Archiwa kategorii: Muza

Lecą bociany

http://www.youtube.com/watch?v=6JsNmmLD07Q

 

To jest ta pora: „Kiedy wiatr mokrej ziemi zapach niósł”… Właśnie zauważyłem, że ziemia zaczyna pachnieć. Lada dzień – siedzimy sobie na miedzy, w roboczych giezłach, jemy z michy i nagle drewniana łyżka zastyga wpół drogi do gęby. Podnosimy lniane czupryny , obracamy oczy na niebo. A tam – bociany. I wtedy zjawia się malarz Chełmoński, wszystko to pięknie maluje. Robią reprodukcje, które zawisną we wszystkich hotelach robotniczych w Polsce.
Czerwone Gitary „Głupia miłość”.

I co z tego?

 

Ponieważ na zajęciach było o moim mieście, więc wiekowa piosenka na temat. Gdzieś przeczytałem, że członkowie zespołu No To Co w ramach popierania towarzysza Wiesława zdeklarowali, ze zbiorowo wstępują do PZPR. O czym napisałem. Odezwali się, oświadczyli, że to nieprawda i zagrozili procesem. Rzecz była nie do udowodnienia, machnąłem ręką… „Ja kocham moje miasto”.

Song o gender

 

Podobno jest był to pierwszy przebój naprawdę globalny. Piosenkę o dziewczynie i żołnierzu, którzy spotykają się na przepustce natychmiast tłumaczono na dziesiątki języków. I śpiewali ją zarówno alianci – w tym Polacy – jak i hitlerowcy. A Marlena Dietrich to był gender tamtych czasów. Nosiła smokingi, cylindry, paliła cygara, jednakowo lubiła chłopczyków i dziewczynki. „Lili Marleen”.

Taniec chocholi

 

Uroczy bibelot, o którym zapomniałem całkiem. Łubudubu, przy którym chętnie kiwaliśmy się na potańcówkach. A tańczyło się wtedy bardzo nowocześnie. Żadne tam pary. Stawało się w kółeczku i każdy na własną rękę wyrażał swoją ekspresję ruchową w nawiązaniu do zapodawanej muzyki. Tak to było wyrafinowane. Kenny –  „Julie Anne”.

Szczekaczka

 

Stara ballada Eltona Johna. Zawsze przypominała mi, nie wiem dlaczego, manierę wykonawczą Skaldów. Pamiętam, że jedno z tłumaczeń tekstu na polski oddawało frazę: „The dogs of society howl” jako: „Społeczne psy szczekają”. „Yellow Brick Road”.

Dzwonki

http://www.youtube.com/watch?v=t5W7RB_lscw

 

Niech się ten dzień zakończy klasycznie. Zadajmy sobie „Tubular Bells” Mike’a Oldfielda. Pamiętam, jak usłyszałem to po raz pierwszy. Dotknęło mnie żywym ogniem. Posłuchałem, a potem nie umiałem się z tym uładzić. Nosiło mnie. Obok akademika, w którym mieszkałem, było sztuczne jezioro Malta (dziś jakiś tor kajakowy…). Więc ja pakowałem do łba te „Dzwony rurowe” i szedłem dookoła jeziora. A w głowie odwijała mi się taśma, która kończyła się akurat wówczas, gdy kończyłem obchód. A potem to było mnóstwo razy, przy różnych jeziorach, niekoniecznie sztucznych. Więc..!