Asystentka – 3 grudnia 2021

Asystentka, reż. Kitty Green

Szanowni Państwo,
czy zdarza się Państwu poczucie własnej nieważności? Poczucie, że jesteśmy przezroczyści, że nas nie zauważają? Więcej – poczucie niekonieczności, ba nawet zbędności tego, co robimy, by znaleźć swoje miejsce w społeczności, „swój kawałek podłogi”, by zarobić na chleb?

Czy od czasu do czasu nie nawiedza Państwa przekonanie, że jeżeli pewnego dnia wynajdą program komputerowy tylko odrobinę lepszy od tego co jest do dyspozycji dzisiaj, to cała nasza praca straci sens, stanie się historyczna? Z całą naszą wprawą ze zdobywanym przez lata doświadczeniem zawodowym przestaniemy być potrzebni ot tak, z wtorku na środę? Cała nasza droga zawodowa, całe nasze życie, nasza profesja, z której jesteśmy dumni, dołączy do tych zawodów, które zostały dzisiaj tylko wspomnieniem, jak ludwisarz, pasamonik, szychterz, kordybant, olsternik, hafterz, a ostatnio, za naszego życia – choćby windziarz czy operator telefoniczny. Powtarzam pytanie: czy w związku z tym nawiedza Państwa poczucie własnej nieważności?

Jeżeli tak, dobrze się składa, bo mamy właśnie film na ten temat. „Asystentka”, reżyseria Kitty Green, produkcja amerykańska z roku 2019. Film u nas powędrował od razu na płyty DVD i z powodów pandemicznych kina nie pokazywały go wcale, choć na świecie można go było zobaczyć już dwa lata temu.
Ale gdyby wydawało się państwu, że temat pracownika, który jest tylko częścią taśmy produkcyjnej, to jakaś rewelacja naszych czasów, z miejsca uspokajam Państwa przypomnieniem filmu Charliego Chaplina „Dzisiejsze czasy” z roku 1936, w którym Chaplin na swój niepowtarzalny sposób krytykował sprowadzanie pracownika do roli trybika w maszynie – na fali oszałamiającej popularności taśmy produkcyjnej. Trybik bywa głodny, więc nakarmi się go, a jakże, ale tak, by nie robić przestojów. Maszynowo. Popatrzmy.

W naszym filmie punkt wyjścia jest taki, że pewna absolwentka college’u na kierunku organizacja mediów dostaje wymarzoną pracę przy produkcji filmów. Niby jej ścieżka zawodowa rysuje się dość przejrzyście, ale to schemat idealny, wyniesiony z college’u, gdzie realne życie zastępuje się prezentacją w power poincie. Realia pracy w realnym świecie wyglądają jednak zupełnie inaczej niż to, o czym słyszała od wykładowców. I teraz powstaje pytanie: wskaż sto szczegółów, którymi różnią się te dwa obrazki.
Zanim przejdziemy do szczegółów, dokonajmy prezentacji personelu. Pani reżyser Kitty Green to filmowczyni z Australii, wcześniej montażystka i scenarzystka, w fachu reżyserskim od niedawna, choć studiowała sztuki filmowe i telewizyjne. Zupełnie jak bohaterka jej filmu – więc pani rezyser zapewne wie, co mówi. Uchodzi za społecznie wrażliwą. Jej film pt. „Ukraina nie jest burdelem” skupiał się na ukraińskim ruchu feministycznym o nazwie „Femen”. Zdobył nagrodę AACTA dla najlepszego australijskiego filmu dokumentalnego. Inny jej film „The Face of Ukraine” został nagrodzony jako najlepszy film krótkometrażowy na festiwalu filmowym w Sundance, w tym słynnym punkcie startu dla nieszablonowych filmowców. Film „Asystentka” pojawił się na kilku festiwalach niezależnych, ale nie przebił się przez etap nominacji do nagród.
W roli asystentki imieniem Jane oglądamy tutaj Julię Garner, aktorkę amerykańską, w tej chwili lat 27, laureatkę dwóch nagród Emmy. To artystka, która mogliśmy w naszych telewizorach obejrzeć w serialu kryminalnym Netflixa pt. „Ozark”. Od kilku lat grywa role coraz bardziej eksponowane. Kreacja w „Asystentce” jest jej trzecią główną rolą. Julia to Amerykanka pochodzenia żydowskiego, które to pochodzenie chętnie i często przypomina. Od dzieciństwa chorobliwie nieśmiała, lekcje aktorstwa zaczęła brać w wieku piętnastu lat po to, żeby nauczyć się przełamywać bariery w kontaktach z innymi, więc ta rola w filmie, który oglądamy, również jest a propos.

Film „Asystentka” odnosi się w sposób bezpośredni do środowiska ruchu me too, jest to historia korporacyjna, biurowa, jej dramatyzm w pełni odczuje ktoś, kto pracował w wielkiej bezosobowej machinie, której szczytu ani rozgałęzień nie widać. Jest się w niej trybikiem z wdrukowanym poczuciem nieważności. Atmosfera bywa tak nieprzyjazna, tak gęsta, że, jak mówią pracownicy, można ją kroić nożem. A tak nawiasem, każdy ze współpracowników wydaje się także nosić nóż w rękawie. Toksyny wiszą w powietrzu. Kręgosłupy nadweręża się tutaj w sensie moralnym i całkiem fizycznym, to praca siedziana. No i ta jedyna atmosfera tanich lunchowych barów, z ich junk food, jedzeniem śmieciowym. I ta powierzchowność i jednorazowość kontaktów. Nasza asystentka i otaczający ją biuraliści to ludzie, których nie ma, ludzie niewidzialni, są jak panie sprzątające biura w nocy. Praca została wykonana, ale ludzi nie widać. W „korpo” jednostki ludzkie zanikają, zatracają tę konieczną dawkę energii, która jest potrzebna do życia, do pozytywnego podejścia do świata, popadają w anhedonię, czyli organiczną nieumiejętność odczuwania przyjemności. A stąd tylko krok do depresji. „Korpo” nie uruchamia związków między pracownikami, ludzie uśmiechają się do siebie zdawkowo, uśmiechem zawodowym, przyklejonym, który nic nie znaczy. Duszna atmosfera, przygniatające, minorowe kolory, poczucie zakleszczenia, klaustrofobii. W amerykańskim świecie korporacyjnym znamy to pod pojęciem gaslightingu. Oznacza ono proces oddziaływania na podwładnego, który pod presją przełożonych zaczyna coraz bardziej wątpić we własny obraz świata, własne poglądy, przekonania. Człowiek staje się niepewny siebie, psychicznie zależny, podatny na wpływy i manipulacje. Cóż, drogie panie, jeszcze nie czas na składanie parasolek.

Poza tym kwestia me too, tego ruchu, jest ciągle świeża, więc także kino dopiero uczy się mówić o tych sprawach, wypróbowuje różne narzędzia, przymierza postacie, definiuje konflikty. I – stety, niestety – ruch me too został zawłaszczony przez białe wpływowe celebrytki, wiele z nich wywiandowało na nim swoją karierę. Jednocześnie o wiele trudniej zakorzenia się on w sferach bardziej prześladowanych, czyli w gronie kobiet o innym odcieniu pigmentu w skórze. Niestety, nakręcono z poczucia pewnej bezradności intelektualnej i braku talentu, a także braku odwagi, sporo krzepiących opowieści o buncie, o przezwyciężaniu traumy i o zwycięstwie tzw. girl power, że przypomnę huraoptymistyczny obraz pt. „Gorący temat”. Nakręcony w tym samym roku, co nasza „Asystentka” i bez porównania bardziej popularny na świecie.
A u nas mamy odwrotna niejako do tego „Gorącego tematu”. Mamy opowieść wyciszoną i osobę z peryferiów. To pracowniczka niższego szczebla. Jane ma tytułową posadę asystentki, ale to ktoś znacznie więcej i bardzo inaczej. Zabawi gości prezesa, ułoży grafik, umówi wizytę, kiedy trzeba posegreguje dokumenty, usunie kompromitujący kolczyk z biurka szefa. Mnóstwo pracy, która polega na oliwieniu trybów. Trybiki pracują sprawnie, nikt się nie zastanawia nad rolą oliwy, a tę właśnie rolę pełni owa asystentka, żeby ta cała maszyneria pracowała sprawnie. Oglądamy tutaj zresztą od wewnątrz to, co zawsze podziwialiśmy za czasów minionego ustroju z zewnątrz. Mianowicie, kiedy przyjeżdżaliśmy z naszego smętnego Bloku Wschodniego na zachód, obojętnie, na zachód Europy czy do Stanów, dostrzegaliśmy podstawową różnicę – tam wszystko było w ruchu, który nam się wydawał niesłychanie szybki, pospieszny, podczas gdy cały Blok Wschodni albo poruszał się jak w smole, albo popadał w całkowity bezruch. Nie mogliśmy się nadziwić jak oni to robią, że są tacy szybcy, sprawni i wydajni. No to już widzimy jak, i jaką cenę się za to płaci. Ten Nowy Jork, który Jane ogląda z okien samochodu, jest jak wielkie mrowisko. Ludzie siedzą w swych mieszkaniach jak kurczaki w inkubatorach. Te tafle pleksiglasu, szkła, cegły i marmuru dzielą ich w sensie fizycznym, ale i psychicznym. Te losy, te twarze. Biegną jednym nieznaczącym ciągiem, jak te zdjęcia, które taśmowo wypluwa drukarka biurowa. Zdjęcia kolejnych pięknych dziewcząt, które mają apetyt na życie, na karierę, a będą mogły się cieszyć jeżeli zostaną tylko kolejnymi asystentkami.

Pamiętajmy, że praca asystentki jest jeszcze względnie innowacyjna. Załatwia sprawy, każda sprawa jest troszeczkę inna, a przecież w biurze, i nie tylko, bywa znacznie gorzej – przez całe dziesiątki lat wykonuje się te same czynności, proste jak przekładanie wajchy, a potem się odchodzi na emeryturę i umiera. I to bywa najkrótsze podsumowanie naszego życia. Proszę o cierpliwość, proszę wejść w ten film, wniknąć w niego, posiedzieć przy nim, czy raczej w jego wnętrzu. To nie jest film do oglądania, to jest film do wczucia się, do empatii, do próby zrozumienia.
Tak więc my – wszyscy starsi referenci naszego wydziału – poprawiamy się na naszym krzesełku za biurkiem z płyty paździerzowej, ustawiamy segregatory, porządkujemy teczki, temperujemy ołówki, poprawiamy zarękawki.
Następny proszę!

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.