Archiwa kategorii: Pozdrowienia z Polski

Mamy rozkaz cię utrzymać albo na dnie twoim lec (z honorem, oczywiście)

Międzyzdroje once again. Tym razem nasze selvies.
Dorocie zrobiłem zdjęcie, gdy pozowała na molo z koniem do współczesnej, plażowej wersji „Szału uniesień” Władysława Podkowińskiego. Dla porównania załączam reprodukcję.


Dorota z kolei fotografowała panów, którzy rzeźbą sylwetki przypominają mnie. Podaję przykłady. Szczególnie zainteresował mnie drugi pan, ten z chorągiewką. Siedział bowiem na chodniku i leniwym gestem wyginał przegub ręki, w której trzymał rzeczoną chorągiewkę. Wskazywał w ten sposób kierunek na parking. I tak – zapewne – od świtu do zmierzchu. Jak to zobaczyłem, skręciło mnie z zazdrości. Dlaczego on??? Dlaczego nie ja??? Przecież ja też mam odpowiednią sylwetkę! Gdzie popełniłem błąd?! Ale los, jak zwykle, sprzysiągł się przeciwko mnie.

No, i współczesny komentarz do „zaślubin Polski z morzem” (tych generała Hallera i tych z 1945 roku).

Maskarada

Zaległe, sprzed paru dni. Z Międzyzdrojów.
Tu w „Taniej książce” doznałem uczuć mieszanych. Zobaczyłem bowiem książkę, którą napisałem ze 20 lat temu, a która robi teraz za półmakulaturę. Ale z drugiej strony – lepsze to niż przemiał. Miała kilka wydań (żadnego, niestety nie miałem w domu), a tu w dodatku leży taka edycja, w której dołożono kilka rozdziałów pewnej pani i wyszło, że to my oboje pisaliśmy. Oczywiście, nie mam pretensji, bo książkę sprzedałem razem z prawami. I mam gdzieś, co z nią zrobią. A tę panią widziałem raz w życiu, może minutę. W każdym razie sądziłem, że toto już po prostu fizycznie nie istnieje, a tu proszę – do nabycia w rozsądnej cenie 10 złotych. Oczywiście kupiłem, od razu dwa egzemplarze.

Zauważyłem także ze smutkiem, że moja książka (nawet przeceniona) ma sporą konkurencję. Sfotografowałem więc tę najgroźniejszą.

I z innej beczki. Na deptaku w Międzyzdrojach popularnością cieszą się maski, które można sobie dokleić do twarzy. Ono najpopularniejsze w tym sezonie:

The man with the golden gun

Najpierw Praga. Jak popatrzeć od Hradczanów, to jednak zachował się ładny kawałek miasta. U nas w Warszawie? Tylko stare Powązki.

Na Hradczanach mnóstwo zabytków historii. I turyści wszędzie pchają się z łapami. A turystki to już świata nie widzą poza jednym eksponatem.

Uliczny plakat reklamowy pokazuje zawartość czeskiej głowy. Pozazdrościć.

I własne podwórko. Jak zwykle Wielkopolski Park. Zszedłem na moment ze szlaku i trafiłem na pomniczek pewnego pana, który w tym akurat miejscu oddał ducha w roku 1964. Biorąc pod uwagę okolicę – tylko życzyć sobie takiego zejścia.

Podpoznańskie miasteczko Mosina. Tu wszystko może się zdarzyć.

 

A właściwie z Czech

W Ostrawie w księgarniach po staremu – Hrabal.

Po drodze do Brna. Jak Czesi wywiną orła, to to jest orzeł! A nie jak ten nasz smutas na monetach i znaczkach.

Po której stronie Czesi byli pod Austerlitz (Sławkowo)? W każdym razie bitwę upamiętniają już z daleka.

W Brnie reklama, której nie rozumiemy. No, może za wyjątkiem słowa „bulva”…

Brno, rynek. Czarny obelisk. A przecież tamtędy chodzą młode dziewczęta…

W katedrze ofiary zbiera Bambo. Od razu przypomniała się nam ojczyzna…

Są zjawiska, które zbliżają nasze narody. W Brnie naliczyliśmy dwa. Najpierw stoisko Świadków. Cóż, do Czech także zbliża się Armagedon.

I zdrożony podróżny, który na chwilę przysiadł, by odpocząć.

Gdzie jest Maryna?

Remanenty ze Śląska.
Dorota uparła się, żeby zwiedzać lokalne zabytki. Co trudne, bo tam zabytkowa siedziba, wyremontowana za pieniądze unijne, stoi co dwa hektary. No, dobra – niech będzie zabytkowy młyn wodny. Poszedłem więc do młyna, ale Maryny, niestety, w nim nie było.

Z kolei w pałacu w Wojnowicach (zwiedzanie dopiero po telefonicznym lub mailowym umówieniu) jest jednocześnie Muzeum Horroru (całe pół godziny zwiedzania) i Muzeum Dawnej Wsi. A przecież czy to nie to samo?

W Raciborzu rocznicę 4. czerwca świętował, kto żyw. I biblioteka, i Biedronka. Szkoda, że Prezes akurat się rozchorował… Mógł wpaść i tu, i tu. Nie wiem, gdzie by wolał.

W Katowicach miły zwyczaj – klepsydra zwrotna. Nie tylko, że „odszedł najukochańszy…”, ale również, że miło było, iż ktoś się na pogrzeb pofatygował.

Z posługą

Jesteśmy ze Słowem Bożym w Raciborzu. Owszem, upewniliśmy się wcześniej, że pensjonat ma Wi-Fi. I ma, tylko tak wątłe, że ledwo można nadać dwa słowa mailem. O zdjęciach ani mowy. Więc cała sprawozdawczość po powrocie. Dziś był Bytom i Gliwice, jutro Ostrawa, Brno, Praga i Hradec Kralove, skoro już los rzucił nas w te strony.

Pieniactwo

Z dzisiejszej łazęgi drzewa, które najlepsze lata wydają się mieć już za sobą. Czuję z nimi przedziwną więź…

Skończyłem odsłuch „Zabójczej pamięci” Kena Folletta o zimnej wojnie przy okazji wystrzeliwania pierwszej amerykańskiej rakiety w 1958. W fabule prawie tyle zakrętów, ile ja robię w lesie, jak się zgubię.