Archiwa kategorii: Filmy konieczne

Jestem mordercą

Kino gatunkowe. O próbach schwytania wampira ze Śląska w latach 70. Najciekawszy jest ten milicjant, który robi na tym karierę i potem – jak dostał mieszkanie – zaczyna mu być obojętne, czy złapał właściwego sprawcę, czy nie. Arek Jakubik, ale bardzo mało do zagrania.

Jestem mordercą, reż. Maciej Pieprzyca 2016

Toni Erdman

Z Romkiem Rogowieckim nagraliśmy rozmowę o filmie „Toni Erdman” dla Radia dla Ciebie. Taką mniej więcej:

– Wiesiek, wynudziłem się śmiertelnie na pokazie filmu „Toni Erdman” autorstwa niemieckiej pani reżyser nazwiskiem Maren Ade. A ty mi mówisz, że to dzieło zostało uznane przez Europejską Akademię Filmową za najlepszy film roku 2016. W tej sytuacji ja już nic nie rozumiem.

– Romek, po pierwsze miałeś święte prawo się wynudzić, bo film trwa dwie godziny i 40 minut, czyli o godzinę dłużej niż standardowa pozycja kinowa. Po drugie jest to dziełko takiej konstrukcji, że równie dobrze można ją streścić w kwadrans, co ciągnąć przez pięć godzin. Jak oglądałem, to też odchodziłem od ekranu komputera, aby podlać pelargonie, wyprowadzić Burka na spacer, napisać pięć zaległych maili, wziąć prysznic, a i tak nie uroniłem niczego z myślowego i artystycznego zasobu dzieła.

– No więc co? Czy ta Europejska Akademia Filmowa nagradza filmy za długość?

– Europejska Akademia Filmowa nagradza filmy za europejskość. Po to została stworzona w roku 1988 z inicjatywy samego Ingmara Bergmana, a jej pierwszym przewodniczącym był Wim Wenders, reżyser niemiecki, o którym zapewne słyszałeś. Też dziwak, jeżeli oglądałeś, powiedzmy, „Lisbon Story”, gdzie marzyło mu się, by operator fotografował stolicę Portugalii mając kamerę umieszczoną na plecach. Bo Lizbona wie, kiedy jest podglądana i bardzo tego nie lubi.

– Może ja się za bardzo nie znam, ale to są jakieś dziwactwa. W Ameryce  ta historia, którą opowiada „Toni Erdman” zostałaby załatwiona w pół godziny i pokazana na festiwalu kina amatorskiego w Sundance. I może nawet wyjechałaby stamtąd z nagrodą. Ale to wszystko.

– Widzisz, a u nas to wchodzi do kin i to jeszcze z etykietką najlepszego filmu na kontynencie. I będzie miało swoich widzów. Dlaczego?  Bo my tu, w Europie, mamy swoje własne podcienie, własne tematy, własny, odrębny styl narracji. Jak oglądasz popularne produkcje amerykańskie, to w jednym filmie facet robi napad na bank, w drugim policja go ściga, w trzecim uciekinierowi pomaga dziewczyna, a w czwartym go łapią. Historyjka jest liniowa jak komiks za dziesięć centów.

– Ależ ja rozumiem, że my tu, na Starym Kontynencie, lubimy się zadumać, pójść w głąb. Ale to jedno.  A nuda i mnożenie epizodów, które nic nowego do fabuły nie wnoszą – jak w filmie „Toni Erdman” – to drugie.

– Z tym, ze to bardzo trudno oddzielić. Na podobnej zasadzie zarówno bardzo europejskie jak i stosunkowo nudne były filmy, które Europejska Akademia Filmowa nagradzała w latach poprzednich. Przypomnę, że dwa lata temu najlepszym europejskim filmem fabularnym okazała się nasza „Ida” Pawła Pawlikowskiego. I wyobrażasz sobie, że w dolnej Saksonii, w kraju Basków albo w okolicach Edynburga widzów kinowych kręci opowieść o zakonnicy żydowskiego pochodzenia na jakiejś polskiej prowincji w czasach środkowego Gomułki? Może tak, może nie. A przecież ta Polska istniała i też domaga się uwagi, podobnie jak problemy Basków czy mieszkańców okolic Edynbugra. Nie jest powiedziane, że zarówno Baskowie jak i mieszkańcy Edynburga czy Sochaczewa muszą się wszyscy jednakowo interesować ciężką dolą gangsterów z Bronksu. A nie sobą nawzajem. A co do nudy, to nie narzekaj. Bo jeżeli nie oglądałeś nagrodzonego przez Akademię w roku 2013 filmu „Wielkie piękno” Paolo Sorrentino, to nic nie wiesz o nudzie.

– W kwestii nudy, czy raczej braku poszanowania dla czasu widza kinowego, chcę powiedzieć, że film „Toni Erdman” opowiada o ojcu, który jest wesołkiem i kawalarzem i o jego córce, która jest porządną urzędniczką. I o tym, że te skrajności się przyciągają. I to w filmie zostało powtórzone ze 20 razy, a powinno było być powtórzone najwyżej trzy razy.

– Tu się zgadzam, choć jakoś nie słyszałem, żeby ci przeszkadzało, że każdy następny odcinek – powiedzmy – „Szybkich i wsciekłych” jest powtórzeniem poprzedniego w 80%. Ale teraz pójdźmy dwa kroki w głąb tej filmowej historii.

– Dobrze, uporządkujmy to. Najpierw ten zwariowany tata.

– Otóż  Peter Simonischek gra Winfrida, typa zdecydowanie sękatego, zwalistego, chciałoby się powiedzieć gorylowatego z tymi jego wiecznie wyszczerzonymi zębiskami, małpią gęba i fura kłaków na głowie. Facet jakby żywcem wyjęty z jakichś „bawarskich przypadków”. Numerant. Według Winfrida żyć to znaczy dobrze się bawić, być w humorze, mieć zwis na wszystko. Jest to zresztą najczęściej humor koszarowy, typu: bęc w czoło i jest wesoło. Nadpobudliwy, jak dzieciak z ADHD, jakiś taki chaplinowski typ, jak z komedii slapstickowej w tej swojej wiecznie za dużej marynarce. Kopnął się do Bukaresztu, gdzie niemiecka firma, w której pracuje jego córka, instaluje swoja filię. I – co ciekawe – łyknął tam bardzo niewiele miejscowej egzotyki. Dlaczego? Bo porusza się głównie po niemieckiej firmie, po biurze, na firmowych drinkach i rautach. Okazuje się, że Bukareszt to z punktu widzenia niemieckiej firmy to nie miasto o starej kulturze, własnych zabytkach, szacownej historii, ale wysunięty przyczółek niemieckiej gospodarki. A zamieszkują go jacyś tubylcy, czyli  lokalni nabywcy niemieckich usług, produktów, którym trzeba wcisnąć niemiecki system wartości i korporacyjny styl życia.

– No właśnie. Okazem takiej korporantki jest córka tego starego wariata.

– Jego córka Ines – to hiszpańskie imię zresztą wyjątkowo tu nie dźwięczy – a gra ją tak zwana zimna blondyna Sandra Huller, to korporacyjna szczurzyca.  Wpisana w swoja firmę jak jeszcze jeden element puzzla w całą układankę. Przede wszystkim przesadza z całym tym dress codem – wiecznie wbita jak nie w tę to w inna garsonkę, jak nie przymierzając Angela Merkel. Pozapinana pod szyję, jak by nosiła mundur, a co najmniej jak by pracowała za okupacji w służbie pomocniczej kobiet. Praca w korporacji jest jak dzień w koszarach – wszystko nudne, powtarzalne, ceremonialne, konwencjonalne. Narada operatywka, szkolenie, lunch, brunch, prezentacja, power point. I tak do emerytury.

– No i teraz morał: ona powinna wrzucić na luz, a on powinien się lepiej pozapinać. I na ten morał czekałem w kinie dwie godziny i 40 minut.

– Ale było warto. Z tym, że – Romek – ja bym nie wiedział, jak ten morał zastosować do Ciebie. Bo jesteś typem niejasnym, migotliwym, ambiwalentnym. Film o Tobie musiałby trwać najmarniej ze cztery godziny, a i to nie byłbym pewien morału: czy powinieneś raczej wrzucić na luz, czy raczej się pozapinać. Ale jednego jestem pewien czterogodzinny film o Tobie na pewno zasługiwałby na nagrodę Europejskiej Akademii Filmowej!

Ardeny / The Ardenes

Belgia, dwaj bracia ze slumsów (pracują w myjni samochodowej) romansują z tą samą kobietą. Mały realizm. Tak mały, że aż ciasny. W dodatku oglądałem w samochodzie, gdy Dorota robiła zakupy w Marx & Spencer w Warszawie, bo niebawem firma znika z Polski.:

Ardeny / The Ardenes, reż. Robin Pront 2015

Dziesiątka ze świata

Z Romkiem Rogowieckim z radia RDC rozmawialiśmy dziś mniej więcej tak:

– Wiesiek, poprosiłem cię, żebyś zestawił dziesięć najbardziej interesujących – twoim zdaniem – filmów mijającego roku.

– A ja się, Romek, od tego wykręcam, przynajmniej częściowo, bo nie uważam, bym był tak ważny, żeby jakieś dziesiątki zestawiać, albo i nie zestawiać. W kwestii filmu wolałbym nie być najmądrzejszym w całej wsi.

– Jak chcesz. No to zobaczmy, jak te najlepsze filmy typowali inni. Zacznijmy od góry, od Oscarów.

– Tak już lepiej. Więc – tegoroczne Oscary. Statuetka za najlepszy film powędrowała do twórców filmu „Spotlight” w reżyserii Toma McCarthy,ego, o tym jak dziennikarze bostońskiej gazety trafiają na ślad rozgałęzionego skandalu pedofilskiego w tamtejszym kościele katolickim. Kino oszczędne w wyrazie, zdyscyplinowane choć przejmujące. Jeszcze jeden film z bogatej amerykańskiej kolekcji, jak to jakaś skromna instancja najwyższym wysiłkiem, ale w koncu jednak dochodzi do prawdy.

– Ale statuetkę za reżyserię dostał autor innego filmu.

– Za najlepszego reżysera uznano twórcę filmu „Zjawa” , Alejandro Gonsalesa Inarritu. Ta „Zjawa” to może nie najlepszy w karierze reżysera pochodzenia meksykańskiego, wyzej ceni się jego obrazy „Birdman”, czy „Babel” , a zjawa to tylko klimatyczny, dośc typowy revenge movie, film o zemście . Jak kto sobie nie wyobrażał  Leonardo DiCaprio z brodą, to była okazja, żeby się napatrzeć.  Ów amant i galant tym razem w roli trapera, polującego w zaśnieżonych górach na niedźwiedzie. Jeden z nich go zranił, ale to nie on okazał się najgroźniejszy. Dotłukli go dwaj koledzy po fachu, którym zapachniała forsa myśliwego, co to już na pewnym wycugu. I przyjaciel, który zostawił go w górach na pewną śmierć. Ale  traper ma twarde życie. Wykaraskał się i odwinął. Dopadł kumpli i rozliczył. Plus ta kropelka salonowego wdzięku, której Leonardo –  wreszcie długo wyczekiwany Oscar za pierwszoplanową rolę – wyzbyć się nie był w stanie.

– No i boski Leonardo, którego twarzy w tym filmie prawie nie widać, bo cały czas ciemno i nosi brodę w końcu dostał tego upragnionego Oscara.

– Cóż, nie pierwsza to i nie ostatnia ryzykowna decyzja Amerykańskiej Akademii Filmowej.

– No dobrze, a jak oceniasz Oscara dla filmu nieanglojęzycznego?

– Oscara dla najlepszego filmu nieanglojęzycznego odebrał węgierski reżyser obrazu „Syn Szawła”, Lászlo Nemes. Jego film to Holocaust w kolejnej odsłonie. Mocnej, naturalistycznej, jak obozowe opowiadania Tadeusza Borowskiego. Ów Szaweł to węgierski Żyd, członek sonderkomanda obsługującego piece krematoryjne w Birkenau. Na jego oczach mordują małego chłopca. I wtedy coś w nim pęka: nie rzuci zwłok na stertę, jak czynił to tysiące razy. Uprze się, żeby dzieciaka pogrzebać jak nakazuje żydowski zwyczaj – z modlitwami, rabinem… Tu? Przy krematorium? Przecież to absurd! A jednak dopnie swego, na chwilę zatryumfuje nad tą fabryką śmierci. Na chwilę. A potem mogą go spalić.

– Skoro biegniemy według klucza laureatów, to przypomnijmy, kto zdobył Złotą Palmę w Cannes.

– Złota palma przypadła reżyserowi brytyjskiemu, weteranowi tamtejszego kina społecznego, zaangażowanego, Kenowo Loachowi za film „Ja, Daniel Blake”. Jak często  u Loacha w roli oskarżonego staje państwo z jego bezduszną machiną urzędniczą. Bo tytułowemu Danielowi jeden urzędnik mówi, że koniecznie powinien przejść na rentę (stan zdrowia!), a drugi mu tej renty kategorycznie odmawia. Może Daniel by się nawet załamał (cały czas chowa dla siebie stryczek  na wszelki wypadek), tyle że spotyka matkę dwójki dzieci, która jest w jeszcze gorszym położeniu niż on. Jak połączą dwie swoje niedole, to wprawdzie funtów im od tego nie przybędzie, ale od razu robi się jaśniej na świecie.

– No dobrze. Może wystarczy tych laureatów. Dołóż coś od siebie. Może „Nienawistną ósemkę” Tarantino?

– Może. O każdym kolejnym filmie, który wychodzi spod jego ręki mówi się „nowy Tarantino”. Z nadzieją, że tym razem to już na pewno drugie „Pulp Fiction”. Otóż nie! Przynajmniej nie tym razem. „Nienawistna ósemka” to western na ośmioro mocno odklejonych od świata szumowin, które śnieżna burza zaskoczyła w zajeździe na odludziu. By nie paść z nudów, zabawiają się rozmowami o swych barwnych kolejach. Co nawet pomysłowo zainscenizowane. Bo twarze nie przylegają do losów, aktorzy do ról, początek opowieści do końca. Krzyżówki, przestawki, przemieszanie. Na opak i na odwyrtkę. Był western epoki polowania na komunistów („W samo południe” 1952), był antywestern  czasów afery Watergate („Pat Garrett i Billy Kid” 1973). A teraz  wszystko kojarzy się ze wszystkim, więc jest western postmodernistyczny.

– A „Boska Florence” z Meryl Streep i Hugh Grantem? Boże, Wiesiek, co się z tobą dzieje, żebym ja ci musiał podpowiadać filmy?

– Wiesz, jak mnie pytają o tych pięc czy dziesięć najlepszych filmów w jakiejś kategorii, to czuję się tak, jak pewnie by się czuła Magda Gessler, gdyby kazać jej wybrać pięć najlepszych zup. Kiedy ona zna 500 najlepszych. Ale jak ktoś jada na przemian grochową i pomidorową, to łatwo mu przyjdzie powiedzieć, że grochowa jest lepsza niż pomidorowa.

– Nie wymądrzaj się. Co z „Boską Florence”?

– Teoretycznie każdy jest pisarzem, skoro nauczył się pisać. Każdy jest poetą, bo kiedyś składał rymowanki dla ukochanej. Teoretycznie. Tymczasem dla Florence Foster Jenkins owo „teoretycznie” nie istniało. Wydaje głos? Wydaje. Więc jest śpiewaczką! Proste. Krytycy rwą włosy z głowy, publiczność turla się ze śmiechu, szydercy szykują owację na stojąco, a Florence bez mrugnięcia okiem: wyje, skrzeczy, zawodzi. A to arię Mozarta, a to kantylenę Purcella. Może sobie pozwolić – jest bajecznie bogata. Na skinienie ma dwór pochlebców, którzy wcisną jej każdy komplement i ocenzurują każdą recenzję. A przecież jej zależy tylko na jednym – na własnym mężu. Zestarzała się i dobrze wie, że nie zanęci go już ani powabem ciała, ani porywami serca, ani klasą umysłu. Więc może chociaż śpiewem? Bo jak nie, to zostaje tylko „Requiem”. Mozarta, oczywiście.

– No i, Wiesiek, coś, co mnie by się spodobało.  

– No, Romek, nic innego jak tylko „Epoka lodowcowa 5. Mocne uderzenie”. Wiem, że uwielbiasz jak Wiewiór ciągle ugania się za orzeszkiem… Tym razem zapędził się w kosmos, gdzie tak nawywijał, że nakierował na Ziemię wielki meteor. I teraz tygrys Diego z kolegami muszą coś z tym zrobić. Więc jakoś ugłaskać tsunami, deszcz meteorytów, płomienne pioruny. Co z jednej strony jest przygodą, a z drugiej układa się w przejrzysty wykład z astrofizyki. Romek, po prostu uwielbiam patrzeć, jak w kwestii astrofizyki bierzesz korepetycje od Wiewióra. Ten widok jest wart każdych pieniędzy.