Archiwa kategorii: Radio Poznań – Radio Merkury

Radio Poznań, piątek 26 maja 2017

Mili Państwo,
Na Dzień Matki mądrości mamy ze dwa kufry, więc zadeklamujemy tylko:

Droga to chatka, gdzie mieszka matka; Matka miła, choćby biła; Nigdy z głowy nie wyhuczy, czego matka nauczy. I nowsze mądrości, jako to: Matka jest tylko jedna oraz: Matka siedzi z tyłu.

Mamie wypadałoby dać jakiś prezent. Może książkę? I tu doradza pismo dla pań pod tytułem Claudia, jak się reklamuje: Nowoczesny poradnik dla prawdziwych kobiet. Claudia poleca w pierwszej kolejności powieść Anny Fryczkowskiej „Żony jednego męża”, którą streszcza: „Dwie kobiety, Anita i Tunia. Mieszkały w jednym żoliborskim domu. Razem wychowywały dwoje dzieci i zgodnie dzieliły się jednym mężczyzną. A on sprawiedliwie spędzał noce raz z jedną, raz z drugą panią. Dla całej trójki ( a właściwie piątki, jeśli wliczymy w ten układ dzieci) był idealny model rodzinny”. No cóż, jakoś inaczej wyobrażałem sobie gusta literackie i życiowe prawdziwej kobiety, matki w dodatku, ale co ja tam wiem…

Z grona świętych czcimy dziś świętego Karpa z I wieku oraz świętego Kwadrata z II wieku. Obaj wielce zasłużeni, ale – co tu gadać – gdyby nie wpadające w ucho imiona niewielu by o nich pamiętało, niestety. Na szczęście – jak powiada znane porzekadło – każdy święty ma swoje wykręty. I po wykrętach świętych zapamiętujemy.

Z historii – jakże miła, szesnasta rocznica odsłonięcia w Krakowie, nad Wisłą, w pobliżu Wawelu, pomnika psa imieniem Dżok. Jego pan w tym miejscu zmarł na serce, a zwierzak przez cały następny rok przychodził tam i czekał aż pan wróci i go zabierze. Wkrótce stał się ulubieńcem okolicznych mieszkańców, dokarmiano go, przygarnięto do domu, ale on wolał szukać swego pana, co trwało tak długo, że w końcu biedak zginął pod kołami pociągu. Jednym z propagatorów idei wzniesienia pomnika psiej wierności był świętej pamięci Zbigniew Wodecki.

Wielkopolska prewencyjna. Otóż pilscy policjanci udali się na miejscowe działki, gdzie na miejscu udzielili wczasującym tam seniorom wielu bezcennych porad z zakresu bezpieczeństwa. Cytujemy z konieczności nieliczne, tylko te zupełnie elementarne. Więc senior nie powinien w swej altanie przechowywać cennej biżuterii, pieniędzy, akcji i obligacji. Pewne dotąd skrytki jak cukiernica, miejsce za obrazem czy bieliźniarka nie chronią już precjozów jak w czasach, kiedy seniorzy byli młodzi. Dalej: seniorzy nie powinni zostawiać klucza pod wycieraczką, choć do tej pory wydawało się to lokalizacją całkiem bezpieczną. Magnetowid, z którego oczywiście niewątpliwie seniorzy ciągle oglądają filmy, powinien mieć spisany numer fabryczny. Policja nie podaje, czy kasety do magnetowidu też. No i pouczenie fundamentalne: „Nie afiszujmy się swym bogactwem”. Jak najsłuszniej: przyjedzie taki emeryt-milioner na swoją działkę w ogródkach pod Piłą, szpanuje bogactwem, a potem się dziwi, że ukradli mu i akcje, i obligacje, o brylantach, które trzymał w torbie na cukier nie wspominając.

Hemingway mawiał – człowiek na starość nie mądrzeje, tylko staje się ostrożny. Cóż, pilscy policjanci właśnie obalili to twierdzenie noblisty.

Gratulacje
Wiesław Kot

Radio Poznań, czwartek 25 maja 2017

Mili Państwo
Dziś dzień stemplarza, czyni pani lub pana, których zawodem jest przybijanie stempelków i pieczątek. A – jak pokazuje doświadczenie wyniesione z setek urzędów – zasiedla je wielka stemplarska rodzina. Jeśli państwo nie słyszeli nazwy stemplarz, to bez znaczenia – nie znamy nazw wielu zawodów, których wykonawcy od lat – czy deszcz czy spiekota – w trudzie i znoju pracują na nasz życiowy komfort. Motelarz, nagrobkarz, pisankarz, bibułkarz, majolikarz, sitarz, parkieciarz, pamiątkarz, trykotarz czy jajczarz chociażby. A nie powinniśmy zapominać i o skręcaczu rurek kapilarnych czy o nabłyskaczu pluszu… Ale kto pamięta o tych cichych bohaterach, kto doceni, kto nagrodzi?

Dziś także Dzień Królewny, często śpiącej Królewny. Niektórzy uważają, że śpiąca królewna to zawód wyuczony. Co mówi królewicz, gdy już pocałuje śpiącą królewnę, a ta otworzy oczy? „To pani zamawiała pizzę?” A co mówi królewna? Podobno: „Nigdy więcej jabola”, co jest o tyle logiczne, że czarownica poczęstowała ją zatrutym jabłkiem. A jak królewna budzi siedmiu krasnoludków? Oczywiście: seven up!

Ale dość sucharów. Posłuchajmy, jak bije serce Wielkopolski. W okolicy Ujścia – dwaj drwale-amatorzy najpierw obalili dorodny dąb w miejscowym lesie, a potem też nieco obalili. W każdym razie, kiedy przyjechali po drewno, ten który prowadził samochód wydmuchał trzy promile, a kolega, który powoził traktorem – zaledwie promil. To cud, że w takim stanie w ogóle trafili do lasu.

Szlifujemy wakacyjne obyczaje z podręcznikiem „ABC dobrego wychowania”. Francuzi. Otóż, cytuję: „Francuzi specjalizują się w modzie, winach i perfumach, zatem to nienajlepsze pomysły na prezenty dla naszych znajomych”. No tak, ale przecież nie musimy zabierać ze sobą do Paryża Chanel nr 5, z drzewem nie jeździ się do lasu. Jeśli nasi francuscy znajomi cenią sobie egzotyczne zapachy, warto dodać do ich kolekcji naszą Przemysławkę lub perfumy o nazwie Być może. Nigdy nam tego nie zapomną.

Dalej: „ABC dobrego wychowania przypomina, że do kobiet mówimy we Francji „madame”, a do – cytuję – „młodych dziewcząt” „mademoiselle”. Nie precyzuje jednak, jak mówimy do starszych dziewcząt, a zwłaszcza do dziewcząt wiekowych czy zgoła sędziwych.

Przysłowia mądrością narodów. Przysłowia francuskie: Pięćdziesiątka u mężczyzny domaga się szacunku, u kobiety – taktu. Ale też mawiają Francuzi: Starość ma te same apetyty co młodość, lecz nie ma tych samych zębów. My w Polsce też mamy na to przysłowia, jako to: W starym piecu diabeł pali, czy dobitniejsze: Łeb siwieje, reszta szaleje. Ale przysłowia nie zawsze się sprawdzają. Bo mówiący te słowa posiwiał, a reszta? Reszta – szkoda gadać.
Wiesław Kot

Radio Poznań, środa 24 maja 2017

Mili Państwo,
Dziś Dzień Ślimaka. Francuzi mają ślimaki za przysmak, ale ja tego nie powiedziałem, bo to jednak pora śniadaniowa. To już lepiej przypomnieć, że Józef Ślimak był bohaterem powieści „Placówka” Bolesława Prusa. Z tej lektury szkolnej wynika jednakowoż, że ten obrońca polskiej ziemi dlatego obronił ją przed zakusami kolonistów niemieckich, że był bardzo, ale to bardzo powolny.

Rocznice – ni to smutne, ni to wesołe. 24 maja 1543 roku zmarł Mikołaj Kopernik, opublikowawszy krótko przed śmiercią swoje rewelacje. Od tamtej pory komunikaty, które co rano słyszymy z radia: słońce wzeszło, słońce zajdzie, mają charakter wyłącznie poetycki. I są okropnie bałamutne. Najbardziej znany cytat z Kopernika? „Po pierwszym łyku stwierdziłem, że Ziemia się kręci. Po drugim byłem już tego całkowicie pewny”. A poza tym – Kopernik była kobietą.

24 maja rankiem 1609 roku król Zygmunt III Waza opuścił w raz z rodziną Wawel udając się do Warszawy. Na stałe. Uczynił to wbrew wielce ponówczas rozpowszechnionej pieśni kapeli o nazwie Pod Budziszczem – o składzie instrumentalnym: luteń, trąb, piszczałek i szałamaj – pieśni z refrenem: Nie przenoście nam stolicy do Warszawy.

Kryminalna Wielkopolska. W Jutrosinie – to między Krotoszynem i Rawiczem – policja zatrzymała dwóch obywateli Mołdawii, którzy byli głodni do tego stopnia, że włamali się do fiata punto, kiedy tylko zobaczyli, że właściciel zostawił w nim siatkę z zakupami ze spożywczaka. Wsiedli, z miejsca zaczęli jeść, przepłoszył ich dopiero nadchodzący właściciel. Nie uciekli daleko, wytopił ich pies policyjny, który wabi się Wolf. Internautom z miejsca nasunęło się podejrzenie, że to nie jeden pies, lecz cztery, ukryte pod wspólnym pseudonimem. A nazywają się Wormitz, Ohlers, Luebow i Fahrenwirst. Stąd WOLF. Założę się, że policjanci po godzinach wołają na niego gruppenfuhrer.

Nadciąga lato, z nim podróże. Sięgnąłem więc po podręcznik „ABC dobrego wychowania”. Książeczka ma trzy zalety. Po pierwsze kupiona została w Ciechocinku, a jest to – jak wiadomo – stolica polskiej książki, po drugie nie ma wymienionego autora, a po trzecie – i najważniejsze – w promocji kosztowała 2.99. Otwieram rozdział „Wyjeżdżamy za granicę”, który podaje zupełnie podstawowe informacje o narodach, z którymi przyjdzie nam się zetknąć latem. Czesi – okazuje się – to naród niezbyt gościnny, więc zaproszą nas raczej do piwiarni niż do domu. Tam zaoferują golonkę lub dziczyznę, po której podręcznik dobrych manier zaleca napicie się jakiegoś mocnego trunku. O zatruciu pokarmowym nie ma mowy wprost, ale i tak wiadomo, o co chodzi. Poza tym, jak się okazuje, Czesi są maniakalnie przywiązani do tytułów i chętnie wymieniają je przed nazwiskiem, nawet na nagrobku. No więc gdy slyszymy: „Dobry den, ja sem inziner Vondracek, nie odpowiadamy odruchowo: Doby den, ja sem Helena Vondrancova, lecz twardo, po polsku: Doby den, ja sem magister Andżelika Kozodój.

Przysłowia mądrością narodów. Przysłowie czeskie: Mowa jest srebrem, milczenie zlotem. Mluviti stříbro, mlčeti zlato. Tak by powiedział na przykład Krel Gott, gdyby go państwo spotkali na ulicy dajmy na to w Pardubicach. Nie należy jednak odpowiadać na to pod żadnym pozorem: Gott mit uns!

Radzi –
Wiesław Kot

Radio Poznań, wtorek 23 maja 2017

Mili Państwo,
Solenizantów dziś cały wianuszek, wszystkich wymienić nie damy rady, więc tylko na B – Bolelut i Budziwoj. Podkreślam – to są regularne imiona, nie żadne przezwiska nadane solenizantom po zakrapianej imprezie.

Dziś Światowy Dzień Żółwia, Worl Turtle Day. Święto ma na celu uświadomienie światowej społeczności konieczność ochrony wszystkich gatunków żółwi. Jak najsłuszniej – bo choćby u nas, wstyd to przyznać, ale świadomość ochrony – wszystkich, podkreślam, wszystkich gatunków żółwia jest doprawdy żenująco niska.

W Polsce mamy zaś Dzień Spedytora, choć niektórzy mylą go z Dniem Kuriera i Przewoźnika, co jest oczywiście w najwyższym stopniu naganne. Dla odróżnienia – patronem spedytorów jest święty Mikołaj, ten sam, który dostarcza dzieciom prezenty szóstego grudnia. Czasem przynosi nie ten prezent, na który się czekało, albo w ogóle rózgę zamiast prezentu. Czemu się zanadto dziwić nie należy, bowiem święty Mikołaj jest równolegle patronem karczmarzy, piwowarów, winiarzy i gorzelników. I jako taki ma bardzo liczne grono czcicieli, przynajmniej u nas.

Wielkopolska kryminalna. Tu kradzieże nie zdarzają się, no prawie się nie zdarzają. Ale jak już, to przebiegają bardzo dziwnie. Miejscowość pod Złotowem. Tu mieszkała żona pewnego pana, który jednakowoż mieszkał w Złotowie. To – widać – regionalna forma pożycia małżeńskiego, przyjęta na północy Wielkopolski. Małżonek zatęsknił do żony do tego stopnia, że wybrał się do niej na rowerze. Po czym małżonka poznała, że mąż do niej przyjechał? Ano, po rowerze, który zaparkował na terenie jej posesji, a nie należał do niej. O czym niezwłocznie powiadomiła policję. Policja przyjeżdża i stwierdza rower i męża, który nim przyjechał. Dalej – policja zerka w komputer i okazuje się, że rower nie należy do stęsknionego małżonka, a w dodatku ma on dość specjalistyczny zakaz sądowy, mianowicie – zakaz prowadzenia jednośladów. Coś takiego dostaje się z reguły wtedy, gdy to jednoślad prowadzi kierowcę, zamiast odwrotnie. Ale tęsknota złotowskiego małżonka do podzłotowskiej żony, maniaczki przestrzegania prawa, była tak silna, że nie mógł się oprzeć, ukradł rower, byle tylko choć przez chwilę być blisko niej. Szekspir trzasnąłby na ten temat ze trzy tragedie miłosne.

A nas prowadzi to do pytania, czy osobliwe kradzieże mają w Wielkopolsce dostateczną tradycję.

Kartkujemy „Głos Poznański: bezpartyjne pismo codzienne” rok 1925. I cóż:

Z przedpokoju przy Chwaliszewie 192 znikł płaszcz męski wartości ca 100 zł. Kijak Adam obłowić się chciał tanio lekturą. Miłośnika drukowanego słowa przytrzymano jednak już kiedy kradł na Głównej Poczcie pakiet z książkami. Nieuczciwa dziewczynka ulotniła się z walizką pewnej pani wartości 200 zł. Działo się to przy Starym Rynku, w chwili gdy wspomniana pani oddała bagaż dziewczynce celem potrzymania. W kaczki i kury zaopatrzył się niejaki Stanisław Pawlak. Żywy inwentarz odebrano na dworcu głównym śmiałemu amatorowi. Cztery i pół wieprzy skradł Kazimierz Trojański z Winiar z Rzeźni Miejskiej. Opryszka oddano władzom policyjnym.

Wieprze, kaczki, kury… I kto tu uwierzy, że kradzione nie tuczy? Chyba tylko –
Wiesław Kot

Radio Poznań, poniedziałek 22 maja 2017

Mili Państwo,
Dziś Międzynarodowy Dzień Różnorodności Biologicznej – cokolwiek to znaczy. Na wszelki wypadek wszystkich różnorodnych biologicznie pozdrawiamy. Z nadzieją, że podadzą nam rękę, a nie płetwę lub łapę.

No i patrz pan – byłyby nam uciekły interesujące rocznice z przedwczoraj i wczoraj. O mały włos a nie odnotowalibyśmy sobotniego Międzynarodowego Dnia Płynów do Mycia Naczyń. Na szczęście stary znajomy, Ludwik, przypomniał w ostatniej chwili. A wczoraj cały świat obchodził Dzień Odnawiania Znajomości. Wiadomo – znajomość raz odnowiona, dalej odnawia się samoczynnie, a znajomość raz nieodnowiona, też przestaje się odnawiać samoczynnie. I na tym polega urok znajomości. Grunt, żeby odróżniać znajomości odnawialne od nieodnawialnych.

Warte odnotowania rocznice. 22 maja 1981 roku powołano do życia Polskie Towarzystwo Informatyczne. Rzecz działa się w kraju, w którym obliczeń dokonywano tradycyjnie, przy pomocy liczydeł, a nieliczne luksusowe kalkulatory miała gabaryty dobrze wypieczonej cegły.

Zaległy przegląd prasy. Uzależniłem się od archiwalnych numerów „Gazety Ostrowska” i nic na to nie mogę. Wertuje rok 1960.

Ogłoszenia:
Za długi mojej żony Szczypkowskiej Władysławy z domu Tracz, zam. Wtórek, pow. Ostrów nie odpowiadam. Szczypkowski Czesław.

Zginął pies Azor. Proszę o zwrot.

Ciekawostki ostrowskie
Stołówka kolejowa na Węźle PKP posiada tylko 3 szklanki do piwa, i jeszcze w dodatku każdą inną, oraz tylko 7 szklanek do podawania herbaty.

Śladem naszych interwencji
W stosunku do nauczyciela Górskiego z Chyb pow. poznański za wykorzystywanie uczniów przy pracach w polu zostały wyciągnięte konsekwencje służbowe.

Nieuprzejmy personel Spółdzielni Mleczarskiej w Poznaniu przy ul. Daszyńskiego 5 został zwolniony, a kierownik przesunięty na niższe stanowisko.

Prezydium Miejskiej Rady Narodowej – Zarząd Nieruchomości Miejskich w Gnieźnie ustalił indywidualny wstęp do łaźni miejskich dla młodzieży za okazaniem legitymacji szkolnej na kwotę 10 zł, dla młodzieży korzystającej zbiorowo, pod dozorem opiekuna – bezpłatnie.

To ostatnie nie bardzo rozumiem – czyżby młodzi mieszkańcy ziemi ostrowskiej zamierzali jeździć się kąpać aż do Gniezna?

Co tam, panie, w Wielkopolsce? Szeroką dyskusję na forach wywołało włamanie do sklepu w Gołaszynie o trzeciej nad ranem. Włamywacze w trzy minuty wynieśli alkohol i papierosy za sześć tysięcy. Dyskutanci się podzielili – jak było do przewidzenia. Opcja numer jeden: „Nie ma pracy, żadnych perspektyw, żadnej nadziei na poprawę warunków życia i podostaje tylko kradzież aby się zabawić na tym łez padole.Najważniejsze że urzędnicy mają sowite wypłaty i premie a reszta narodu niech zdycha z głodu”. I opcja przeciwna: „Jak ktoś chce pracować to prace znajdzie. Prawda jest taka,że ludzi są leniwi. Żeby miec to trzeba rano wstać i pofatygować się do pracy! Właściciele tego sklepu muszą ciężko pracować, aby z czegoś żyć, a taki jeden z drugim przyjdzie i weżmie jak swoje ” bo musi sie zabawić na łez padole”.

No i opcja trzecia, też przewidywalna: „Do kamieniołomów z nimi!”

No tak, alkohol, padół łez, wiejski sklep, spasieni urzędnicy, trzecia nad ranem, kamieniołomy, brak nadziei. Żeby to zebrac w kupe i opisać przydałby się jakiś Wyspiański.

A wystarczyć musi
Wiesław Kot

Radio Poznań. Koncerty

Drodzy Państwo,
Piosenkom, których słuchamy w Radiu Satysfakcja raz po raz towarzyszą oklaski – znaczy nagranie koncertowe. No to dwa słowa o – że się tak wyrażę – poetyce koncertu rockowego.

Zaczęło się jakieś 70 lat temu łomotaniem w klubach dla bardzo nielicznej publiczności. Jakiś miesiąc temu z rozczuleniem na niewielkim domku w dzielnicy czerwonych świateł Hamburga, St. Pauli, na Freiheitstrasse, gdzie pełno panienek, pijaków, policjantów i ćpunów skromną tabliczkę, że tu na początku lat 60. Koncertował zespół The Beatles. Gdybym nie wiedział, że to tu, w życiu nie zwróciłbym uwagi na chałupinkę z opadającym tynkiem i zapisaną kolorowym spreyem. A w takich warunkach koncertowali i Bill Haley, i niedawno zmarły Chuck Berry i Elvis, kiedy ich nazwiska jeszcze niewielu mówiły cokolwiek. Lennon, żeby zwrócić na siebie uwagę potrafił w hamburskim klubie grać z deską klozetową zawieszoną na szyi. A przecież nie tylko za to go kochamy.

Krok dalej poszli niebawem Rolling Stonesi, którzy jako pierwsi zastosowali coś, co potem nazwano „czarną ekspresją”, czyli krzyk zamiast śpiewu, przesterowane gitary i te wszystkie wygibasy, które wyczyniał na scenie Mick Jaegger. Jeżeli to była „czarna ekspresja”, to grupa The Who stosowała w połowie lat 60. Jeszcze czarniejszą ekspresję: muzycy na finał koncertu rozbijali gitary i resztę sprzętu, bo – jak tłumaczyli – to co zagrali było zupełnie niepowtarzalne. Jednokrotne i wyjątkowe. I próbować zagrać na tych samych instrumentach cos podobnego, to byłaby profanacja. Cóż, jak się posłucha tych charkotów, sprzężeń, kakofonii i łomotu, to człowiek musi przyznać muzykom rację. Tak, to byłoby nie do powtórzenia.

Ale the Who to też powoli zaczął był staroć, bo pod koniec lat 60-tych koncert rockowy przestał polegać na grzecznym czy niegrzecznym odsłuchaniu repertuaru i brawkach. W epoce Woodstocku być na koncercie rockowym znaczyło – uczestniczyć w mistycznym przeżyciu wspólnotowym. Muzyka była tu tylko dodatkiem, wyzwalaczem, podobnie jak środki chemiczne poszerzające świadomość, że tak to nazwiemy czy happeningi erotyczne. Jim Morrison z The Doors – powiedzmy – przechwalał się swoję meskością, a za chwilę cytował z estrady Sofoklesa Nietschego, Celine’a. Ale policja ściągała go ze sceny w połowie piosenki nie za cytaty z klasyków, lecz za – nazwijmy to – okazicielstwo.

Ale i to się przejadło. Najważniejsze zespoły dekady lat 70-tych – Pink Floyd czy Led Zeppelin – nie chciały już grać dla publiczności rozwrzeszczanej, zaćpanej, a więc nieuważnej. Im chodziło o słuchacza wyłączonego, skupionego. Więc stadiony i hale sportowe, ale jako teren spektaklu typu „światło i dźwięk”. Pastelowe, rozlewne symfoniczne dźwięki, a w tle popisy reflektorów, laserów, fragmenty filmów – wszystko to razem przenosiło w świat psychodelii. A w latach 80-tych najrozmaitsze odmiany metalu, więc: heavy, trash, Speed, Black, death i inne metale dodały do kompletu czarne kurtki, zarąbisty makijaż, kolce… Zresztą co ja będę tłumaczył fanom Slayera, Metalliki czy Megadeth.

No, to rys historyczny mamy odfajkowany, przejdźmy do struktury. Spóźnienie? Normalka. Zagranie z 40-minutowym poślizgiem jest bardzo dobrze widziane. Co więc czytamy najczęściej na biletach? Że na teren koncertu wpuszczamy o tej i o tej – co i kiedy się wydarzy: nie wie nikt. Jak granie odbywa się w plenerze, a dzień jest słoneczny czeka się nawet parę godzin do zmroku, bo zespół konieczne chce zabłysnąć światłami i laserami bajerami. No i nie ma sposobu, żeby fani nie próbowali wejść na łebka. Pierwszy polski koncert zespołu Irom Maien, warszawski Torwar, rok 1984, więc publiczność wygłodniała. Hala była w stanie pomieść osiem tysięcy osób, weszło 12 tysięcy. Zaduch i ścisk nieopisany, kilkanaście omdleń, cud, że tylko na tym się skończyło.

Potem gra support, a po nim na scene wreszcie wkraczają oni. Na przykład wkraczają po jednym i każdy kolejny muzyk daje krótki popis na swym instrumencie. Tak robi Metallika. Bywa, że wchodzą i grają wszyscy – z wyjątkiem frontmana, a ten zjawia się już mocno wyczekany i na motorze, jak naprzykład lider zespołu Judas Priest. Albo wszyscy wychodzą naraz z paszczy ogromnego Sfinksa, jak muzycy zespołu Kiss. Co mówią? Zależy. Może być: Hello, London, może być Fukc you All albo: Wellcome motherfuckers.

I – jazda! Niektórzy rockamni uwielbiają śpiewać z publicznością. James Hetfield z Metalliki może tak dociągnąć do kwadransa przy jednym tylko kawałku „Seek And Destroy”. A Paul Mac cartney w Meksyku kazał śpiewa kodę do Hey Jude, to słynne Na, na na nnananana na przemian los hombres i los mujeres. Kiedy muzyków zmęczy łomot, grają ballady, a na widowni idą w ruch zapalniczki.

Na finał muzyk dziękuje, żegna się, jak Paul Mac cartney na Narodowym, gdzie przeczytał z karki: Muszimy jusz iszcz. Widownia wydaje z siebie rytualne Noooo!, a wtedy Paul wraca i gra jeszcze „Golden Slumbers”. Co było wiadome od początku. Bo tak robi na każdym koncercie. Na zakończenie zdarzają się komplementy: You are a fantasctic audiencje, albo proste rockowe, Good Wight moitherfuckers.

Ale nie zapędzajmy się. Jesteśmy w poczciwym polskim radiu satysfakcja, więc i wspomnienie z naszego podwórka. Stan Borys i Czesław Niemen darli koty – wiadomo. I Niemenowi w końcu dojadło, ze kolega mówi o nim, że śpiew aw kółko dwie samogłoski a i e. Stan Borys wyruszył w trasę, siedzi sobie w garderobie hali sportowej w mieście średniej wielkości i zainteresowało go, że od strony widowni nie słychać charakterystycznego szumu. Zanim zerknął zza kulisy, usłyszał brawa, ale tylko dwóch dłoni: klap klap. Patrzy, a tam widownia – pusta. No, nie całkiem, bo na środku siedzi Niemen i ponagla muzyka klaskaniem. Borys zrozumiał od razu: Czesiek żeby mu wyciąc numer wykupił dla siebie całą widownię. A teraz sobaczył Stana Borysa i z tym swoim wschodnim zaspiewem krzyczy: No, Stasiu, czas grać. Toz ja bilet kupiłem!

Radio Poznań, czwartek 18 maja 2017

Mili Państwo,
Jak co dzień 18-tego maja mamy rocznice ważne i nieważne – do tego stopnia, że trudno odróżnić.

I tak 18 maja roku numer jeden naszej ery do Rzymu po raz pierwszy sprowadzono jedwab. Ważne czy nieważne?

W 1725 roku król Jerzy I Hanowerski, wbrew przydomkowi, król Anglii, a nie Niemiec, wprowadził Order Łaźni. Order Łaźni jest trzecim – jeśli chodzi o znaczenie – odznaczeniem brytyjskim, po Orderze Podwiązki i Orderze Ostu. Ważne czy nieważne?

W 1896 roku podczas koronacji w Moskwie cara Mikołaja II Romanowa w tłumie wybuchła mpanika i zadeptano 1389 osób. Raczej ważne przynajmniej dla tych świętej pamięci… Ale jak cara Mikołaja II zmuszono w 1917 roku do abdykacji, a w końcu zamordowano, to w konsekwencji zginęło bez porównania więcej osób.

W roku 1981 powstał zespół rockowy Lombard. Ważne czy nie? W każdym razie od tego pamiętnego dnia nie zamieniamy serca w twardy głaz póki jeszcze to serce mamy.

Ciągle żyjemy rocznicą Powszechnej Wystawy Krajowej z maja 1929 roku. Oto ogłoszenia prasowe z okresu Pewuki:

Piwiarnia w stylu zakopiańskim. Kawiarnia – Dansing – Kabaret
Teatr rewiowy. Balet 32 osoby. Wspaniałe kostiumy i dekoracje. Dzień i noc otwarty. Pokrzepienie dla ciała i duszy.

Kobiety Polki! W waszych rękach uzdrowienie bilansu handlowego Polski. Kupujcie więc tylko herbaty mieszane i paczkowane w kraju przez firmę Krajową Hurtownia Herbaty dawniej Towarzystwo M. Szumilin Spółka Akcydensowa . w Warszawie

Prosimy o odwiedzenie naszego kiosku wystawowego Największa Mechaniczna Fabryka Zabawek Drzewnych, Artykułów Sportowych oraz Mebli Ogrodowych i innych
pod firmą: Dział Pracy Więzienia w Kaliszu.

Zakład Krawiecki L.Willinger zaszczycony odwiedzinami Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, któremu wykonałem ubranie sportowe, jako polecony i uznany zza najlepszego krawca w dziale ubrań sportowych. Polecam swój Zakład Wytwornej Publiczności Przyjezdnej i miejscowej.

I wyścigi – konkretnie wyścig przestępców i policji w pozyskaniu serc i umysłów obywateli. Bo nie tak dawno w Świnoujsciu znowu było jeden zero dla przestępców. Oto idzie sobie ulicą uroczego kurortu starsza pani, podchodzi do niej sympatyczny oczywiście niewątpliwie pan Miecio z turnusu trzeciego i zadaje uprzejme pytanie, gdzie tu najbliższy lombard. Bo on ma do zastawienia dziesięć szczególnie cennym złotych monet. No tao starsza pani tłumaczy, że tu i tu. Wtedy do rozmowy wcina się zupełnie przypadkowy przechodzień, ogląda monety i wyraża chęć, zakupienia monety, ale tylko jednej i na próbę. Bo nie jest głupi i nie da sobie wcisnąć podróby. Kupuje, prosi starszą panią, by przypilnowała sprzedawcy, on pójdzie do lombardu, sprawdzi, czy moneta jest autentyczna i wróci. Poszedł, sprawdził, wrócił, wszystko w porządku. Już chce kupić resztę monet, a wtedy interweniuje starsza pani, bo to ona by chciała kupić, bo takiej okazji nie przepuści. Tamten, że za nic w świecie, walka szła niemal na noże. W końcu starsza pani wygrała, kupiła. I za sporą gotówkę nabyła bezcenną wiedzę, że na Bożym świecie istnieje coś takiego jak tombak.

Ważne czy nieważne? Zabijcie mnie, nie powiem –
Wiesław Kot

Radio Poznań, wtorek 16 maja 2017

Mili Państwo,
16 maja wiele rzeczy miało skłonność wydarzyć się po raz pierwszy. W 1886 ogłoszono pierwszą recepturę piwa korzennego, w dwa lata później publicznie zademonstrowano pierwszy gramofon. W roku 1929 po raz pierwszy rozdano Oscary. W kategorii: Najlepsza niepowtarzalna i artystyczna produkcja filmowa Oscar przypadł obrazowi „Wschód słońca”. Cytuję streszczenie: „Mężczyzna za namową kochanki postanawia utopić żonę podczas wycieczki łódką”. Cóż, Hollywood wcale nie zmienił się od tamtych czasów. I dalej 16 maja w roku 1941 w Mongolii ustanowiono najwyższe odznaczenie, nadawany do dziś Order Suche Batora. W roku 1960 uruchomiono pierwszy laser rubinowy, a w sześć lat później w Chinach uroczyście rozpoczęła się rewolucja kulturalna, która tak bardzo kulturalna to znowu nie była. Zwalczano: szachy, książki, z wyjątkiem tej małej, czerwonej, płyty gramofonowe, latawce, zakazano śpiewania kołysanek. Tak… i niech kto powie, że nie żyjemy w ciekawych czasach…

Z doniosłych rocznic, ta dziś najdonioślejsza. 16 maja 1929 roku w Poznaniu uroczyście otwarto Powszechną Wystawę Krajową. Miarą wydarzenia było to, iż prezydent Rzeczypospolitej, Ignacy Mościcki, gościł z tej okazji w naszym mieście aż dwa tygodnie. A uroczysty protektorat obejmował z Warszawy sam marszałek Piłsudski.

Pewukę otwarto uroczyście na murawie świeżo pobudowanego Stadionu Miejskiego przy ulicy Dolna Wilda. Na owe czasy był to gigant na 25 tysięcy miejsc siedzących.

A jak Feliks Nowowiejski dyrygował połączonymi chórami przybyłymi na Wszechsłowiański Zjazd Śpiewaczy, to miał pod batutą 17 tysięcy wokalistów. Czyli – bądźmy sprawiedliwi – tylko niewiele mniej niż dziś na przeciętnym meczu Lecha.

Rocznice filmowe – dziś dotyczą filmów, które zbiorowo pamiętamy, w przeciwieństwie do mnóstwa tych drugich. Więc – 42 lata temu w telewizorach po raz pierwszy zobaczyliśmy „40-latka”, a 34 lata temu film „Wielki Szu”, z która należy zapamiętać wiele złotych myśli.

Pewna pani do Szu: Kiedy zdawałam prawo jazdy, mój instruktor powiedział: Musi pani jeździć tak, jakby wszyscy chcieli panią zabić. Szu: Miałaś dobrego instruktora.

O grze w pokera: Graliśmy uczciwie: ty oszukiwałeś, ja oszukiwałem – wygrał lepszy.

I o szczęściu: Szczęście? Hm, szczęście trzeba umieć sobie zorganizować!

Na przykład zorganizowali je sobie dwaj panowie w Bydgoszczy. Pan, który przedstawił się jako porucznik Stępień z Centralnego Biura Śledczego zatelefonował do właścicielki zakładu jubilerskiego z alarmującą wiadomością, iż planowany jest napad rabunkowy na jej zakład. Jedynym sposobem ochrony cennej biżuterii będzie więc przekazanie jej na przechowanie porucznikowi Woźniakowi również z Centralnego Biura Śledczego. Porucznik Woźniak pojawił się niebawem, pobrał klejnoty i – jak podaj portal wielkopolskiej policji w swej niepowtarzalnej polszczyźnie – „oddalił się z miejsca”.

A klejnoty? Cóż – „Cnota skarb wieczny, cnota klejnot drogi” – powiada w tej sytuacji Jan Kochanowski. A za nim
Wiesław Kot

Radio Poznań. Literatura dla nastolatków

Drodzy Państwo,
Kiedy miałem kilka lat, nie umiałem jeszcze czytać, z radia lecieli – na prawach świeżynki Beatlesi, Niebiesko-Czarni i Filipinki, mama żeby się popisać, jaką to mam dobrą pamięć, kazała mi recytować przed gośćmi to, co mi czytała przed snem, czyli „Pieśń o Nowej Hucie”. Nie żeby była zapatrzona w nowy ustrój, nawet przeciwnie, ale taką bajeczkę akurat dostała – niedrogo – w księgarni. Więc ja kłaniałem się i mówiłem: „Wielka bieda była, niskie chaty były, niedaleko Wisły, obok wsi Mogiły”, bla, bla bla… I te nowohuckie strofy nakładają mi się pamięci – a pewnie nie tylko mnie – na bigbit i rockandrolla. Więc pomyślałem sobie, że w Radiu Satysfakcja powspominam tę ówczesną literaturę dla dzieciaków i nastolatków.

Nowomowa przeciekała do tej literatury wszelkimi szczelinami. Jak u Edmunda Niziurskiego w powieści „Wielka heca” z 62 roku na prowincji występują tak zwane przejściowe trudności, rolnik się odgraża „Gomułka by na to nie pozwolił”. Kiedy chłopaki tworzą podwórkową bandę, słyszą radę: „Wybierzcie egzekutywę”. A jak w powieści Pan Samochodzik i zagadki Fromborka Nienackiego pojawia się uporządkowany przez harcerzy skwer, to czytamy, że „stanowił zwycięski odcinek działań w Operacji Frombork 1001”.

Mocno swego czasu czytany Aleksander Minkowski w powieści Kosmiczny sekret Lutego chłopak buduje na podwórku urządzenie do porozumiewania się z kosmitami. Kiedy organizuje uroczyste uruchomienie? Oczywiście 22 lipca 1967 roku, dla uczczenia rocznicy manifestu PKWN. Poza tym Minkowski krytykował jak leci:
bananową młodzież, dzieci zamożnych lekarzy, prywaciarzy. Trudno się dziwić, był kontaktem operacyjnym UB i donosił na kolegów pisarzy – od własnego idola, Marka Hłaski poczynając. Tak nawiasem w tej jego powieści po ulicach jeżdżą tu trzy rodzaje samochodów. Urzędnicy rady narodowej przemieszczają się wołgą, lekarz z prywatną praktyką moskwiczem, a właściciel sklepu z galanterią – polskim fiatem.

A skoro zgadało się o Aleksandrze Minkowskim, to czy pamiętają Państwo piosenkę zespołu Trzeci Oddech Kaczuchy z roku 80-tego, w której pewien kombajnista marzy:

Ach, gdybym, gdybym, gdybym, gdybym, gdybym był
Tym księciem z bajki,
To kochałbym piękną różę, a nie „Szaleństwo Skowron Majki”.
I nosiłbym Pewex szaty, a nie drelich kufajki,
I miałbym homohemofilię, nie chłopskie kurzajki –

No właśnie – to „Szaleństwo Majki Skowron” Minkowskiego z roku 1972 – zaczytywane przez dziewczęta do imentu, potem sfilmowane. Rzadko już pamiętamy tę historię kompletnie od czapy. Oto tytułowa Majka ucieka na Mazury, tam pomaga się jej ukrywać syn miejscowego milicjanta. Ale – dlaczego dziewczyna ucieka? Bo ma iście szekspirowski dylemat. Otóż w fabryce, gdzie pracuje ojciec Majki pewien wynalazca zgłosił urządzenie, które zwielokrotni produkcję, z tym, że trzeba je przetestować. Żeby je przetestować, trzeba na jakiś czas wstrzymać bieżącą produkcję. Ale ojciec Majki – odpowiedzialny za wykonanie planu – wstrzymać produkcji nie zamierza. Dziewczyna cierpi razem z lekceważonym wynalazcą i na znak protestu ucieka z domu. Ciekawe, ilu ówczesnych uciekinierów kierowało się podobną motywacją?

Tak nawiasem – nawet zabawne było, że te wydawnictwa dla dzieci bywały przytułkiem dla mocno upapranych figur. Przedwojenna działaczka komunistyczna Ewa Borejsza, żona Jerzego Borejszy, twórcy i szefa koncernu Czytelnik, z czasem odsuniętego na boczny tor, pracowała na ważnej posadzie redaktorskiej w Naszej Księgarni aż do roku 1980. Mawiano o niej – Borejsza Najważniejsza. Do dziecięcego wydawnictwa trafiła też Julia Brystygierowa, okrutna śledcza z Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego na Rakowieckiej – w zeszłym roku mieliśmy o niej film „Zaćma” Ryszarda Bugajskiego. Zresztą w latach 50-tych, ale i później wydawnictwa dla młodzieży natłukły tych różnych propagandowych powieścideł jak diabeł gwoździ. Jak Halina Rudnicka napisała powieść o Dzierżyńskim, to nazwała ją „Płomień gorejący” – bardziej podniośle już trudno było. Helena Bobińska wymęczyła publikację z serii Mały Lenin, tym razem o innym gigancie: Soso. Dziecięce i szkolne lata Stalina. Lucyna Krzemieniecka, przedwojenna jeszcze autorka wierszy dla dzieci, głównie z życia legendy dziecinnego pokoju, krasnala Hałabały, teraz dała inną bajeczkę Stalin, przyjaciel Polski. A Czesław Janczarski, późniejszy autor Misia Uszatka, w

Wycieczce do Warszawy przykładowo wskazywał dzieciom pilnie, gdzie mieszka i pracuje towarzysz Bierut. Tę listę można by wydłużać, ale dajmy spokój. Kto wie, co sami byśmy pisali, gdybyśmy byli wtedy na ich miejscu…

Choć niektórzy się stawiali, nawet jeżeli umiarkowanie. Kornel Makuszyński pozwolił na przykład w wydanych w tamtych latach 120 przygodach Koziołka Matołka podmienić policjanta na milicjanta i parę innych drobiazgów. Niewiele pomogło – jego przedwojenne książki wycofywano z bibliotek i przerabiano na papier toaletowy. Pisarz zaś zrezygnowany poddawał się postępującej cukrzycy, wpadł w melancholię i zmarł przedwcześnie. Pierwszą jego książką wydaną po wojnie – w roku 1954- , w roku po śmierci pisarza, była „O dwóch takich, co ukradli księżyc”, krótko potem ją sfilmowano, ale tę historię to już Państwo znają.

A mnie z tamtych trudnych czasów najbardziej spodobał się Jan Brzechwa, ten od Chrząszcza w trzcinie, Pchły Szachrajki i Kaczki Dziwaczki. Kiedy cenzura nakładała ograniczenia, on pod koniec życia znalazł sobie własną osobną nisze tematyczną. Pracował na odcinku może nieefektownym, lecz jakże istotnym. Pisał dziesiątki artykułów, odezwy, listów do władz, próśb, apeli – tylko w jednej sprawie: aby w lokalach pod żadnym pozorem nie sprzedawać klientom wódki bez zakąski. Kto wie, czy to nie największy wkład Brzechwy do kultury polskiej. Bo do kultury spożycia to na pewno.

Radio Poznań, piątek 12 maja 2017

Mili Państwo,
Dziś dzień wszystkich zmęczonych, wymęczonych, przemęczonych – i to nie od wczoraj. Oficjalnie: Światowy dzień Syndromu Chronicznego Zmęczenia i Zaburzeń Immunologicznych. Że można być zmęczonym od dawna i za długo odkrył amerykański neurolog, doktor George Miller Beard już około roku 1860 i wprowadził do medycyny pojęcie neurastenii. Tłumaczył je jako zespół zmęczenia, lęków, bólów głowy, impotencji i depresji, co było związane z – jego zdaniem – niezwykle szybkim tempem życia. Tak, w Ameryce około roku 1860 żyło się niesłychanie szybko – bez porównania z tym, jak żyje się dajmy na to w Wielkopolsce 150 lat później.

Dziś także Światowy Dzień Ptaków Wędrownych. Ale to się tylko tak łatwo mówi, bo ptaki wędrowne – jak biznesmeni – załatwiają bardzo różne interesy. Taki kos, derkacz czy myszołów – ptaki lęgowe – wpadają na wiosnę, załatwią sprawy rozrodcze i jesienią już ich nie ma. A z kolei górniczek, gęś białoczelna czy siewnica to ptaki przelotne – zatrzymają się na krótko, by się najeść i dalej w drogę. Ptaki zimujące to te, które wpadają do nas, bo im się wydaje, że u nas zima jest znośniejsza. Myszołów włochaty czy gęś zbożowa jak tylko u nas zrobi się cieplej – od razu odlatują tam gdzie ojczyzna, czyli gdzie chłodniej. A są jeszcze ptaki zwane uczenie „przypadkowo zalatujące”, jak nurzyk polarny czy jerzyk alpejski. Te zjawiają się pod polskim niebem zagnane burzami albo po prostu zbłąkane. Wpadną, porozglądają się, zobaczą co u nas, stwierdzają, że to nie dla nich i tyleś ich widział. Jak nie przymierzając – niektórzy imigranci.

Z doniosłych rocznic. Oto 12 maja 1952 roku – a wtedy przewodzi nam już od trzech lat Polska Zjednoczona Partia Robotnicza i od trzech lat buduje się też Nowa Huta – wprowadzono reglamentację cukru i słodyczy. Ale dla tych co to: gdy widzę słodycze, to kwiczę, pozostawiono furtkę. Dopuszczono bowiem jednocześnie wolną sprzedaż cukru po tzw. cenach komercyjnych. Czyli, jak kto chciał słodkiego, miłego życia, to musiał przekraczać plany, kombinować lub kraść. Był to jakiś pomysł i towarzysz Gierek powróci do niego w 25 lat później.

O poranku koniecznie prasa, koniecznie branżowa. Oto pismo Wróżka z podtytułem: Poznaj magiczną stronę życia, podaje majowy horoskop dla urodzonych pod znakiem byka, cytuję: „Wiosną byk ma wyjątkowe potrzeby. Jako szef zarządza wyjazdowe szkolenie, ale tylko dla wybranych pracownic. Zanim jeszcze dotrze na miejsce, zatrzymuje się w lesie, by z jedną z nich nazbierać grzybów. (Jak to? Jeszcze nie ma grzybów?!) Szkolenie odbywa się w luksusowym pensjonacie. Zaczyna się imprezą integracyjną… w saunie. Podczas kolejnych wieczorów Byk pracuje już indywidualnie z każdą ze swoich asystentek, aby wydobyć ich potencjał. Szkolenie okazuje się owocne i Byk wkrótce musi płacić alimenty, ale na biednego nie trafiło”.

Był to – jak się państwo zorientowali – byk korporacyjny. Inne byki świętują grzecznie w zagrodzie. Wśród nich –
Wiesław Kot