Anna Kłodzińska „Śmierć za karę”

Anna Kłodzińska „Śmierć za karę” 1990:

Cała Kłodzińska! Po kawałku, przed snem, na parkingu… Zlecialo!
Cytaty:
Jacek Staroń pracował ja­ ko elektromonter w znanej spółdzielni „Jutrzenka”; wytwarzano w niej drobne części zamienne do me­ chanicznego sprzętu gospodarstwa domowego oraz miksery i młynki elektryczne. Miał trzydzieści dwa lata, stan wolny, na książeczce PKO nieco ponad sto sześćdziesiąt tysięcy. Mieszkanie urządzone przeciętnie — tapczan, parę krzeseł, biurko, szafa, mała biblioteczka, kolorowy telewizor rubin i radio. Wypłowiałe zasłony w oknach, stary dywanik koło tapczana, usychający kwiat w doniczce.

Pułkownik zawahał się, postukał fajką o popiel­ niczkę. Nie lubił oddawać spraw, które wydarzyły się w stolicy, w mieście, za które odpowiadał z punktu widzenia bezpieczeństwa zwykłych obywa­ teli; miał najwyższą w kraju wykrywalność za­ bójstw. Był jednak długoletnim, doświadczonym, nieco zgorzkniałym oficerem milicji,

Sekretarka wniosła dwie kawy. Była to jej własna inicjatywa, jako że Szczęsny budził w niej ciepłe, przyjazne uczucie. Tak ło tłumaczyła, nie chcąc przyznać się nawet przed sobą, że podkochuje się w przystojnym oficerze. Niestety, widywała go rzad­ ko. Przy kawie obaj majorowie poplotkowali trochę o kolegach, użyli sobie na niektórych szefach, skąpo chwaląc pozostałych.

— Nie zabrał trzydziestu tysięcy złotych, które Staroń miał w portfelu, ani elektronicznego zegarka z minikalkulatórem, ani tego radia, za które dziś przecież można dostać ładny kawał grosza. Aha, je­ szcze w szafie leżała kamera filmowa „Sharp”. — Kamera, nie komputer? — zdziwił się Kor­ czyński. — Tuman nie jestem, odróżniam jedno od dru­ giego — zeźlił się Szczęsny. — Powiedziałem tak dlatego, że ostatnio nakry­ liśmy u jednego agenta komputer „Sharp PC 1211”. Nie wiedziałem po prostu, że są i kamery „Sharp”.

— Zrywam z wami, idę do bezpieki i wszystko po­ wiem, co mam na sumieniu. Oczywisty nonsens, takie sceny zdarzają się w naiwnych filmach i opo­ wieściach, a nie w życiu.

Wyposażenie mieszkania nieboszczyka rozdzielono w miarę spra­ wiedliwie. W pustym lokalu administracja zapla­ nowała remont, a czekający w kolejce (osiemnaście lat) nowy lokator zmówił podobno za Staronia „wieczny odpoczynek”. Z wdzięczności.

Lokator z drugiej strony wyjechał do sanatorium. A wyżej, aktor — wymie­ nił nazwisko — co mu już esperal wszywali, pija­ czyna, twierdzi, że wrócił do domu o piątej rano.

— Koniak to ostatecznie nie taka znów łapówka. Po prostu pre­ zent. Maleńki upominek. Wybuchnęli śmiechem. — Ładnie maleńki! Dwadzieścia parę bonów w Pewexie. — Ale gdzie tam. Napoleona dostaniesz za sie­ dem.

Chyba lepiej, żeby tam poszedł ktoś inny. Bo ja miałem drobne nieporozumienie z jej sąsiad­ ką z bloku. — Co to znaczy? — Szczęsny uniósł brwi w gó­ rę— Skoczyła na mnie jak szpic na garbatego…

Reynolds w trakcie rozmów popisywał się erudycją, sprawiał wrażenie oczytanego, cytował czasami Chestertona, o którym Bogusław miał słabe pojęcie, i Lawrance’a (Davida), którego dzieło „Kochanek Lady Chaterley” Burzyński czytał we wczesnej młodości, zamknąw­ szy się przed ojcem w łazience.

urzą­ dzali sobie od czasu do czasu skryty wypad do któ­ rejś z lepszych restauracji. Jeżeli zaskórniaki koń­ czyły się, musiało wystarczyć szczegółowe omawia­ nie dań, a także cen, które za nic nie. chciały się zmniejszać, przeciwnie. — Najsmaczniej jednak jest w „Forum” — westchnął Andrzej. — Tylko że znowu podnieśli ceny. Jeszcze niedawno kurczak w potrawce kosz­ tował koło sześciuset złotych, potem skoczył na tysiąc dwieście, wczoraj patrzę, a tu tysiąc osiem­ set! — Byłeś tam beze mnie? Jak śmiałeś! — Ale nic nie jadłem — zastrzegł się Wesołow­ ski. — Tylko obejrzałem menu.

Jasiu, może on się zapił? I śpi w Izbie Wytrzeźwień? — Stamtąd wypuszczają o ósmej rano. — Skąd wiesz? — zaciekawił się Wesołowski. — Słyszałem — burknął Grążyk trochę zmie­ szany, bo raz mu się zdarzyło korzystać z takiego „noclegu”.

W ciągu ostatnich siedmiu lat wyje­ chało z kraju ponad cztery i pół tysiąca lekarzy. Z tej liczby około pięciuset uzyskało papiery emigra­ cyjne i zlikwidowało swoje sprawy w Polsce. Z reszty część wróciła w przewidywanym terminie, część niestety przedłużyła bądź nadal przedłuża pobyt. Te liczby muszą wzbudzać niepokój. Nie próbujmy zwalać wszystkiego na niskie zarobki i brak odpowiednich warunków pracy dla najmłod­ szych lekarzy. Głowę dałbym, że ktoś świadomie steruje tą akcją… ,

… przestudiowała już kartę. Spojrzała na niego z roztargnieniem. — Poproszę tatara, pieczywo bez masła, kieli­ szek radzieckiego koniaku, a potem krem z brzosk­ winią i kawę. Skłonił się, odszedł. Poprawiła złoty klips przy prawym uchu; cicho zabrzęczały bransolety na rę­ ku. Pomyślała, że modne uczesanie „na jeżozwierza”, z włosami nastroszonymi we wszystkie strony, przytrzymane wąską przepaską nad czołem jest bardzo twarzowe.

Mówmy o czymś ciekawszym — zapropono­ wała. — Tylko nie o inflacji, cenach i polityce. Na tym się nie znam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.