jakiej się urodziliśmy, a podział klasowy nie zniknął razem marksizmem. I przejście do klasy wyższej najczęściej jest ponad nasze siły, choćbyśmy nie wiem jak się starali czy napinali. Swój byt możemy poprawić o tyle o ile. Ale o tym nasz uchodźca przekona się dopiero z czasem. Bo na razie dziwi się, że można go przetransferować przez granicę jak towar i to towar nie byle jaki, znaczący, sygnowany przez wybitnego artystę, mianowicie jako dzieło sztuki. A cała historia wcale nie jest tak bardzo odległa od polskiego doświadczenia. Pamiętamy ostatecznie film „Trzysta mil do nieba” z roku 1989, czyli historię, jak nastolatki próbowały się przeflancować w schowku pod tirem do lepszego świata z Polski Jaruzelskiej. Tam okazało się, że transport towarów przez granice, ściśle strzeżone, bywa o wiele łatwiejszy niż transport człowieka.

To się tylko tak łatwo pisze na transparencie, na ścianie, w trakcie dyskusji internetowej: „Żaden człowiek nie jest nielegalny”. Bo jest. A jeżeli nie – jest, lecz bywa. Pod pewnymi warunkami i tylko na jednym określonym przejściu granicznym, to już ludzkość wykonała spory krok naprzód. Ludzkość może sobie pogratulować.


Odetchnęliśmy z ulgą. To nieszczęsne i poniżające przemieszczenie się przez granice do nowego, lepszego świata zakończyło się jednak lepiej niż można było przypuszczać. I niż zapowiadało się się to na początku intrygi, kiedy to młody człowiek jest tylko bezradny i zdesperowany. Sytuacja zmienia się na jego korzyść dopiero wtedy, gdy – po licznych próbach i błędach – decyduje się wziąć sprawy we własne ręce. I wykorzystać tych, przez których został wykorzystany.

To jest zresztą powtórka losów milionów jemu podobnych – kiedy dostaną się do europejskiego „raju”, stosują prawo mimikry: przyczajają się, starają się nie rzucać w oczy i cichcem uszczknąć z tego tortu, ile tylko się da. Tymczasem bohatera naszej historii stać było w pewnym momencie na znacznie więcej – zdobył się na przejęcie inicjatywy.

Z mediów wiemy, że inne osoby w podobnej sytuacji próbują podobnej „sprzedaży” własnego ciała. Panie „surogatki” osiedlają się w lepszych krajach przewożąc tam pod sercem cichcem, bez powiadamiania służb granicznych, własne dziecko, które oddadzą do adopcji. Inni w podobnym celu odsprzedają nerki i inne części ciała.

A kwestie etyczne? Kto tu działa nieetycznie? Ci przymuszeni, wykorzystywani? Czy raczej ci, którzy wykorzystują tych biednych ludzi postawionych w sytuacji przymusowej?

Co zresztą ujawnia się i na naszym terenie. My wykorzystujemy Ukraińców, naszych imigrantów wykorzystują Anglicy czy Niemcy.

Tak więc filmu o zdesperowanym Syryjczyku nie oglądamy jak pocztówki z dalekiego świata. Na trasie Syria – Liban – Paryż leży także Polska …

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.