„Aida” – 10 grudnia 2021

„Aida”, reż. Jasmila Žbanić

Szanowni Państwo,
dziś – wojna! Średnio odległa, a gdy się przyjrzeć bliżej, to całkiem aktualna. Obraz pod tytułem „Aida”, to imię bohaterki wywodzące się z opery Giuseppe Verdiego. W serbskim oryginale film nazywa się bardziej swojsko dla polskiego ucha, mianowicie: „Quo Vadis, Aïda?”. Produkcja międzynarodowa, tak jak międzynarodowa jest problematyka. Wyliczam więc kraje, które były zaangażowane w projekt: Austria, Francja, Holandia, Niemcy, Norwegia, Polska, Turcja, Rumunia, Afganistan, Bośnia i Hercegowina. Z tym że pani reżyser twierdziła, iż zasadniczo przywódcy Bośni i Hercegowiny odmawiali jej funduszy, nie chcieli wspierać tego projektu, nawet sabotowali film. Żeby nie otwierać ran, które już się rzekomo dawno zabliźniły. Kręciła go więc po kawałku, potajemnie, często ukrywając się z własną ekipą. Świat obejrzał „Aidę” w roku 2020, u nas, ze sporym poślizgiem, na ekranach ukazuje się dopiero teraz. Na wybranych ekranach, oczywiście.
Film rozszedł się szeroko po świecie – był nominowany do Oscara w kategorii najlepszy film międzynarodowy, do BAFTY, czyli Oscara brytyjskiego, również miał dwie nominacje, także jako najlepszy film i dla pani reżyser Jasmili Žbanić, a na festiwalu w Wenecji dostał nagrodę specjalna, tzw. Briana, oraz nagrodę Katolickiej Organizacji Kinematografii i Sztuki Audiowizualnej, poza tym, że w Wenecji wziął udział w konkursie głównym. Z kolei w ramach Europejskiej Akademii Filmowej otrzymał aż pięć nominacji, które pretendowały go do najlepszego filmu roku 2021, i tu się jeszcze wiele może okazać.
Film na całym świecie zyskał bardzo przychylne opinie, zarówno krytyki, jaki i widzów. Amerykanie lubią to podliczać statystycznie i wyszło im, że blisko 100 % tych, którzy film obejrzeli i wyrazili swoje opinie, stawiało dziełku najwyższe noty. Krytyka podkreślała przy tym, że film pokazuje wojnę od strony cywilów, więc wbrew pozorom od strony osób najbardziej kompetentnych jeżeli chodzi o jej ocenę, ponieważ to cywile podczas wojny cierpią najmocniej i bywają najmniej zaopiekowani. Bo formacje wojskowe są jednak aprowizowane, opatrywane przez służby medyczne i wspomagane przez całe działy logistyki, a cywile bywają zostawieni samym sobie. Ich los bywa najgorszy, co znamy z własnych polskich doświadczeń, choćby z czasów Powstania Warszawskiego. To jeden aspekt, a drugi to jest rana wojenna, która nigdy się zabliźnia i która w postaci tej nauczycielki ze Srebrenicy ciągle krzyczy donośnym i rozdzierającym głosem.
Przedstawiamy artystów. Pani reżyser Jasmila Žbanić ma w tej chwili lat 46, urodziła się w Sarajewie w roku 74, a więc jeszcze w Jugosławii, teraz Sarajewo to Bośnia i Hercegowina. Do filmu szła dość krętą drogą, bo zaczynała jako lalkarka w teatrze kukiełkowym w Stanach Zjednoczonych, a potem pracowała jako klaun w tamtejszych teatrach eksperymentalnych. Wcześniej na Berlinale w 2006 roku, a przypominam, że jest to festiwal, który zbiera z całego świata filmy na tematy społeczne i polityczne, pani reżyser Jasmila Žbanić zdobyła trzy główne nagrody za film „Grbavica”, także o konflikcie zbrojnym w byłej Jugosławii, w tym Złotego Niedźwiedzia za najlepszy film.
W roli tytułowej Aidy oglądamy aktorkę nazwiskiem Jasna Djuricic, rocznik 1966. Z urodzenia Serbka, przez pierwszą część życia obywatelka Jugosławii. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych na Uniwersytecie w Nowym Sadzie i tam w chwili obecnej pracuje na stanowisku profesora sztuki aktorskiej i występowała w Teatrze Narodowym w Nowym Sadzie. Za dokonania aktorskie została odznaczona Pierścieniem Dobricy, czyli serbską nagrodą za całokształt twórczości, przyznawaną najwybitniejszym aktorom tego kraju.
W filmie „Aida” miejscowa nauczycielka, pracująca na rzecz ONZ jako tłumaczka, nie tylko przekłada racje obu stron, czyli pułkownika Thoma Karremansa, który dowodzi siłami ONZ i przedstawicieli władza Srebrenicy, ale mediuje między dwiema stronami – miedzy mieszkańcami tego miasta i światem Zachodu, który zdecydował się podjąć tutaj coś w rodzaju interwencji, wojskowej i dyplomatycznej. Aida ma być tylko tłumaczką, ale swoim zaangażowaniem, postawą, głosem, swoją twarzą, zmienia się w jedną z bohaterek, jakby wprost przeniesionych z dramatu greckiego, z Sofoklesa, Ajschylosa czy Eurypidesa. Bo sytuacja układała się tak, iż w lipcu 1995 roku Srebrenica posiadała status strefy bezpieczeństwa, była bośniacką enklawą w Serbii. Gwarantem jej bezpieczeństwa były siły ONZ rozlokowane w pobliżu, a w szczególności odpowiedzialny za Srebrenicę był batalion holenderski. Jednak do miasta wkraczają oddziały serbskie pod dowództwem Radko Mladića, co było ewidentnym naruszeniem wcześniejszych ustaleń i bezpośrednim zagrożeniem życia muzułmańskich mieszkańców Srebrenicy, wobec których Serbowie objawiali wcześniej jawną wrogość. Zachodni gwaranci mają jednak zupełnie inny punkt widzenia – patrzą na te plemiona, trwające w jakimś nienawistnym szczękościsku na tych terenach od setek lat, i nie mogą się nadziwić, że ci ludzie chcą się wyrzynać w imię jakichś zupełnie abstrakcyjnych racji: rasistowskich, historycznych, wyznaniowych. Wyczuwa się tutaj stanowisko typu „a niech oni wszyscy się pozarzynają, skoro im tak bardzo na tym zależy. Co nas to obchodzi? Jak się wyrżną nawzajem, od razu poczują się trochę lepiej. To jest dzicz, nad którą trudno zapanować”. Problem tylko w tym, że tytułowa Aida, jej rodzina, jej środowisko to ludzie wprawdzie mieszkający w Srebrenicy, ale duchowo należący do cywilizacji zachodniej, dla której wojna, zwłaszcza taka dzika i plemienna, jest barbarzyństwem, na które nie wolno pozwolić. Oni są przywiązani do reguł, traktatów, gwarancji, wreszcie do poszanowania układów i prawa, nawet w tak trudnej sytuacji. To jakby przybysze z zupełnie innej planety, którzy po awarii jakiegoś statku kosmicznego znaleźli się w skrajnie nieprzyjaznym środowisku.
Poza tym ten Zachód, prezentowany tu przez pułkownika sił ONZ Thoma Karremansa, jest ospały, niezorganizowany, nie przygotowany na konfrontację, niechętny zapoznaniu się z całą skomplikowaną sytuacją. Delegację do byłej Jugosławii traktuje jak wyjazd do kolonii, gdzieś na obrzeża cywilizowanego świata. Kiedy trzeba wykonać nalot na siły serbskie, okazuje się, że odpowiedzialni dowódcy wyjechali gdzieś na wakacje. Tak więc sama Aida rozumie z tej sytuacji bodaj najwięcej. Także to, iż obie strony, czyli siły ONZ i wadze Srebrenicy. A z czasem także przedstawiciel formacji serbskich, posługują się sloganami i oczywistymi kłamstwami. Negocjacje między Serbami i siłami ONZ to już czysta farsa. No ta wojskowa biurokracja, biurokracja, bez końca. Machina, która działa bardzo powoli, bez kontaktu z rzeczywistością i z celami, do których została powołana, a obstrukcja z jej strony wydaje się być celowa. Wszystko po hasłem „robimy swoje, odczepcie się od nas”.
To Srebrenica. Ale film o tamtejszej masakrze mówi, a właściwie przypomina nam to, co o wojnie wiemy od dawna. I co pokazuje telewizyjna relacja ze słynnej ewakuacji ambasady amerykańskiej w Sajgonie w roku 1975. Oglądaliśmy ją zresztą, zainscenizowaną w wielu amerykańskich filmach o wojnie w Wietnamie. Że mianowicie wojna rozwija się zgodnie ze swoją własną wewnętrzną logiką. Nie ma nic wspólnego z zaprowadzaniem pokoju, nowego ładu między zwalczającymi się stronami. Wojna ma swój własny pęd. Z głośników biegną jakieś ogólno brzmiące deklaracje ideowe, krzyżują się jakieś racje polityczne i historyczne, a znacznie niżej, na polu walki, chodzi tylko o to, żeby wyrżnąć i wystrzelać część znienawidzonych wrogów, niespecjalnie kalkulując, co będzie potem. W tym sensie wojna przypomina bójkę kilku podchmielonych facetów, którzy pokłócili się o dziewczynę albo o mecz piłki nożnej i już wyciągają z rękawów noże, żeby się nawzajem pochlastać, nie bacząc na to, że w konsekwencji tego idiotycznego incydentu, o którym zapomnieliby w zwyczajnych warunkach już następnego dnia, mogą resztę życia spędzić za kratkami. Ale wojna wyłącza myślenie.
Wojna jest to swego rodzaju wielkie przedsiębiorstwo, korporacja, którą trzeba umiejętnie zarządzać. Można to robić profesjonalnie, wtedy ludzie, teoretycznie przynajmniej, cierpią mniej, a mogą wojną zarządzać ludzie bez doświadczenia i wtedy najczęściej tego ludzkiego cierpienia jest znacznie więcej. A jeżeli wda się jeszcze w grę lenistwo, bałagan, krzyżujące się kompetencje, to tragedia gotowa. Tragedia w wymiarze zbiorowym.
Wojna to nie front, wojna to ewakuacja, to zbieranie całego wcześniejszego życia i tych kilku bezcennych pamiątek i przypadkowego dobytku do jednego plecaczka, do jednej walizki i uciekanie do jakiejś piwnicy, do schronu, do innego miasta, do obozu. A z tym wszystkim wojna to utrata miejsca, gdzie się człowiek już w życiu okopał, gdzie czuje się dobrze, gdzie przeżył najważniejsze wydarzenia, to utrata własnego pejzażu, z którego się wyrosło i w który się wrosło. Wojna to także utrata ulubionych książek, przedmiotów, własnego biurka, wysiedzianego fotela, ukochanych pantofli, filiżanki, z której piło się kawę, tysiąca drobiazgów, które tworzą otulinę życia, na jaką pracowaliśmy przez całe dziesiątki lat. Człowiek z wojny wychodzi nie tylko poraniony czy osierocony, ale wychodzi też nagi, w sensie zupełnego ubóstwa. Pozbawiony tego, co do tej pory uzupełniało jego człowieczeństwo, tworzyło jego status, decydowało o tym kawałku podłogi, na którym czuł się najlepiej.
A po latach? Po latach okazuje się, że nie ma winnych, a mieszkania po wypędzonych mieszkańcach Srebrenicy przejęli Serbowie, którzy zdradzają amnezję co do tamtych wydarzeń, a zrujnowane życie byłej nauczycielki nikogo już teraz nie obchodzi. Zostaje sama z pamiątkami po swoich synach, z własną rozpaczą, gdzieś na marginesie cywilizowanego świata, do którego tak mocno chciała należeć.
No i dorasta już nowe pokolenie, któremu tamte konflikty niewiele mówią, nie bardzo chcą o nich słuchać. Mają swoją szkołę, podwórko, zabawy, konkursy i tańce. Ale te dzieci za chwile dorosną. I też zorganizują sobie własną Srebrenicę. Nie wierzą Państwo? Proszę dziś wieczorem włączyć dziennik telewizyjny.


„Aida” zrobiła wrażenie, dotknęła odsłoniętego nerwu. Atmosfera na sali zgęstniała.
Bo – wojna jest kobietą, choć wygląda na zabawkę męską. Ostatecznie – to mężczyźni ją rozgrywają, mężczyźni potem odznaczają się za odwagę i stają na cokołach. Ale cierpią – kobiety, dzieci, o których wspomina się z rzadka i przypadkiem…
A ta filmowa „Srebrenica” wydarzyła się tak niedawno i tak blisko. Ostatecznie do byłej Jugosławii jeździmy regularnie i dla nas to jest miły kraj na wakacje, który zaludniają sympatyczni ludzie. Choć tu i tam natykamy się na ślady tamtej rzezi. Z tym, że nikt nie chce o niej rozmawiać – jak by się nie wydarzyła, jak by chodziło o kogoś całkiem innego, jak by naszych gospodarzy w najmniejszym stopniu to nie dotyczyło…
Wyparcie.
Jakoś nikt tam nie chce pamiętać, że światli – było nie było – Europejczycy całkiem niedawno dali się wciągnąć w skompromitowaną rasistowską doktrynę. I przeprowadzić „czystkę etniczną” w stylu „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”.
No i padło to, co w kontekście filmu i tzw. sytuacji bieżącej jest nieuchronne – Białoruś, granica i ci biedni uchodźcy przeganiani po lesie na dojmującym mrozie. Te marznące dzieci… A tu nadciąga Gwiazdka, będziemy się w naszych chrześcijańskim kraju wzruszali nad żłóbkiem i ustawiali na wigilijnym stole talerz dla niespodziewanego gościa…
A my? Kim w tym wszystkim jesteśmy?
Padło zdanie, że my dzisiaj na granicy z Białorusią jesteśmy „Holendrami ze Srebrenicy”.
Udajemy, że nic nie możemy.
Udajemy.
I nic nas nie usprawiedliwia.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.