Censor – 18 marca 2022

Szanowni Państwo,
zapraszam do świata cenzury, który to świat, zwłaszcza ci starsi z nas, znają aż za dobrze z własnego doświadczenia. Ostatecznie z cenzurą mieliśmy, cały czas mówię o starszych widzach, do czynienia przez co najmniej 2/3 naszego życia. I to na co dzień. Teraz wracamy do tematu, z tym że w innym ujęciu, ponieważ film „Censor” z zeszłego roku pochodzi z Wielkiej Brytanii. Oni tam mają zupełnie inne doświadczenia w tej materii niż my w bloku wschodnim, ale nie szkodzi, popatrzmy na rzecz całą jako na epizod brytyjski. W filmie mamy bowiem zawodową cenzurkę filmową, która do swojej pracy podchodzi wyjątkowo skrupulatnie, a jej zajęciem jest oznaczanie i wycinanie wyjątkowo krwawych scen, które pojawiają się zwłaszcza w obiegu video. Praca jest z gatunku obrzydliwych, ale cenzorka bardzo się stara. Wszystko przebiega zgodnie z protokółem do momentu aż cenzurowane filmy, zwłaszcza w tych bardziej krwawych odmianach – są to z reguły horrory typu gore, czyli posoka – wiodą ją w głąb własnego dzieciństwa, którego mroczne tajemnice w międzyczasie wyparła. Film więc idzie w stronę psychologii głębinowej, kwestii dopuszczalnej przemocy na ekranie.
I niech sobie idzie. Nam cenzura kojarzy się inaczej, tak się nam historia ułożyła. Trudno. Ale aż się prosi, by się nad tą naszą historią na chwilę zatrzymać. U nas najbardziej znaną postać cenzora przeniósł na ekran w filmie „Ucieczka z kina <<Wolność>>” Wojciecha Marczewskiego w roku 1990 Janusz Gajos. I mówi ciekawe rzeczy, które odsyłają nas także do dzisiejszego filmu.

Z naszej historii przypomnijmy tylko to, co konieczne.
Cenzura filmowa w PRL-u była wielostopniowa. Zaczynało się od Komisji Scenariuszowych, kierujących film do produkcji. Scenariusze podejrzane z punktu widzenia władzy, były po prostu utrącane. W trakcie realizacji filmu szpicle władz kinematograficznych, a nierzadko i SB, śledziły wszelkie odstępstwa reżysera od scenariusza. Zmontowany film oglądały władze kinematografii równolegle z cenzurą. W trakcie kolaudacji przedstawiano reżyserowi żądania co do cięć. A po kolaudacji nową porcję wymagań. Rekordziści – np. „Miś” – notowali takich wymaganych ingerencji po kilkadziesiąt.
W sensie instytucjonalnym cenzurę powołano dekretem Krajowej Rady Narodowej i Rady Ministrów z dnia 5 lipca1946 roku. Wówczas powstał Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Teoretycznie Urząd podlegał premierowi, praktycznie Wydziałowi Kultury Komitetu Centralnego PZPR. Naczelne władze Urzędu siedzibę znalazły przy ulicy Mysiej 5, w Warszawie. Podstawowe wytyczne cenzorskie zawierała „Księga zapisów i zaleceń”. Tam księgowano tematy, na które były odgórne „zapisy”. Oczywiście, na niższych szczeblach egzekwowano mnóstwo „zapisów” lokalnych.
Po krótkiej odwilży z roku 1956 władza szybko powróciła do starych praktyk. „Ósmy dzień tygodnia” (według prozy Marka Hłaski) w reżyserii Aleksandra Forda, zresztą pupilka ówczesnych władz, został zatrzymany na 25 lat. Władzy nie odpowiadał obraz ówczesnej Warszawy: miasta ponurego, naznaczonego biedą i alkoholizmem. Za wieloma drastycznymi decyzjami cenzury stał ówczesny I sekretarz Władysław Gomułka. Jego krytyka skazywała film na niebyt. Kiedy w 1967 r. Jerzemu Skolimowskiemu zatrzymano film „Ręce do góry”, poszedł z interwencją do samego Zenona Kliszki, najbliższego współpracownika Gomułki, i oświadczył, że nie będzie dalej robił filmów w Polsce, jeśli jego filmu nie zdejmą z półki. Kliszko na to szyderczo, że nie szkodzi, Polska to wytrzyma. A na niego jutro czeka paszport. Uniósł się honorem i wyjechał. Za granicą sporo kręcił, nawet z gwiazdami szczebla Claudii Cardinale czy Klausa Marii Brandauera, Ale były to historyjki rozrywkowe, które poziomem nie zbliżyły się nawet do jego polskich prób.
Jeżeli „niebezpieczny” film prześliznął się jakoś przez sito Komisji Scenariuszowej, a nie wydawał się być dziełem lojalnym wobec władzy, zawsze można było przerwać zdjęcia. Do tego doszło w przypadku ambitnego eksperymentu „Na srebrnym globie” w reż. Andrzeja Żuławskiego. A kiedy film udało się nakręcić, zmontować, ingerencje cenzury zastosować, zawsze można było osłabić siłę jego rażenia przeznaczając go do tzw. wąskiego rozpowszechniania, w jak najmniejszej liczbie kopii. Takie były losy „Rejsu” czy „Człowieka z marmuru”. W dobie pierwszej „Solidarności” (1980-1981) można było cenzorów przeczekać (tak zrobił Stanisław Bareja z „Misiem”) albo pertraktować czując za sobą poparcie wielomilionowego związku zawodowego. Poza tym na rynek wkraczały nowe technologie, zaczynała się era wideo. I tak: Na tej samej zasadzie publiczność obejrzała zatrzymany przez Telewizję serial Stanisława Barei „Alternatywy 4”. Cenzura była już bezradna.

Wracamy do naszego dzisiejszego filmu. Obraz pod tytułem „Censor” jest wycieczką w lata osiemdziesiąte, w czasy rozpanoszonego rynku video, który także u nas, z żelazną kurtyną, był jak świeży oddech, jak powiew z innego świata, ponieważ nikt nie był w stanie go już wówczas w sensie cenzuralnym, nomen omen, kontrolować. Zwróćmy też uwagę na inne drobiazgi z lat osiemdziesiątych. To na przykład, że automatyczne sekretarki telefoniczne to ciągle jest ekscentryczna nowość, a w londyńskim metrze można palić. W Wielkiej Brytanii film pt. „Censor” okazał się jednym z najwyżej ocenianych filmów roku i dawał ważny głos w kwestii tego, co jest przyjęte, dozwolone i pożyteczne, zwłaszcza w odbiorze młodych widzów.
Ten urząd cenzorski, fikcyjna brytyjska komisja klasyfikacji filmu, działająca w szczytowym okresie paniki, jaką wywołało rozprzestrzenianie się krwawych horrorów, obradująca w zadymionych pokojach i decydująca, która dekapitację wyrzucić z filmu, a które patroszenie zostawić, także wydaje się dość groteskowa, tak jak groteskowe były próby urzędniczego sterowania rynkiem kinematograficznym. W filmie przywołuje się dane, żeby Angielscy wideomani wiodą prym na rynku video. Ale trzeba pamiętać, że liderem na rynku video w latach osiemdziesiątych w obszarze krajów Europy środkowej i wschodniej była Polska. Tutaj przypadało najwięcej magnetowidów na gospodarstwo domowe we wszystkich KDL-ach. My w tamtych czasach patrzyliśmy na całe zjawisko innym okiem. Oglądaliśmy filmy, które poszerzały nasze widzenie rzeczywistości w wielu aspektach, np. dzięki dość banalnym filmom o przygodach Rambo rozumieliśmy realia wojny w Afganistanie. Oglądamy tutaj w tle całą zapomnianą już dzisiaj tandetę pierwszych pokazów video, na które schodziliśmy się po sąsiedzku a latach osiemdziesiątych, jak dwie dekady wcześniej schodziliśmy się do sąsiadów na telewizję. Oglądamy te kiczowate wypożyczalnie video, które już zapomnieliśmy, te ziarniste obrazy na ekranie telewizora, który to obraz skakał i psuł się co chwilę, kiedy zgrana do granic możliwości taśma szorowała zdefektowaną głowicę. Słyszymy warkot silniczka odtwarzacza video, całe to sztuczne, podejrzanie plastikowe piękno epoki, która już odeszła. A te głupie filmy klasy C, typu właśnie horror w odmianie gore, pozwalały nam uświadomić sobie to, co dociera z wolna do samej filmowej cenzorki, że nasza świadomość ma także swoją ciemną piwnicę, w której przechowujemy traumy, wspomnienia o represjach, szykanach, poniżeniu, jakie nas w życiu spotkało, które to odczucia staramy się chwilowo pominąć i unieważnić. I te filmy ujawniają w naszej świadomości na nowo dawno pogrzebane pytania.

Zresztą pani cenzorka okazuje się tutaj także postacią uwikłaną w sieć traum, wyparć i zaprzeczeń. Cenzorka ma takie podejście do filmów jak chirurg do pacjenta. Tutaj chory cierpi, jego rodzina przeżywa, decydują się sprawy życia i śmierci, a on obserwuje bieg narządów, odczyty na elektronicznych przyrządach, szpera we wnętrznościach ludzkich równie bezosobowo jak mechanik samochodowy w silniku auta. Rozumie też swoja pracę jak działanie higienistki, to znaczy chroni społeczeństwo przed szkodliwymi bakteriami, zarazkami, które mogą je infekować. Ale to się w całości nigdy nie udaje. Chorobliwe bakterie, co pokazuje trwająca ciągle epidemia, mają to do siebie, że rozsądnej i kontrolowanej dawce pozwalają organizmowi się uodpornić, tworzyć przeciwciała. Horroru z naszego życia nie usuniemy nigdy, tak samo jak traum, które zalegają w podświadomości, też się nie pozbędziemy. O wiele ważniejsze jest wiedzieć, że one są i równie ważne jest to, by wiedzieć, że one są, ale pozostają we właściwym miejscu, głęboko pod podłogą.

Społeczeństwo tymczasem jakoś samoczynnie ustawia te sprawy w ten oto sposób, że w każdym mieście pod powierzchnią w miarę uporządkowanego świata kryje się sieć kanalizacyjna, żywioł mroku, brudu i nieczystości. Wszyscy się zgadzają co do tego, że ta sieć jest konieczna, że jest nieusuwalna, ale rzadko kto decyduje się schodzić niżej, żeby tam pospacerować, ponieważ bardzo niewiele osób znajduje przyjemność w takich spacerach. Więc – nie musimy schodzić w głąb kanałów. Wystarczy pamiętać, że one są.


Podsumowanie dyskusji

Kiedy na ekran padły już ostatnie kadry filmu o cenzurze, o przesuwających się granicach, o tym, co jeszcze dopuszczalne, a co już niszczące – na sali zapadła epicka cisza. I jakoś nie było ochoty, by to epitafium za zgon cenzury przerywać niewczesnym komentarzem. Więc cisza gęstniała, gęstniała… Najwidoczniej wszyscy mieli świadomość, że cenzura nie przeminęła wraz z PRL-em. Ona się tylko uwewnętrzniła.
Więc, raz jeszcze Janusz Gajos. Ku pamięci: „Cenzura jest potrzebna. Cenzurowanie jest sztuką. Dobry cenzor powinien być artystą. Poza tym to jest gra…”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.