Anioł, który dostał w łeb

To wielki dzień. Dawno powinien był nadejść. Ja, stary pijak, do bazyliki w Rokitnie (pobliże Zielonej Góry) powinienem był posuwać na kolanach już dziesiątki lat temu. Bo Rokitno to Mekka wszystkich ochlapusów. A ja zjawiam się tu nie dość, że późno to jeszcze tylko przy okazji:

Wielu jednak nie dotarło wcale, albo tylko na gaszenie świec. O czym świadczą rdzewiejące pielgrzymie insygnia:

Ci są już na „wiecznym  mityngu” (Anonimowych Alkoholików, oczywiście). Zostały po nich krzyże:

I tabliczki z imionami.:

Oraz – widzę to po raz pierwszy – cytat z Boba Dylana („Blowin’ In The Wind”) wypisany na krzyżu.:

A ja jeszcze żyję. I perfidnie prowokuję aniołka, by się ukłonił za dwa złote. Niestety, aniołek odmówił, mimo że pieniążek przyjął. Dorota mówi, że się zaciął. Ale jak dostał w łepetynę, zaraz grzecznie skłonił anielską główkę. Tak trzeba z aniołami.:

Audrey Hepburn  odeszła do swojego wymarzonego sklepu Tiffany’ego (gdzie nic złego stać się nie może) 22 lata temu. Poza tym – palenie zabija.:

Słowa Franciszka o katolikach-królikach wywołały odzew Rafała Ziemkiewicza: Papież idiota. Straszne. Wziąwszy pod uwagę, że zaraz na początku pontyfikatu został nazwany ch…m, to strasznie ta Polska zajadła na papiestwo. Przynajmniej jak na jeden z najbardziej katolickich krajów świata.

Poznań może nie jest już „miastem know-how”. Ale Wielkopolska?  Głos Wielkopolski: „Policja w Kaliszu zatrzymała 16-latka, który okradł dwie księgarnie. W ciągu kilku miesięcy młody człowiek ukradł blisko 50 tytułów, głównie lektur szkolnych. Szczególnie upodobał sobie >>Anię z Zielonego Wzgórza<<„.

Wstyd i obscena w filmie. Wypowiedź pisemna na prośbę Studentów Uniwersytetu Warszawskiego, którzy zrobili sobie panel na taki temat. W tym wieku obscena to akurat to, „co tygrysy lubią najbardziej”:
„Granica intymności w kinie przebiega nie tam, gdzie ujawniono ileś tam centymetrów kwadratowych nagiej skóry z miejsc, które zwyczajowo bywały pokryte płótnem. To da się obejść. Kodeks Haysa zabraniał pokazywania kobiety, która rozpyla perfumy raz za jednym, raz za drugim uchem, bo miało to wywoływać nieprzystojne skojarzenia. Nie śmiem dociekać jakie. Więc aktorka brała do ręki flakonik, już miała się naperfumować, ale ostentacyjnie rezygnowała, powiedzmy z pośpiechu. A przecież teoretycznym lubieżnikom, którzy siedzieli na widowni, to wystarczało, żeby nawiedzała ich fala wiadomego gorąca. Kobiecie nie wolno było na ekranie manipulować przy pończochach. O zdejmowaniu – ani mowy! Więc Rita Hayworth w „Gildzie” zdejmowała sięgające do łokcia rękawiczki tak nieskończenie powoli, jak kobieta świadoma swej kusicielskiej urody zdejmuje przed kochankiem odzież spodnią. Świadoma magnetycznego wpływu, jaki ten obrzęd wywiera na jej mężczyznę. Bywali podobno zagorzali fani erotyczni, którzy szli do kina i całą „Gildę” odczekiwali grzecznie w foyer, a na salę wchodzili tylko na numer z rękawiczką, który dopełniał ich ekstazy. I tak codziennie, póki film nie zszedł z afisza.
Kiedy – cały czas z godnie z Kodeksem – pocałunek damsko męski typu usta-usta mógł trwać trzy sekundy, Ingrid Bergman i Cary Grant w filmie Hitchcocka wiedzieli, jak to ograniczenie obrócić na własną korzyść. Po prostu całowali się namiętnie w trakcie eksplozywnej konwersacji. W trybie: trzy minuty cmoku – kwestia, trzy minuty cmoku – kwestia, co w sumie zajmowało ze trzy minuty. Ale jakie napięcie: mężczyzna pała do kobiety i rad by ją zacałować na śmierć, ale przecież musi też tej wykrzyczeć, czy raczej wydyszeć w twarz niesłychanie istotne kwestie. Więc przymus namiętności walczy w nim o lepsze z przymusem komunikacji. Na przemian używa więc ust, aby się wpijały i aby artykułowały przekaz słowny. Ona też jest sfazowana: raz wysuwa ust korale do pocałunku, a raz używa ich do eksklamacji namiętnego poddania w stylu: „Oh, yes, Johny, yes…” Tak, to może widza rozpalać do białości.
Więc: kino nie jest niebezpiecznie inwazyjne, kiedy pokazuje namiętność, zwłaszcza obopólną. Nawet kiedy naga kobieta defiluje przed obiektywem. Weźmy w „Wakacjach z Moniką” Bergmana czy w „Ostatnim dniu lata” Konwickiego. Nie przekracza też granic, kiedy zamiast pokazywać sugeruje, sufluje. Cóż, kwestie nagości (a może to być nagość zarówno łóżkowa jak nagość u lekarza czy na komisji poborowej, co stanowi jednak odrębną kategorię), czysty, istny seks to takie same składowe życia jak obiad, spacer po plaży czy drink w barze. Jaką wykładnię dać im na ekranie to już kwestia gry na linii: producent-reżyser-cenzor-widz. I ta gra toczy się nieustannie.
Naprawdę ryzykowna jazda zaczyna się wówczas, gdy na ekranie seks staje się formą użycia drugiej osoby, wykorzystania jej, poniżenia, odegrania się na niej. Naga kobieta, która jest adorowana to jednak coś zupełnie innego niż naga kobieta, która jest gwałcona. W moim odczuciu pornografia zaczyna się wówczas, gdy twórca filmowy bez szczególnej żenady ujawnia sytuację ludzkiej (zwłaszcza kobiecej) krzywdy. Położenia, w którym czuje się ona kawałkiem mięsa poddanym wielokrotnej, mechanicznej eksploatacji. I – uwaga – ów twórca nie wysyła sygnału, że ten proceder potępia, że uznaje go za zbrodniczy lub bodaj naganny, że się od niego choćby separuje, odsuwa, odgradza. To może – zwłaszcza widzowi młodemu, nieuprzedzonemu – podprogowo podsuwać myśl, że takie wykorzystanie kobiecego ciała, takie nagięcie jej psychiki do własnych potrzeb, to nic aż tak niezdrowego. To taka forma ekranowej turystyki seksualnej. Zastępczej. Bogatsi jeżdżą sobie do Tajlandii, gdzie za pieniądze używają 15-letnich „street meat” i jeszcze to filmują, a biedniejsi po podobne atrakcje idą do kina.
Co jest punktem dojścia takiej ostentacji seksualnej? Bynajmniej nie zaspokojenie typu płciowego. Punktem dojścia jest przestawienie wektorów moralnych. Że np. kobieta to nie musi być partner, z którym jest mi dobrze w każdym sensie, także łóżkowym. Kobieta, jest po to, żeby mnie było przyjemnie. A jak już przestanie być, to niech ta pani spływa, niech nie robi problemów. Użyłem jej jak każdego sprzętu jednorazowego użytku i – jak od każdej tego typu jednorazówki – wymagam, by się usunęła do kosza i na margines jako przedmiot zużyty. To jest wedle mnie prawdziwa pornografia.
Co z nią zrobić? Zabronić? A w imię czego? Dlaczego artysta, który realizuje na ekranie idee nitscheańskie ma być dyskryminowany, a artysta inspirowany pismami Jana od Krzyża – nie? Więc nie zabraniać, ale uprzedzać widownię, selekcjonować ją wiekowo, środowiskowo? To kolejny temat-otchłań.
W każdym razie, mówiąc skrótowo. Jak dla mnie z powodu nadużyć typu pornograficznego jak je rozumiem: „120 dni Sodomy” – nie i jeszcze długo nie! Potem przerwa i wcale nie!
Ale taka „Emmanuelle”? Ten stary, poczciwy, erotyczny Biskupin? Toż – dlaczego nie?”

Jedno przemyślenie nt. „Anioł, który dostał w łeb

  1. Pewien Anglik będąc w Polsce wypił za dużo i zszedł (był). Ale okazuje się, że równie ważnym powodem jego zejścia było zablokowanie dróg oddechowych przez kawałki pożywienia.

    I pić trzeba umieć i jeść również!
    (od razu się pokrzepiłem ta prawdą prostą i siermiężną)

    A w ogóle, od czasów Marka Hłaski, czy ktoś napisał poruszający utwór o alkoholikach?

    (szczegóły są tutaj: http://wiadomosci.onet.pl/wielka-brytania-i-irlandia/brytyjski-polityk-jim-dobbin-zmarl-w-polsce-zabil-go-alkohol/7r0jw)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *