„Albatros” – 7 stycznia 2022

Szanowni Państwo,
z Nowym Rokiem rozpoczynamy – umowny – nowy rozdział naszej przygody z kinem. Choć w intencji nas, organizatorów tego przedsięwzięcia, a także zapewne Państwa, mamy tu do czynienia nie tylko z przygodą ze sztuką filmową, co z samymi sobą. Bowiem pokazywane tu filmy mogą i powinny stać się wehikułem, który pozwala wejrzeć w skomplikowane sprawy naszego świata. Ale także wejrzeć w samego siebie, by sprawdzić, co o tym świecie wiemy, ile chcemy się dowiedzieć, na ile poszerza to naszą świadomość, pobudza naszą wrażliwość. Przynajmniej mówiący te słowa ogląda filmy i pisze o nich – niezależnie od tego, czy ktoś zamawia u niego tekst, prelekcję, program radiowy czy występ telewizyjny – nie tylko dlatego, że to jego fach. Powód jest bardziej fundamentalny – film jako dzieło sztuki, nawet film średni czy przeciętny, ale nakręcony z poważniejszym zamiarem niż tylko zabawienia widza po pracy, więc taki film z reguły mówi coś istotnego o życiu.

Choćby tylko dwa zdania, choćby jedno ujęcie. I tego właśnie należy pilnować, tego domagać się od filmu, tego także – cały czas mówię za siebie – trzeba od siebie samego żądać. Wymagać tego otwarcia na świat, tej gotowości do bycia zaskakiwanym przez rozmaitych ludzi z różnych zakątków globu, którzy – nieraz z wysokim ryzykiem i poważnym kosztem osobistym – uparli się, by przekazać innym coś, ich zdaniem, ważnego. Coś, co nie powinno przepaść w zgiełku życia. A my? A my powinniśmy trzymać formę, pozostawać w dyspozycji do odbierania na tych falach. Nawet jeżeli nie od razu, nawet jeżeli nie całego przekazu, nawet jeżeli przekaz filmowy budzi nasz sprzeciw, gniew czy odrazę. Ale za każdym razem, kiedy jakoś tam z tym dziełkiem ekranowym rezonujemy, kiedy tylko nie obcujemy z kiczem pozbawionym zapachu, smaku i wszelkich cech indywidualnych – za każdym razem mamy, czy raczej powinniśmy mieć, przekonanie, że uczestniczymy w czymś ważnym. Ktoś poważny mówi do nas poważne rzeczy na poważne tematy. A my słuchamy, wyrabiamy sobie opinię, rezonujemy. A więc – nie skostnieliśmy jeszcze, nie obsunęliśmy się. Nie poprzestajemy na papu, jakie serwują seriale telewizyjne. Jeszcze rozumiemy, jeszcze bierzemy udział w rozmowie. Jeszcze żyjemy.

Tyle słowa na piątek. Nieco ono podniosłe, ale w ramach noworocznej inauguracji – ujdzie. Czy ta kierunkowa deklaracja intencji ma sens przekonamy się za chwilę po raz kolejny. Dzisiaj bowiem przed nami francuska psychodrama pod tytułem „Albatros” w reżyserii Xaviera Beauvois. W naszej kulturze tytuł filmu jest umowny i nie bardzo czytelny, ale w świecie zachodnim, a zwłaszcza w świecie ludzi, którzy na Zachodzie nieco czytają, ów albatros odnosi się wiersza, a właściwie poematu angielskiego poety Samuela Taylora Coleridge’a z roku 1798. Poemat przypominał albatrosa, ptaka o znacznej rozpiętości skrzydeł, widocznego z daleka, który intuicyjnie wyprowadza statek, który utknął na mieliźnie do portu, a potem zostaje zamordowany bezmyślnie przez nudzącego się marynarza. Zabicie tak pięknej i pomocnej istoty wydaje się czynem niezrozumiałym i wymierzonym bezpośrednio w porządek naturalny, w związku z czym mamy tu historię przestępstwa bezmyślnego, brutalnego, okrutnego i opowieść o niemożliwości zadośćuczynienia za zło, które się popełniło. Uniwersalna opowieść o próbie zadośćuczynienia za zło, które z jednej strony jest nieodwracalne, czasu i naszego postępku nie można cofnąć, a z drugiej strony mobilizuje nas do czynienia ekspiacji, próby wykupienia się z naszych win wbrew wszystkiemu.

Ten temat zresztą przewija się przez całą kulturę śródziemnomorską od niemal dwóch i pół tysiąca lat. Król Edyp z dramatu Sofoklesa napisanego w roku 427 przed naszą erą próbował zmazać winę ojcobójstwa i kazirodztwa, jaka na nim zaciążyła. I to nie skutkiem jego działań własnych, lecz w wyniku działania klątwy. I nie umiał się z nią uporać. Ze zbrodnią królobójstwa zmaga się Makbet z dramatu Szekspira, to rok 1606, którego nawiedzają demony i który zostaje ukarany śmiercią. Choć przecież Lady Makbet zapewniała go, że popełnił zbrodnię bez kary. A skoro tak to ujmujemy, to przecież z demonem własnej winy zmaga się – na szczęście z pozytywnym skutkiem – Rodion Raskolnikow, ów student z Petersburga, który siekierą załatwił starą lichwiarkę. W przekonaniu, że tylko – powiedzmy – wyrywa chwasta. Wszystko w powieści „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego z roku 1966. Na dowód że zmaganie z demonem winy nie jest bynajmniej własnością jednej tylko kultury oglądamy przeżycia Makbeta przeniesione przez japońskiego reżysera Akirę Kurosawę w roku 1957 z szekspirowskiej Szkocji w realia japońskiego samurajskiego średniowiecza. I cóż, kostium zupełnie inny, prawo to nie dziesięć przykazać, lecz kodeks bushido, ale demon winy taki sam. No i gdybyśmy w tym miejscu wspomnieli uzależnioną od Szekspira „Balladynę” Juliusza Słowackiego, a to z kolei rok 1834, to też byłby to tytuł całkiem na miejscu. A przypominam, że zbrodnia, jakiej na własnej siostrze, a potem matce dopuściła się Balladyna rozegrała się całkiem niedaleko, bo nad jeziorem Gopło. Z Kościana samochodem dwie godziny i jedenaście minut, najpierw piątką, potem piętnastką, końcówka drogą krajową 62.

Nasz „Albatros” to oczywiście dzieło z niższej półki. Ale nie szkodzi. Niech nas nęka, niech wibruje wewnątrz, niech przestrzega. Pogadaliśmy dziś szerzej o sprawach ogólnych, więc tylko przedstawiam personel. Reżyserem obrazu jest Xavier Beauvois, rocznik 1967. To filmowiec samouk, który zafascynował się kinem w trakcie jednej z prelekcji filmoznawczych w jego rodzimym Calais. Wyglądało to mniej więcej jak nasze spotkanie, więc krótka prelekcja, fragmenty filmów, ale to wystarczyło, by Xavier porzucił szkołę średnią w ostatniej klasie i przeniósł się do Paryża. Nie bardzo mu się tu wiodło w świecie filmowym, ale wkrótce udało mu się pozyskać stypendium na uczelni filmowej w Rzymie. Zaczął najpierw asystować starszym kolegom reżyserom, kręcił historie krótkometrażowe, później przeszedł do fabuły. Jego kolejne filmy pokazywano równolegle w kinach, na festiwalach, gdzie rutynowo zgarniały statuetki. Tak jak film „Ludzie Boga”, który został zainspirowany zabójstwem mnichów w klasztorze w Algierii przez islamskich fundamentalistów i zaprezentowany na festiwalu w Cannes w 2010. Zdobył tam zdobył główną Złotą Palmę.

Z osobliwości przypomnijmy jeszcze film pt. „Cena sławy” z 2013 roku, w którym Baeuvois zrelacjonował na sposób komediowy sytuację, która mogła się przytrafić tylko największemu komikowi w historii kina, mianowicie Charliemu Chaplinowi, a właściwie przytrafiła się temu, co c niego zostało, bowiem w posiadłości w szwajcarskiej miejscowości Vevey, w której Charlie Chaplin dożywał nad Jeziorem Genewskim swoich dni i gdzie został pochowany, więc w tej miejscowości dokonano kradzieży trumny z jego zwłokami. Złodzieje szantażowali rodzinę, domagali się ogromnego okupu. Tutaj trzeba dodać, że film zawierał również wątek polski, bowiem jednym z przestępców był nasz rodak, gastarbeiter, który tam zatrudnił się w roli pomocnika mechanika samochodowego. Tak więc, w tym wypadku czarny, humor towarzyszył Chaplinowi także po śmierci, co francuski reżyser zapisał na taśmie dla potomnych. U nas dziś także pojawia się na mgnienie jako pijany rozrabiaka w barze.

Rzućmy jeszcze nieco światła na jeszcze jedno nazwisko. Oto Jérémie Renier , aktor grający główną rolę policjanta Laurenta. W tej chwili lat czterdzieści, pochodzenie belgijskie. Zaczynał w Brukseli od kształcenia się na cyrkowca, potem przyszły lekcje pantomimy, wreszcie teatru. Z latami udzielał się w belgijskich teatrach, w tamtejszej telewizji i to już od wieku piętnastu lat. Z czasem wziął go pod swoje skrzydła znany francuski reżyser François Ozon i z czasem stał się aktorem europejskim, który mediuje między Francją, Belgią i Szwajcarią, czyli wszędzie tam, gdzie film potrzebuje w miarę przystojnego mężczyzny w wieku mniej więcej czterdziestu lat, mówiącego po francusku i obytego z kulturą tego zakresu językowego. A nasz film potwierdza tylko, że Jérémie Renier może bez specjalnej błyskotliwości, ale jednak wywiązuje się z aktorskich zadań.

Możemy też w obsadzie zwrócić uwagę na oficera policji imieniem Quentin, którego gra Victor Belmondo, wnuk Jeana Paula Belmondo. Podobieństwo do słynnego aktora francuskich klasycznych filmów, zwłaszcza tych z lat sześćdziesiątych, z epoki nowej fali, jak „Do utraty tchu”, jest widoczne. Victor z zawodu jest kierownikiem sceny w teatrach, asystuje też producentom i reżyserom filmowym, a na plan biorą go głównie ze względu na nazwisko oraz na podobieństwo zewnętrzne do dziadka, który we Francji ciągle jest bożyszczem. A przypominam, że Jean Paul Belmondo zmarł nie tak dawno, bo 6 września 2021 roku.

No i niech się ta trauma rozwija. Gdzie – jak pytał Hamlet – ano, przed oczami duszy mojej. Mojej, twojej, naszej. Tak, to całkiem blisko.

Szanowni Państwo,
z Nowym Rokiem rozpoczynamy – umowny – nowy rozdział naszej przygody z kinem. Choć w intencji nas, organizatorów tego przedsięwzięcia, a także zapewne Państwa, mamy tu do czynienia nie tylko z przygodą ze sztuką filmową, co z samymi sobą. Bowiem pokazywane tu filmy mogą i powinny stać się wehikułem, który pozwala wejrzeć w skomplikowane sprawy naszego świata. Ale także wejrzeć w samego siebie, by sprawdzić, co o tym świecie wiemy, ile chcemy się dowiedzieć, na ile poszerza to naszą świadomość, pobudza naszą wrażliwość. Przynajmniej mówiący te słowa ogląda filmy i pisze o nich – niezależnie od tego, czy ktoś zamawia u niego tekst, prelekcję, program radiowy czy występ telewizyjny – nie tylko dlatego, że to jego fach. Powód jest bardziej fundamentalny – film jako dzieło sztuki, nawet film średni czy przeciętny, ale nakręcony z poważniejszym zamiarem niż tylko zabawienia widza po pracy, więc taki film z reguły mówi coś istotnego o życiu. Choćby tylko dwa zdania, choćby jedno ujęcie. I tego właśnie należy pilnować, tego domagać się od filmu, tego także – cały czas mówię za siebie – trzeba od siebie samego żądać. Wymagać tego otwarcia na świat, tej gotowości do bycia zaskakiwanym przez rozmaitych ludzi z różnych zakątków globu, którzy – nieraz z wysokim ryzykiem i poważnym kosztem osobistym – uparli się, by przekazać innym coś, ich zdaniem, ważnego. Coś, co nie powinno przepaść w zgiełku życia. A my? A my powinniśmy trzymać formę, pozostawać w dyspozycji do odbierania na tych falach. Nawet jeżeli nie od razu, nawet jeżeli nie całego przekazu, nawet jeżeli przekaz filmowy budzi nasz sprzeciw, gniew czy odrazę. Ale za każdym razem, kiedy jakoś tam z tym dziełkiem ekranowym rezonujemy, kiedy tylko nie obcujemy z kiczem pozbawionym zapachu, smaku i wszelkich cech indywidualnych – za każdym razem mamy, czy raczej powinniśmy mieć, przekonanie, że uczestniczymy w czymś ważnym. Ktoś poważny mówi do nas poważne rzeczy na poważne tematy. A my słuchamy, wyrabiamy sobie opinię, rezonujemy. A więc – nie skostnieliśmy jeszcze, nie obsunęliśmy się. Nie poprzestajemy na papu, jakie serwują seriale telewizyjne. Jeszcze rozumiemy, jeszcze bierzemy udział w rozmowie. Jeszcze żyjemy.

Tyle słowa na piątek. Nieco ono podniosłe, ale w ramach noworocznej inauguracji – ujdzie. Czy ta kierunkowa deklaracja intencji ma sens przekonamy się za chwilę po raz kolejny. Dzisiaj bowiem przed nami francuska psychodrama pod tytułem „Albatros” w reżyserii Xaviera Beauvois. W naszej kulturze tytuł filmu jest umowny i nie bardzo czytelny, ale w świecie zachodnim, a zwłaszcza w świecie ludzi, którzy na Zachodzie nieco czytają, ów albatros odnosi się wiersza, a właściwie poematu angielskiego poety Samuela Taylora Coleridge’a z roku 1798. Poemat przypominał albatrosa, ptaka o znacznej rozpiętości skrzydeł, widocznego z daleka, który intuicyjnie wyprowadza statek, który utknął na mieliźnie do portu, a potem zostaje zamordowany bezmyślnie przez nudzącego się marynarza. Zabicie tak pięknej i pomocnej istoty wydaje się czynem niezrozumiałym i wymierzonym bezpośrednio w porządek naturalny, w związku z czym mamy tu historię przestępstwa bezmyślnego, brutalnego, okrutnego i opowieść o niemożliwości zadośćuczynienia za zło, które się popełniło. Uniwersalna opowieść o próbie zadośćuczynienia za zło, które z jednej strony jest nieodwracalne, czasu i naszego postępku nie można cofnąć, a z drugiej strony mobilizuje nas do czynienia ekspiacji, próby wykupienia się z naszych win wbrew wszystkiemu.

Ten temat zresztą przewija się przez całą kulturę śródziemnomorską od niemal dwóch i pół tysiąca lat. Król Edyp z dramatu Sofoklesa napisanego w roku 427 przed naszą erą próbował zmazać winę ojcobójstwa i kazirodztwa, jaka na nim zaciążyła. I to nie skutkiem jego działań własnych, lecz w wyniku działania klątwy. I nie umiał się z nią uporać. Ze zbrodnią królobójstwa zmaga się Makbet z dramatu Szekspira, to rok 1606, którego nawiedzają demony i który zostaje ukarany śmiercią. Choć przecież Lady Makbet zapewniała go, że popełnił zbrodnię bez kary. A skoro tak to ujmujemy, to przecież z demonem własnej winy zmaga się – na szczęście z pozytywnym skutkiem – Rodion Raskolnikow, ów student z Petersburga, który siekierą załatwił starą lichwiarkę. W przekonaniu, że tylko – powiedzmy – wyrywa chwasta. Wszystko w powieści „Zbrodnia i kara” Fiodora Dostojewskiego z roku 1966. Na dowód że zmaganie z demonem winy nie jest bynajmniej własnością jednej tylko kultury oglądamy przeżycia Makbeta przeniesione przez japońskiego reżysera Akirę Kurosawę w roku 1957 z szekspirowskiej Szkocji w realia japońskiego samurajskiego średniowiecza. I cóż, kostium zupełnie inny, prawo to nie dziesięć przykazać, lecz kodeks bushido, ale demon winy taki sam. No i gdybyśmy w tym miejscu wspomnieli uzależnioną od Szekspira „Balladynę” Juliusza Słowackiego, a to z kolei rok 1834, to też byłby to tytuł całkiem na miejscu. A przypominam, że zbrodnia, jakiej na własnej siostrze, a potem matce dopuściła się Balladyna rozegrała się całkiem niedaleko, bo nad jeziorem Gopło. Z Kościana samochodem dwie godziny i jedenaście minut, najpierw piątką, potem piętnastką, końcówka drogą krajową 62.

Nasz „Albatros” to oczywiście dzieło z niższej półki. Ale nie szkodzi. Niech nas nęka, niech wibruje wewnątrz, niech przestrzega. Pogadaliśmy dziś szerzej o sprawach ogólnych, więc tylko przedstawiam personel. Reżyserem obrazu jest Xavier Beauvois, rocznik 1967. To filmowiec samouk, który zafascynował się kinem w trakcie jednej z prelekcji filmoznawczych w jego rodzimym Calais. Wyglądało to mniej więcej jak nasze spotkanie, więc krótka prelekcja, fragmenty filmów, ale to wystarczyło, by Xavier porzucił szkołę średnią w ostatniej klasie i przeniósł się do Paryża. Nie bardzo mu się tu wiodło w świecie filmowym, ale wkrótce udało mu się pozyskać stypendium na uczelni filmowej w Rzymie. Zaczął najpierw asystować starszym kolegom reżyserom, kręcił historie krótkometrażowe, później przeszedł do fabuły. Jego kolejne filmy pokazywano równolegle w kinach, na festiwalach, gdzie rutynowo zgarniały statuetki. Tak jak film „Ludzie Boga”, który został zainspirowany zabójstwem mnichów w klasztorze w Algierii przez islamskich fundamentalistów i zaprezentowany na festiwalu w Cannes w 2010. Zdobył tam zdobył główną Złotą Palmę.

Z osobliwości przypomnijmy jeszcze film pt. „Cena sławy” z 2013 roku, w którym Baeuvois zrelacjonował na sposób komediowy sytuację, która mogła się przytrafić tylko największemu komikowi w historii kina, mianowicie Charliemu Chaplinowi, a właściwie przytrafiła się temu, co c niego zostało, bowiem w posiadłości w szwajcarskiej miejscowości Vevey, w której Charlie Chaplin dożywał nad Jeziorem Genewskim swoich dni i gdzie został pochowany, więc w tej miejscowości dokonano kradzieży trumny z jego zwłokami. Złodzieje szantażowali rodzinę, domagali się ogromnego okupu. Tutaj trzeba dodać, że film zawierał również wątek polski, bowiem jednym z przestępców był nasz rodak, gastarbeiter, który tam zatrudnił się w roli pomocnika mechanika samochodowego. Tak więc, w tym wypadku czarny, humor towarzyszył Chaplinowi także po śmierci, co francuski reżyser zapisał na taśmie dla potomnych. U nas dziś także pojawia się na mgnienie jako pijany rozrabiaka w barze.

Rzućmy jeszcze nieco światła na jeszcze jedno nazwisko. Oto Jérémie Renier , aktor grający główną rolę policjanta Laurenta. W tej chwili lat czterdzieści, pochodzenie belgijskie. Zaczynał w Brukseli od kształcenia się na cyrkowca, potem przyszły lekcje pantomimy, wreszcie teatru. Z latami udzielał się w belgijskich teatrach, w tamtejszej telewizji i to już od wieku piętnastu lat. Z czasem wziął go pod swoje skrzydła znany francuski reżyser François Ozon i z czasem stał się aktorem europejskim, który mediuje między Francją, Belgią i Szwajcarią, czyli wszędzie tam, gdzie film potrzebuje w miarę przystojnego mężczyzny w wieku mniej więcej czterdziestu lat, mówiącego po francusku i obytego z kulturą tego zakresu językowego. A nasz film potwierdza tylko, że Jérémie Renier może bez specjalnej błyskotliwości, ale jednak wywiązuje się z aktorskich zadań.

Możemy też w obsadzie zwrócić uwagę na oficera policji imieniem Quentin, którego gra Victor Belmondo, wnuk Jeana Paula Belmondo. Podobieństwo do słynnego aktora francuskich klasycznych filmów, zwłaszcza tych z lat sześćdziesiątych, z epoki nowej fali, jak „Do utraty tchu”, jest widoczne. Victor z zawodu jest kierownikiem sceny w teatrach, asystuje też producentom i reżyserom filmowym, a na plan biorą go głównie ze względu na nazwisko oraz na podobieństwo zewnętrzne do dziadka, który we Francji ciągle jest bożyszczem. A przypominam, że Jean Paul Belmondo zmarł nie tak dawno, bo 6 września 2021 roku.

No i niech się ta trauma rozwija. Gdzie – jak pytał Hamlet – ano, przed oczami duszy mojej. Mojej, twojej, naszej. Tak, to całkiem blisko.


Podsumowanie dyskusji

Film naprowadzał na kwestię tego, co jest w życiu wybaczalne, co nie. I w jakim stopniu. I co się da naprawić o własnych siłach, a co tylko z pomocą najbliższych. Zwłaszcza w policji, która to służba jest o wiele bardziej skomplikowana niż wypisywanie mandatów, śledztwo w sprawie włamania czy interwencja na melinie. Pojawiło się zdanie, że przypadkiem podanym w filmie powinien się zająć raczej policyjny negocjator niż szeregowy funkcjonariusz, bo jego stopień skomplikowania sprawy najzwyczajniej przerasta.
I – teraz: policja to raczej siły represji (do czego nas przyzwyczaiła tradycja „milicyjna”) czy raczej siły troski o przestrzeganie prawa i opieki nad obywatelem, który znalazł się w opałach. Tradycja Europy wschodniej kontra tradycja Europy zachodniej. I one obie przełamują się akurat na naszym, polskim terenie.
A może – padł i taki głos – że to wcale nie jest film o policji. Że raczej o roli przypadku, o koniecznych wyborach, wreszcie o losie. A policja to tylko figura retoryczna, pretekst. Metafora.
Ostatecznie trauma, zadra w pamięci, poczucie winy dotyczy wszystkich. Wszystkich nas. Jest ponadzawodowe, ponadczasowe, ponadterytorialne. Trzeba sobie z nim radzić, choć to takie trudne.
I nie chce się od nas odkleić.
Zadanie na dziś, na jutro. Na każde jutro, które jeszcze przed nami …

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.