Archiwa kategorii: Filmy konieczne

Syn Szawła / Son Of Saul


Po raz trzeci. Kwestia lagrowania (jak u Borowskiego) i odporności na nie. Członek sonderkomanda, który na co dzień ogląda ludzi jako przyszłe i obecne zwłoki zaświadcza, że człowiek to nie tylko ciało do spalenia. Jest tylko on i cała – celowo rozmyta – reszta w tle.

Syn Szawła / Son Of Saul, reż. Laszlo Nemes 2015

„Captain Fantastic”

Rozmowa o filmie „Captain Fantastic” w RDC brzmiała mniej więcej tak:

– Wiesiek, mamy dziś na tapecie film „Captain Fantastic” Matta Rossa. Punkt wyjścia jest tu taki: ojciec z kilkorgiem dziećmi żyje w głębi lasu w komunie hipisowskiej.

– I rzecz staruje od pasowania syna na mężczyznę, a do tego uprawnia podejście przez chłopaka jelenia i poderżnięcie mu gardła.

– Trochę to było mało hipisowskie, jak na mój gust.

– I ze sceny na scenę mamy wykładniczo podane, na czym polega edukacja młodego pokolenia w tej komunie. Oczywiście wszystko przemieszane ze wszystkim, w dodatku często jest to towar mocno przeterminowany.

– W pewnym momencie ojciec przestaje nadążać za ewolucją ideologiczną syna. Przedwczoraj był marksistą, wczoraj trockistą, a dziś jest już maoistą.

– Poza tym dzieciaki czytują na przemian „Braci Karamazow” i uczą się esperanta. Słuchają „Wariacji Goldbergowskich” Bacha w szalenie wówczas modnym wykonaniu kanadyjskiego geniusza fortepianu, też trochę szurniętego zresztą, Glena Goulda. Cytują Noama Chomsky’ego. Tu przypominam młodszym, że to amerykański psycholingwista, szalenie modny w latach 60-tych i 70-tych właśnie w kręgach cyganerii naukowej i co bardziej zakręconych studentów. Rzucają hasła w rodzaju: „Power to the peolpe!”

– Co nam przypomina piosenkę Johna Lennona.

– Nie tylko piosenkę, Romek. Właściwie całego Lennona z czasów jego solowej kariery w latach 70. Z czasów tych wszystkich refrenów, które nadawały się bardziej do skandowania na wiecach niż do śpiewania, z tych „All we are saying, is give peace the chance”, „Woman is a nigger of the Word” i podobnych.

– Nawet z tym najsłynniejszym: „You can say I’m a dreamer, but I’am not the Orly one”.

– Ale to nie były tylko refreny. Lennon rzucił wówczas na szalę cały swój autorytet muzyczny i nie tylko muzyczny, by podtrzymać ideały typu „Peace & Love”. Problem w tym, że już było „after birds”, po ptakach. Jako tako kumaci uczestnicy największego spontanicznego zgromadzenia w dziejach ludzkości na farmie Bethel pod miejscowością Woodstock, obmyli się z błota i pozasiadali za ważnymi biurkami. Oczywiście na tym biurku trzymali swoją fotografię – na niej facet z długimi włosami, z gitarą i w koralikach. Ale i tak powszechnie było wiadomo, że facet, który trzyma na biurku zdjęcie z Woodstock, jest największym zimnym sukinsynem w całej korporacji. Ale ta hipisowska czkawka odzywała się i odzywa w kulturze amerykańskiej regularnie, żeby pozostać przy jeszcze jednym przykładzie. Oto reżyser czeski Milos Forman wyemigrował do Stanów i bardzo mu się te hipisowskie ideały podobały, do tego stopnia, że przeniósł na ekran musical pod tytułem „Hair”, musical z czasów wojny w Wietnamie. Był rok 1979, od Woodstock minęło 10 lat, rzecz niby była mocno przeterminowana, ale – chwyciło. I w Stanach, i na świecie. Bo formacja hipisowska dawno była bladym wspomnieniem, ale sentyment po niej pozostał.

– Film „Captain Fantastic” też się wpisuje w te resentymenty.

– Też, ale jest już odrobinę bardziej trzeźwy. Epoki nam się tu wprawdzie nie zgadzają, ale trudno. To przecież niemożliwe, by ideami hipisowskimi żywić się dziś, czyli w czterdzieści lat po Woodstock, ale załóżmy że to taka elipsa, taka wyrzutnia, po prostu opuszcza się fragment czasu, który jest niewygodny. I w filmie jak najbardziej współczesnym oglądamy coś w rodzaju posthipisowskiego obozu typu survival, który prowadzi ojciec z kilkorgiem dziatwy w różnym wieku. Z jednej strony ideologiczne rozhuśtanie, a z drugiej mordercze treningi i dyscyplina jak na porządnym obozie dla skautów.

– Ale najciekawsze zaczyna się jednak wtedy, kiedy z tego lasu trzeba wyjść. I rodzina hipisów musi się zmierzyć z realnym światem.

– Tak, to jest clou historii, rozegrane zresztą na wielu registrach. Najpierw na wesoło. Ot, rodzina – ta z realnego świata – zarzuca Benowi, ojcu, w tej roli niezły, choć nie porywający Vigo Morgenstern, że nie zapewnia dzieciom właściwej edukacji. I następuje konfrontacja. Jego całkiem mała córeczka, wychowana w lesie, pięknie recytuje i omawia „Bill of Rights”, te fundamentalne dla każdego Amerykanina 10 pierwszych poprawek do konstytucji. A dzieciaki z miasta, z regularnych szkół, coś tam bąkają bez sensu.

– Śmiesznie od biedy jest wtedy, gdy okradają supermarket w ramach hipisowskiej „mission” pod kryptonimem „Free the Food”.

– I jeszcze może wtedy, gdy Ben defiluje całkiem nagi po campingu i przechodzącym staruszkom tłumaczy : „It’s just a penis!? I jeszcze, gdy jego syn pocałował poznaną przed chwilą dziewczynę już się jje oświadcza, bo chce się okazać odpowiedzialny itd.

– Ale śmiesznie przestaje być, gdy to hipisowskie stadko jedzie na pogrzeb matki i żony.

– Tu już zaczyna być troszkę śmiesznie i troszkę strasznie, co jest nieuchronne, jeżeli konfrontacja świata hipisowskiego ze światem realnym ma być przekonująca. Otóż matka tego stadka zapadła na depresję, po czym popełniła samobójstwo. Z domu była WASP, więc i pogrzeb odbywa się zgodnie z protestancką ceremonią. I wtedy zjawia się ta rodzinna czereda w hipisowskich wdziankach i czyta testament, z którego wynika, iż mam nie była protestantką, lecz buddystką, nakazała się nie pogrzebać, lecz spalić.

– I wyraźnie zażyczyła sobie, żeby jej prochy rozsypać nie – powiedzmy- na brzegu morza o zachodzie słońca, lecz, by wsypać je do klozetu.

– I po wielu korowodach do tego dochodzi. To jedna z najmocniejszych scen filmu. Prochy zostały wsypane do muszli, wokół muszli pogrążona w smutku rodzina. Jedno z dzieci mówi: „Good Bye, Mummie!” i spuszcza wodę. A wcześniej, oczywiście, odbywa się spalenia zwłok na stosie w stylu, jaki oglądaliśmy na filmach o Indianach.

– No i zbiorowo śpiewają song „Sweet Child Of Mine” zespołu Guns N’ Roses.

– Ale to jest pieśń pożegnalna, bo powoli, krok za krokiem, trzeba się będzie z tym hipizmem żegnać. Co zresztą świadczy i o mądrości bohaterów filmu i o rozsądku jego realizatorów. Ci stanęli na stanowisku, że hipisi jednak powinni się asymilować, nie ma co kopać się z koniem, czyli współczesnym społeczeństwem. Pozostawanie Amiszem to droga donikąd. Dlatego golą brody, przycinają długie włosy. A ten najzdolniejszy syn jedzie na Harvard.

– Z tym, że ojciec na odchodne daje mu naszyjnik hipisowskich koralików.

– Bo co by nie powiedzieć, Woodstock w pewnym sensie trwa i nie śkonczy się nigdy. Ale tylko w pewnym sensie…

Alojzy / Aloys


Aloys. Pod pięćdziesiątkę. Pochował ojca, zdjęcie w trumnie. Wyizolowany, odgradza się, słuchawki na uszach. Prywatny detektyw. Na zlecenie. Nagrywa, podsłuchuje. Fotografuje z ukrycia. Bez kontaktu z sąsiadami, odcina się. Puste mieszkania, puste biura, parkingi, puste osiedla. Obiad od Chińczyka popija wódką. Klienci nie wyglądają na zamożnych. Z życia tylko to, co na taśmie. Rankiem budzi się po przepiciu na pętli samochodowej. Ukradli mu kamerę i kasety. Odzywa się kobieta, burzy jego kruchy porządek. Ona przejmuje inicjatywę. Śledzi go, fotografuje z ukrycia, ma przewagę. On czuje się osaczony, nie wiadomo, czego kobieta chce. Na ceremonii pogrzebowej ojca tylko on, ksiądz i jakiś personel. Po sąsiadce samobójczyni odziedziczył legwana. Sny, halucynacje, w nich on w lesie. Może pogrąża się w szaleństwie. Otaczają go ludzie, nie jest pewien, czy rzeczywiści. Mieszkanie zmienia się w palmiarnię. To metafora jego przemiany? Zjawiają się ludzie z taśm.

Alojzy / Aloys, rez. Tobias Nölle 2016

Pasażerowie / Passengers


Sytuacja biblijna. Para rozpoczyna wspólne życie w jakimś „nigdzie” – na statku żeglującym ku planecie podobnej do ziemi. Załoga i osadnicy zahibernowani. Statek ma stłuczkę z meteorytem i jeden z osadników zostaje wybudzony. Wybudza kobietę, w której się zakochał i po licznych perypetiach, wiedząc, że nie doczekają przylotu na planetę, decydują się na wspólne życie w warunkach, jakie są. Gdyby to skrócić o pół godziny…

Pasażerowie / Passengers, reż. Morten Tyldum 2016

Z Romkiem Rogowieckim o filmach w radiu RDC

„T2: Trainspotting”

– Wiesiek, mamy dziś na rozkładówce kontynuację kultowego filmu brytyjskiego „Trainspotting”. Z tymi sequelami rozmaicie bywa. Jak poszło tym razem?

– Za sequele udanego filmu biorą się potem różni fachowcy, czasem z rezultatami opłakanymi. Tu jednak mamy nieco inną sytuację. Za kontynuację pierwszego „Trainspottingu”, tego z roku 1996, odpowiedzialni są ci sami fachowcy: scenarzysta John Hodge i reżyser Danny Boyle. Kariera tego ostatniego od tamtych czasów poszybowała szczególnie wysoko. Nakręcił oscarowego „Slumdoga. Milionera z ulicy”, obsypany nominacjami film „127 godzin”…

– No i dwa lata temu filmową historię Steve’a Jobsa.

– A teraz wiedziony nostalgią wraca do obrazu, który go stworzył dla kina. Film też jest o nostalgii. „To nostalgia jesteś turystą we własnej młodości” – słyszy Renton, w tej roli Ewan McGregor, który po 20 latach wraca na stare śmieci, do Edynburga. Bo film opowiada o spotkaniu dawnych kumpli po dwóch dekadach.

– Tylko, czy to ma sens. Czy wnosi coś nowego? Bo to może być tak, jak dzieje się czasem w światku rockowym, który ja z kolei znam lepiej. Jak się skończyły pomysły, a co gorsza, jak się skończyły pieniądze, to się skrzykuje starą ekipę i rusza w trasę. Może ktoś jeszcze zechce wydać na nas parę dolarów. Albo złotych.

– No tak, sytuacja jest delikatna. Bo pierwszy „Trainspotting” był manifestem odróżnienia się, autoidentyfikacji, nawet buntu pokoleniowego. Pamiętasz tę scenę otwierającą opowieści o narkotykowych przygodach kolesi, którzy zamiast kariery wybrali heroinę i wegetację w pustostanach? Ewan McGregor, filmowy Renton, wieje przed policją i powtarza sobie całą litanię bardzo pozytywnych działań, które powinien podjąć, aby – jak to powtarzają wszyscy przyzwoici obywatele dookoła – wybrać życie.

– On powtarza te wyliczankę po to, żeby się upewnić, czy pamięta wszystko, co go u tych przyzwoitych Szkotów tak wkurza. Sporo tego.

– Bo on wybiera heroinę. Pewna panienka tłumaczy tam dlaczego. Bo „Hera to orgazm pomnożony przez tysiąc”. Inne przyjemności, jakie funduje brytyjskie społeczeństwo, są bez szans. Ta czwórka kumpli ciągle obserwuje tych rodaków poukładanych, z przyszłości, z polisą ubezpieczeniową, w trakcie joggingu, spacerku z pieskiem, w przerwie na lunch.

– Ale wszystko po to, by się odgrodzić. Pod hasłem: wszystko, byle tylko nie skończyć jak oni.

– Trainspotting 2 również zaczyna się od biegu i też biegnie Ewan McGregor, tylko nie w panicznej ucieczce przed policją, lecz truchta sobie po elektrycznej bieżni eleganckiego klubu fitness w Amsterdamie. Widać, że dba o zdrowie i unormowany poziom cholesterolu. Kiedyś – nabijałby się z takich fagasów. Ale to było dawno, zmądrzał. Z tym, że niespodziewane okoliczności zmuszają go, by wrócił do tego nieszczęsnego Edynburga, i by się skonfrontował z dawnymi kumplami.

– Ostatecznie kumplami, których na koniec wtedy oszukał.

– I którym powiodło się marnie, choć właściwie trudno to tak nazwać. Oni przecież nigdy nie celowali w jakąś szczególną karierę, pozycję, w wielkie pieniądze. Liczyła się draka, bycie „cool” i kolejny strzał w kanał. I teraz jeden z nich, Spud, też żyje od jednej dawki do następnej, inny koleżka, zwany Sick Boy, utrzymuje się z drobnych kradzieży, a kolejny siedzi w wiezieniu w warunkach recydywy. Co było do przywidzenia.

– McGregor to przy nich gwiazdor.

– Nawet w podwójnym znaczeniu. Bo i filmowy Renton jakoś tam się z życiem uładził i McGregor, aktor, który go gra, też mocno odskoczył od swych kolegów aktorów z tamtego filmu. Co roku, stabilnie gra w co najmniej trzech znaczących obrazach. Koledzy z planu przepadli.

– Ale przecież nie chodzi w filmie tylko o spotkanie starych kumpli, o jakiś zjazd klasowy. Pierwszy „Trainspotting” był świetnie osadzony w środowisku tych zbuntowanych lumpów z wielkiego miasta. Był ogromnie wiarygodny. A ta kontynuacja?

– A kontynuacja, niestety, dzieje się nigdzie. To znaczy niby w tym samym Edynburgu, ale w miejscach jak dyskoteka, czy bocznica kolejowa gdzieś na przedmieściu, a podobne obiekty mamy wszędzie. No i byli kumple coraz mniej przebywają w realu, a więcej na Facebooki, na Twitterze, na Snapchacie, a więc w świecie alternatywnym. Wprawdzie mówi się raz po raz a to o napływie emigrantów z Europy Wschodniej i chłopaki kochają się nawet w jednej ślicznej Bułgarce, mówi się funduszach unijnych, gada się o gentryfikacji, czyli wykupywaniu w takim Edynburgu całych dzielnic tradycyjnie proletariackich przez deweloperów, którzy budują tu teraz luksusowe apartament owce dla Upper Middle Class.

– Ale to wszystko brzmi raczej jak referat.

– Albo jak pogwarka w przerwie na kawę czy papierosa. Tak pewnie rozmawiali Anglicy w po biurach w przededniu referendum na temat brexitu. Z tym, że pamiętajmy, iż Szkoci byli zasadniczo przeciw.

– No więc co? Oglądamy kolejny film o tym, że bunt się wypalił? Że hipisi wrócili grzecznie z Woodstock i usiedli za biurkami w korporacjach?

– Nawet nie to. W filmie Danny’ego Boyle’a nie ma jakichś tragicznych podsumowań, nie mamy poczucia, że ktos tu zdradził, jak Renton, którzy wskoczył w papcie klasy średniej, a Sick Boy pozostał tam, gdzie był i ciągle grzeje tę herę. Bo temu Rentonowi tak bardzo znowu się w życiu nie powiodło. A kolesiom, którzy się szprycują chemia dostarcza też coraz mniej przyjemności, bo organizm się uodpornił.

– Więc co? Wszystko rozlazło się w szwach?

– Żebyś wiedział. Cały ten ówczesny bunt, całe to późniejsze życie jest jakieś bez smaku, bez zapachu. I kolesie znowu mogą siedzieć i gapić się godzinami na przejeżdżające pociągi. Bo i tak do żadnego już nie wsiądą. Życie ich ominęło.

Sztuka kochania. Historia Michaliny Wisłockiej

Rozmowa z Romkiem Rogowieckim o filmie „Sztuka kochania” w Radiu Dla Ciebie wyglądała mniej więcej tak:

– Wiesiek dane z box office’u pokazują, że  „Szuka kochania” o Michalinie Wisłockiej był u nas najchętniej oglądanym filmem w końcu stycznia i niebawem bez problemów zdobędzie milion widzów.
– Jakoś się nie dziwię. Nasza widownia reaguje prawidłowo. I jest bardzo zainteresowana, gdy na ekrany trafiają nie kolejni bohaterowie, którzy polegli w malowniczych okolicznościach, lecz nasi wybitni rodacy, którzy pomagali Polakom żyć – w możliwie dobrym zdrowiu i samopoczuciu. Niedawno mieliśmy niezły film o profesorze Relidze. Warto  przypomnieć, że obraz Łukasza Palkowskiego „Bogowie” o profesorze Relidze obejrzało  w sumie ponad 2 miliony kinomanów.
– Słyszy się, że film o Wisłockiej z Magdaleną Boczarską jest – powiedzmy – dość pikantny. Ale film, który za chwilę będzie na naszych ekranach, zatytułowany „Ciemniejsza strona  Greya” też jest ponoć pikantny. Czy na Wisłocką i na Greya pójdzie ta sama widownia?
– Przypuszczam, że wątpię, jak mawiał pan Piecyk z felietonów Wiecha. Historie o Greyu i jego panience to erotyzm dla Koła Gospodyń Wiejskich, niczego paniom gospodyniom  nie ujmując. W filmie o Wisłockiej chodzi o coś innego. To jest opowieść o tym, jak sferę erotyki traktowano w PRL-u, w takim dziwnym kraiku, gdzie ludność żyła pod ciśnieniem dwóch ideologii: marksistowskiej i katolickiej. One były z gruntu sprzeczne we wszystkich niemal dziedzinach, ale w co najmniej jednej były zadziwiająco zgodne – w tym mianowicie, że życie seksualne społeczeństwa powinno być bardzo ściśle kontrolowane, rozliczane, reglamentowane, że łapę powinny trzymać na nim twardo Kościół i państwo jednocześnie.
– No tak, ale ani Kościół, ani państwo jakoś nie bardzo rwało się do tłumaczenia wyznawcom i obywatelom, co właściwie z tym całym nieszczęsnym seksem począć. Czym się to je.
– Otóż to. Obie te instancje robiły co mogły, aby wszystko, co związane z szóstym  przykazaniem zepchnąć w sferę półmroku, domysłu, intuicji. To znaczy w praktyce chodziło o to, aby chłopcy – jak to bywało u nas od zawsze – dowiadywali się, do czego służy to, co noszą w portkach od kolegów przy trzepaku. A dziewczęta miały pojmować to czy tamto z szeptanych informacji, pochodzących od starszych koleżanek, które też dowiadywały się tego co niezbędne od starszych koleżanek. I ten refren w filmie o Wisłockiej nieustannie powraca: zepchnąć cały ten seks z pola widzenia, zamilczeć udawać, że czegoś takiego nie ma tak długo, jak tylko się da. W filmie raz po raz powtarzają to zgodnych chórem: sekretarze partii, księża, wydawcy, lekarze, właściwie wszyscy.
– I na to wszystko ta Wisłocka ze swoim manifestem. Co to był za manifest.
– Bardzo prosty i jak na dzisiejsze czasy dość oczywisty: człowieku, zdaj sobie wreszcie sprawę, że jesteś istotą seksualną. Że takim chciała cię mieć natura, ewolucja, czy co tam jeszcze – jak głoszą partyjni. I takim chciał cię mieć Pan Bóg, który cię stworzył, jak głoszą księża z ambon. Więc – nie działaj wbrew naturze ani wbrew Panu Bogu. Tylko – po pierwsze: przyjmij do wiadomości, że jesteś tą istotą seksualną, nie próbuj tego przemilczeć czy marginalizować. A po drugie: naucz się tę swoja seksualność obsługiwać zgodnie z tym, jak tę seksualność w tobie zaprogramowała ewolucja czy Pan Bóg, jak wolisz.
– Wisłocka w filmie powtarza zresztą raz po raz, że jej książka to nic innego, tylko instrukcja obsługi tych popędów, które w nas drzemią.
– I czy tego chcemy, czy nie, będą musiały znaleźć ujście. Problem w tym, by nauczyć się je kontrolować, by to wszystko poszło w jakąś sensowną rynnę. Jakoś nikt nie ma nic przeciwko temu, by wydawać poradniki, jak człowiek powinien obsługiwać własny mózg, jak obsługiwać żołądek, czyli jak się odżywiać, jak się troszczyć o oczy, wątrobę i trzustkę, jak pielęgnować ścięgna, żeby za wcześnie nie dopadł nas reumatyzm. Za to wszystkie instancje publiczne i prywatne są bardzo przeciw temu, aby ktoś przystępnie, krok po kroku instruował, do czego służy atrybut damski i atrybut męski. A przecież  Wisłocka w filmie powtarza, że jej nie chodzi o publikowanie jakiegoś śliskiego soft porno pod płaszczykiem felietonów drukowanych w „Przyjaciółce” , a potem zebranych w książkę „Sztuka kochania”. Jej chodziło o to, by wykazać, iż jeżeli będziesz umiał się odpowiednio posługiwać tym, czym i tak będziesz się posługiwał, tylko w ciemno na łapu capu, to po prostu będziesz szczęśliwszy.
– Wisłocka mówi w filmie do pewnego wysoko postawionego księdza, że jej chodzi o to, by ludzie po prostu się nie zdradzali. No tak, ale jednocześnie widzimy, że ona sama przez całe lata żyje w trójkącie.
– Tak, ale tez film tłumaczy dlaczego. Po prostu pożycie z mężem się nie układało. Nie było miedzy nimi erotycznej chemii. W łóżku przyjemności żadnej albo niewielka. W tej sytuacji Michalina decyduje się tolerować fakt, iż jej mąż znajduje przyjemność w pożyciu z „tą trzecią”. I tak sobie żyją pod jednym dachem. Zgoda, mocno to dziwaczne. Ale znowu nie tak bardzo, jeżeli sobie człowiek uświadomi, jak takie sprawy przyjęło się u nas regulować. A u nas przyjęte i tolerowane jest, że jak żonie czy mężowi przyjemności w małżeńskim łożu za mało, to bierze sobie kochankę lub kochanka. Czasem o tym kochanku czy kochance ta druga strona wie albo się domyśla, ale milczy, dla dobra związku, dla dobra dzieci.
–  Znowu – wszystko odbywa się w moralnym półmroku.
– Znowu – to jest kwestia krzywdy, bycia zdradzanym, ignorowanym, nieszanowanym. I pytanie: czy naprawdę lepsze jest zdradzanie współmałżonka przez całe lata, ale po cichu, niż półjawne dzielenie się nim z „tą trzecią”? No, nie wiem, nie wiem…
– W każdym razie film o Wisłockiej stawia sporo pytań. On się wprawdzie rozgrywa w latach 70., ale te pytania chyba się nie zestarzały.
– Na pewno o wiele bardziej warto zastanowić się nad nimi niż stracić dwie godziny na beznadziejnej ramocie  o Christianie Greyu i jego panience.