Archiwa kategorii: Żadna prasa nie hańbi

Doczekać 13.00

okladka_smiertelniepowaznasprawaRyszard Ćwirlej, hurtowy dostawca utworów kryminalnych, obrał sobie uroczą specjalizację – Wielkopolska, lata 80-te, milicja kryminalna, sfery alkoholowe. I jego pozycja najnowsza takoż. Akcję posadowił autor w wielkopolskim Grodzisku, słynnym swego czasu z piwa miejscowej marki oraz wód gazowanych. Piwo cenione było z racji wysokiej jakości, ponieważ browar zatrudniał osobnego testera, który specjalnym pobierakiem na długim wysięgniku odławiał myszy i szczury, co to potopiły się w kadziach w trakcie warzenia. Więc było higienicznie, a nie jak gdzie indziej. W rzeczonym Grodzisku okrutnie zamordowana zostaje miejscowa dziewczyna. Lokalna milicja może schwytać najwyżej zaprutego pijaczka, który sika centralnie na rynku, a nie jak wszyscy porządni obywatele – w bramie. Ale na wyrafinowanego zabójcę jest za krótka. Więc z Poznania na ratunek przybywa dwójka kryminalnych – bystrzak o menelowatej przeszłości i stuprocentowy alkoholik. Trudności się piętrzą. Bo w „Ratuszowej” jak się zamówi schabowego z pyrami, a do tego setkę, to kelnerka obowiązkowo dodaje „koreczki serowe” jako „konsumpcję”. Na uwagę gościa, że do tej wódeczności to oni już przecież mają zagrychę w postaci owego schabowego kelnerka tłumaczy, że schabowy to jest zwykłe żarcie, a dopiero „koreczki” to jest „konsumpcja”. Z tym, że tych koreczków to nie wolno zjeść – najwyżej tuż przed uregulowaniem rachunku. Bo jak wpadnie „kontrol” i zobaczy, że na stoliku stoi setka, a koreczków brak, to personel zaraz ma nieprzyjemności. A bywa i tak, ze milicjanci próbują wydębić jakiś alkohol w GS-owskim sklepiku na prowincji. Ale – po pierwsze jest przed 13.00, a po drugie nie mają kartek. Na kartki zaraz na początku miesiąca wykupili „Bałtycką”. Wprawdzie przy wychylaniu trzeba było zatykać nos, bo okrutnie jechało karbidem, ale z kolei „Vistula” („Zboże wymłóci i chłopa przewróci”) była dostępna tylko za „waluty wymienialne i bony PKO”. Ale milicjanci nie pozostają bez ratunku, bo sklepowej się przypomniało, że na zapleczu ma alkohol z odrzutu, wielokrotnie przeceniany ,którego miejscowi nie chcą za pół darmo. Okazuje się, że to nic innego tylko markowa whiskey. Ale miejscowi się brzydzą, bo legenda niesie, że to „pędzone na rudych myszach”. I spokojnie obciągają wino owocowe.
Tak, w latach 80-tych wielu oddawało życie, wolność i mienie za ideały. A my – cała reszta –  wstyd powiedzieć, ale próbowaliśmy jakoś żyć. Z naciskiem na „jakoś”.

Ryszard Ćwirlej, Śmiertelnie poważna sprawa, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2013 LINK

Te numery

okladka_najlepszekasztanyMożna „mówić Wałęsą”, bo pan prezydent namnożył tyle „plusów ujemnych i plusów dodatnich”, że uzbierałaby się z tego grubsza antologia. Można mówić cytatami z piosenek, można żonglować tytułami książek. Wiadomo: pewne sformułowania opuściły swoje stałe miejsce i prawem tzw. skrzydlatych słów kursują w obiegu. Jak odpowiadamy cytatem, to śrubujemy poziom – proszę bywały jestem. „Nie ze mną te numery…” Nic dziwnego, że jak nas popędzają w robocie, to nie odpowiadamy banalnym: „Zaraz skończę”, tylko; „Zaraz kończymy i już robimy, panie kierowniku”. Bo przy okazji zapodajemy, że pilnie oglądaliśmy „Misia”, co w niektórych sferach 40-50-latków uchodzi za przejaw wyrobienia. Z tym że  poza „Misiem” nie idzie już tak łatwo. Bo filmy bywają kochane okresowo, potem robi się miejsce następnym, a starsze zapadają w niepamięć. Co uzmysławia przyjazna antologia polskiego cytatu filmowego, zredagowana przez filmoznawcę Marka Hendrykowskiego.
Przykładowo: w filmie „Celuloza” (1953) pewna agitatorka komunistyczna namawia robotnika na wstąpienie do partii: „Są pociągi, na które spóźniać się nie wolno”. Kiedyś to kursowało – oczywiście w wersji prześmiewczej: zapisz się do partii, bo ci kariera ucieknie. Ale dziś? Tylko weterani komuny pamiętają. Podobnie jak zdanko: „Duszno tu”, którym w odwilżowym „Człowieku na torze” (1956) kończy się intensywne zebranie egzekutywy. Chodziło o „wpuszczenie świeżego powietrza…” itp. Ale to też czytelne dziś tylko dla sierot po Bierucie. I odwrotnie –  gdy jakiś trzydziestolatek wyskoczy z frazą: „Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście”, jego ojciec, nawet kinoman, może „nie czaić bazy”.
Są jednak takie cytaty, które nie rdzewieją. O „kasztanach na placu Pigalle” słyszał każdy, bo „Stawką” katują nas równo od blisko pół wieku. Podobnie z „kobietą pracującą”, „Kargulem, który powinien podejść do płota”, „szczególnie nie chodzę na filmy polskie” itd.  Przywoływać takie liczmany to wręcz obciach. Tylko, że one akurat łączą pokolenia i sprawiają, że polskie kino trzyma jednak jakąś ciągłość.
Najciekawsze są jednak te cytaty, które nigdy nie padły, a wszyscy je znają. Przysięgną na przykład, że Linda pytał z ekranu: „Co ty wiesz o zabijaniu?”. Akurat! Linda powiedział: „Nie mów mi nic o zabijaniu.” Ale to pierwsze tak się do niego przykleiło, że nawet reklama piwa to kupiła. Z tym, że z cytatami trzeba uważnie. Pewien krytyk chciał się wykazać i napisał, iż tenże Linda miał się wyrazić: „Nie chce mi się z tobą rozmawiać”. I co? Internet zabił go śmiechem.

Najlepsze kasztany. Księga cytatów polskiego filmu, wybór i opracowanie Marek Hendrykowski, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2013 LINK

Małe żarcie

Literatura od kuchniRodzima literatura przyzwyczaiła nas, że bohater jest po to, aby walczył z przeważającymi siłami wroga (ulubiony sport Polaków), a nie po to, by jadł. Więc on wciąga pospiesznie byle co, bo już larum grają. Odwróćmy to – zaproponował Bogusław Deptuła i zafundował nam spacerek po literackich kulinariach. O Polakach tu niewiele, co nie dziwi.
Przecież z tymi kulinariami wychodziło u nas śmiesznie. Słynna kawiarnia Czytelnika przy Wiejskiej, gdzie Holoubek siadywał z Konwickim, to nic innego jak skromna stołówka pracownicza. Po lewej bufet, gdzie personel wydawniczy stał grzecznie w ogonku po schabowego z kapustą. A po prawej parę kulawych stolików pokrytych laminatem, ze sztucznym kwiatkiem we flakoniku. A jaka legenda się nad tym miejscem unosi… Podobnie w SPATiFie. Karmiono tam bardzo przeciętnie. Marlenie Dietrich podano raz nawet widelec z wyłamanym zębem. „Ustrój to wy może macie najlepszy na świecie, ale zastawę…” – skomentowała gwiazda. A ileż to legend na temat tego przybytku kulinarnego namnożyli Głowacki, Gruza czy Janusz Atlas. Zresztą większość tzw. literatów i tak jadała w mocno spartańskiej stołówce w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu legitymując się bonami obiadowymi. A jak się pisarzowi wiodło akurat gorzej, to krajał sobie salceson na gazecie i popijał „Łowiczanką” z musztardówki. I jak tu było się spodziewać od nich, biedaków, opisów „wielkiego żarcia”?
Ale, dla porządku, odnotujmy. Wisława Szymborska obiera cebulę i natychmiast lęgnie jej się wiersz „Cebula”. Niby zwykłe warzywko odwijane (z ocieraniem łez) warstwa po warstwie, a tu – nie! Bo cebula składa się z samych warstw. A człowiek na ten przykład to kłębowisko mięśni i flaków obciągnięte skórą. I więcej: to kłębowisko sprzecznych uczuć przykrytych jako takim wychowaniem. „Co innego cebula/ Ona nie ma wnętrzności./ Jest sobą na wskroś cebula/ Do stopnia cebuliczności”.
U Różewicza w opowiadaniu „Śmierć w starych dekoracjach” pewien emerytowany właściciel (chyba miało być ajent?) kiosku z gazetami w dobie Gomułki podróżuje na wywczasy do Rzymu. Czyli czysty surrealizm. Ale niech będzie. I on tu zastaje w hotelu śniadanie, jako to: „Z przyjemnością zjadłem kilka soczystych plastrów mortadeli z bułką”. A finał? „Popiłem wodą z kranu”.
Miron Białoszewski w „Pamiętniku z powstania warszawskiego” protokołuje z kolei, co i ile się jadło zanim Warszawa padła. Różności. Raz dynie, raz śledzie, raz zgniłe kartofle. A na koniec to już głód skręcał kiszki.
Więc może teraz kolej na historię polskiego głodu?

Bogusław Deptuła, Literatura od kuchni, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2013 LINK