Agatha Christie „Autobiografia”

Agatha Christie „Autobiografia”:

Przebogate życie. Pisanie kryminałów to tylko margines, zajęcie zarobkowe, choć traktowane z całą powagą uprawianego rzemiosła.
Cytaty:

Po namyśle dochodzę do wniosku, że autobiografia to za duże słowo. Sugeruje bowiem metodyczne studium całego życia danej osoby. Obejmuje nazwiska, daty i miejsca podawane w ściśle chronologicznym porządku. Ja zaś chcę zanurzyć jakby rękę w rogu obfitości i wyciągnąć garść mieszanych wspomnień.

Jestem dziś tą samą osobą co owa poważna dziewczynka z jasno-płowymi anglezami. Cielesna skrytka, w której zamieszkuje dusza, rośnie, rozwija instynkty i upodobania, uczucia i zdolności intelektualne, lecz ja, prawdziwa Agatha, pozostaję taka sama. Nie znam całej Agathy. Całą Agathę, jak wierzę, zna tylko Bóg. Tak więc my wszystkie – mała Agatha Miller i duża Agatha Miller, i Agatha Christie, i Agatha Mallowan – podążamy naszą drogą. Dokąd? Tego człowiek nie wie – i to oczywiście sprawia, że życie jest fascynujące. Zawsze uważałam i nadal tak uważam, że życie jest fascynujące. Wie się o nim tak mało – zna się jedynie własną niewielką rólkę – jest się więc jakby aktorem, który ma wygłosić kilka zdań w pierwszym akcie. Napisano mu na maszynie tekst jego kwestii i tylko tyle wie. Nie czytał sztuki. Dlaczegóż miałby ją czytać? Ma jedynie powiedzieć: – Telefon nie działa, proszę pani – a następnie usunąć się w cień.

Za jedną z najbardziej intrygujących rzeczy w życiu uważam to, że bierzemy udział w czymś, czego zupełnie nie rozumiemy.

Gdyby dzisiaj przypadło mi w udziale być dzieckiem, to jedną z rzeczy, których brak najbardziej bym odczuła, byłaby nieobecność służby. W oczach dziecka stanowiła najbarwniejszą stronę życia codziennego. Niańki uważało ono za coś banalnego, natomiast służący wprowadzali element dramatyzmu, rozrywki i wszelkiego rodzaju bliżej nieokreślonych, ciekawych umiejętności. Nie byli to wcale niewolnicy, ba, często wręcz tyrani. „Znali swoje miejsce”, jak mawiano, owa znajomość miejsca oznaczała jednak nie służalczość, lecz dumę, dumę zawodową. W początkowych latach dwudziestego wieku służący mieli wysokie kwalifikacje. Kredensowe i usługujące przy stole musiały być rosłe, zgrabne, świetnie wyszkolone, mieć odpowiedni głos, żeby pytać szeptem: – Białe wino reńskie czy hiszpańskie? – Dokonywały skomplikowanych zabiegów, obsługując niczym kamerdynerzy dżentelmenów. Wątpię, czy dzisiaj bywa coś takiego jak prawdziwy służący. Może znalazłoby się kilku w wieku między siedemdziesiątką a osiemdziesiątką…

Kiedyś moja matka usłyszała, jak dziecko, które do nas przyjechało w odwiedziny, powiedziało pewnego dnia z wyższością do pokojówki: – Och, ty jesteś tylko służącą! – Natychmiast dostało burę. – Niech no więcej nie usłyszę, że mówisz w taki sposób do służących. Służących trzeba traktować z najwyższą uprzejmością. Wykonują prace wymagające odpowiednich kwalifikacji, których ty bez długiej nauki na pewno zrobić nie potrafisz.

Kiedy mój mąż, Max, podczas ostatniej wojny miał do czynienia z pilotami polskimi i jugosłowiańskimi, spotykał się z taką samą reakcją. – Wiek? Pilot machał ręką mówiąc grzecznie: – Ile się panu podoba, dwadzieścia, trzydzieści, czterdzieści. Wszystko jedno. – Miejsce urodzenia? – Jakie pan chce, Kraków, Warszawa, Belgrad, Zagrzeb. Jak się panu podoba. Trudno bardziej podkreślić to osobliwie małe znaczenie przypisywane owym faktycznym danym. Podobnie zachowują się Arabowie.

Niania jednak wykazywała nieubłaganą świadomość socjalną. – Nigdy nie będziesz lady – powiedziała.- Nigdy? – Osłupiałam. – Nigdy – rzekła Niania, prawdziwa realistka. – Żeby być lady Agathą, musiałabyś się urodzić jako lady. Musiałabyś być córką księcia, markiza albo hrabiego. Jeśli poślubisz księcia, to wtedy zostaniesz księżną, ale dlatego że taki tytuł nosiłby twój mąż. Księżną nie można się urodzić. Takie było moje pierwsze zetknięcie z nieuchronnością.

Na mnie w rodzinie zawsze patrzono, choć bez złośliwości, jako na „tę powolną”. Matka i siostra reagowały błyskawicznie, ja im nigdy nie mogłam dotrzymać kroku. Byłam też małomówna. Ubranie w słowa tego, co chciałam powiedzieć, zawsze mi sprawiało poważne trudności.

Ludzie stanowiący wytwory mojej fantazji byli dla mnie zawsze bardziej rzeczywiści niż ci z krwi i kości, których spotykałam.

Czytanie opowiastek uważano za zajęcie zbyt przyjemne, by można było uznać je za naprawdę cnotliwe. Stąd zasada: opowiastki nie wcześniej niż po lunchu. Przed południem należało znaleźć sobie do roboty coś „pożytecznego”. Do dziś, jeśli zabiorę się do czytania jakiejś powieści po śniadaniu, czuję się tak, jakbym grzeszyła.

Czym się człowiek rozkoszuje najbardziej w życiu? Powiedziałabym, że różni ludzie rozkoszują się różnymi rzeczami. Co do mnie, gdy tak wspominam i rozmyślam, to zawsze chyba się rozkoszowałam spokojnymi chwilami codziennego życia. Są to te chwile, kiedy na pewno byłam najszczęśliwsza.

Podziwianie mężczyzny przez cały okres małżeńskiego pożycia byłoby, jak myślę, nader nudne. Można by się nabawić psychicznego skrętu szyi. Szacunek to rzecz, o której nie musisz myśleć i wiesz, że ją masz. Jak to powiedziała pewna stara Irlandka o swoim mężu: – On jest moją prawdziwą głową. – Właśnie tego potrzebuje kobieta. Musi czuć, że małżonek jest człowiekiem prawym, że może na nim polegać i cenić sobie jego zdanie, że w razie konieczności jemu można pozostawić podjęcie trudnej decyzji.

To było wtedy, gdy mojego brata odesłano ze wschodniej Afryki na rekonwalescencję do kraju. Monty przywiózł ze sobą służącego, tubylca, który nazywał się Shebani. Paląc się do zademonstrowania temu prostemu Afrykaninowi wspaniałości Londynu, wynajął samochód i wraz ze służącym jeździł po całym mieście. Pokazał Shebaniemu Opactwo Westminsterskie, Pałac Buckingham, Parlament, Ratusz w londyńskim City, Hyde Park i tak dalej. Na koniec, gdy wrócili do domu, zapytał: – Jak ci się podoba Londyn? – Shebani uniósł oczy w górę i odparł: – Jest cudowny, bwana, to cudowne miejsce. Nigdy nie przypuszczałem, że zobaczę coś takiego. – Brat pokiwał głową z zadowoleniem. – A co zrobiło na tobie największe wrażenie? spytał. Służący odparł bez chwili namysłu: – Och, bwana, sklepy pełne mięsa. Takie wspaniałe sklepy. Wiszą tam wielkie połcie mięsa i nikt ich nie kradnie, nikt nie pędzi tam, nie przepycha się i go nie porywa. Nie, ludzie spokojnie obok niego przechodzą. Jakiż bogaty, jakiż wielki musi być kraj, jeśli całe to mięsiwo może sobie wisieć w sklepach otwartych na ulice. Tak, doprawdy Anglia jest cudowna. Londyn to cudowne miasto. Punkt widzenia.

Nikt nie może, i to nigdy, wrócić do miejsc, które istnieją w pamięci.

Dziwne się dziś wydaje, że ludzie – a szczególnie dziewczęta wręczali białe pióra młodym mężczyznom, którzy ich zdaniem ociągali się z wypełnieniem swego obowiązku, umierania za ojczyznę.


posyłała mi mordercze spojrzenie. Trzeba przejść kilometr i w dodatku na takim strasznym, zimnym wietrze! Ja jednak pozostawałam nieugięta. Zaciągałam ją na rynek, gdzie kupowałyśmy kamelie albo inne kwiaty, po czym odbywałyśmy kilometrowy spacer, smagane wiatrem, a często również deszczem, i kładłyśmy bukiet z całym ceremoniałem na mogile Kiki.

Trzeba mieć zamiłowanie do pogrzebów i obrzędów grzebalnych we krwi. Jak by wyglądała archeologia, gdyby w ludzkiej naturze tego nie było? Jeśli zabierał mnie w dzieciństwie na spacer ktoś inny niż nianie – na przykład ktoś ze służby – szliśmy niezmiennie na cmentarz. Jakże sympatyczne są te sceny w Paryżu na Pere Lachaise, gdzie całe familie odwiedzają groby rodzinne i przyozdabiają je na czas Zaduszek.

Zawahałam się, po czym oświadczyłam z całą godnością, na jaką było mnie stać: – Nie lubię rozstawać się z informacją. Potem posługiwano się tym powiedzeniem jako anegdotką wymierzoną we mnie. „Agatha nie lubi rozstawać się z informacją”. To prawda, rzeczywiście nie lubiłam. Zbierałam wszelkie docierające do mnie informacje, i jeśli nie uważałam ich za istotne czy też interesujące, zamykałam je w rejestrze we własnej głowie.

W ciągu mego życia mieliśmy do czynienia z trzema kolejnymi etapami snobizmu. W pierwszym z nich podstawowe pytania brzmiały następująco: „Ależ, kochanie, kim ona jest? Co to za rodzina? Czy pochodzi z rodu Twiddledo z Yorkshire? Tak, oczywiście, źle im się powodzi, bardzo źle, ona jednak wywodzi się z Wilmotów”. Z biegiem czasu zastąpiły je inne: „Och tak, oczywiście, są okropni, ale za to szalenie bogaci”. „Czy ludzie, którzy wzięli Larche’ów, mają pieniądze?” „Ach tak, wobec tego lepiej zadzwońmy”. W trzecim etapie pojawiły się znowu inne: „Lecz czy oni są zabawni, kochanie?” „Tak, oczywiście nie są zamożni i nikt nie wie, skąd się wzięli, ale są bardzo zabawni”.

Urok bycia dziewczyną – czyli kobietą w zarodku – polegał na tym, że dla nas życie oznaczało cudowną hazardową grę. Nie wiedziałaś, co ci się przydarzy. To właśnie stanowiło o uroku bycia kobietą. Żadnych trosk o to, kim się będzie i co się będzie robić – o tym decyduje biologia. Czekałaś na Niego, a gdy się zjawił, zmieniało się wszystko. Mów sobie, co chcesz, ale to naprawdę podniecający punkt widzenia u progu życia. Co się wydarzy?

Wiedziałam, że nie jestem bystra i potrzebuję więcej czasu na dokładne przemyślenie wszystkiego, zanim zdecyduję, jak mam postąpić. Zaczęłam doceniać czas. Nie ma w życiu nic wspanialszego niż mieć czas. Nie wierzę, żeby dzisiaj ludzie mieli go pod dostatkiem. Byłam niezwykle szczęśliwa w dzieciństwie i młodości, właśnie dlatego że miałam tak wiele czasu.

Zawsze budziłam się rano z uczuciem radości – musi być ono naturalne dla nas wszystkich, tego jestem pewna – radości z tego, że się żyje. Nie twierdzę, że to sobie uświadamiasz, bo tak nie bywa, lecz jesteś, jesteś żywa, otwierasz oczy i masz przed sobą dalszy dzień; dalszy krok w twojej wędrówce do nieznanego miejsca. W tej emocjonującej wędrówce, która jest twoim życiem. Nie musi to być wcale emocjonujące życie jako takie, ale emocjonujące dla ciebie, bo jest twoje. Cieszenie się życiem, które ci podarowano, to jeden z wielkich sekretów istnienia.

Stare przysłowie powtarzane przez niańki mówiło: „Szatan podszepnie zawsze coś złego temu, kto próżnuje”. Mały George Stephenson z pewnością próżnował obserwując, jak pokrywka na matczynym czajniku unosi się i opada. Nie mając w tym momencie nic do roboty, zaczai snuć teorie na ten temat. Nie sądzę, żeby potrzeba była matką wynalazków – wynalazki, moim zdaniem, rodzi właśnie próżnowanie, może też lenistwo. Dla oszczędzenia sobie wysiłku. Oto wielki sekret, który od krzesania ognia doprowadził nas po setkach tysięcy lat do włączania pralki elektrycznej.

Zdumiewające, że można tak bardzo cieszyć się niemal wszystkim. Niewiele jest rzeczy bardziej godnych pożądania od umiejętności akceptowania i cieszenia się czymś. Można lubić i cieszyć się prawie każdym rodzajem jadła i stylem życia. Można znajdować przyjemność w życiu na wsi, w psach i błotnistych drogach, albo w miastach, w zgiełku, w ludziach, w gwarze. W pierwszym z nich znajdziesz harmonię, wytchnienie dla nerwów, czas na lekturę, na robienie na drutach, wyszywanie i przyjemność hodowania roślin. W drugim – teatry, galerie sztuki, dobre koncerty i spotkania z przyjaciółmi, z którymi inaczej rzadko byś się widywała. Z radością mogę powiedzieć, że potrafię się cieszyć prawie wszystkim.

Zupełnie natomiast nie mogłam pojąć gramatyki: nie rozumiałam, dlaczego coś nazywa się przyimkiem, albo co robią czasowniki, nic wiec dziwnego, że gramatyka była dla mnie czymś w rodzaju chińszczyzny. Z radością przystępowałam do pisania wypracowany choć nie mogłam się pochwalić osiąganiem prawdziwych sukcesów. Spotykał mnie zawsze ten sam zarzut: wypracowania były zbyt fantastyczne. Krytykowano mnie ostro za nietrzymanie się tematu. Pamiętam na przykład wypracowanie pod tytułem „Jesień”. Zaczęłam nieźle, od złotych i brązowych liści, lecz nagle w ten czy inny sposób pojawił się w nim dzik – myślę, że może rył w lesie ziemię i zjadał żołędzie. W każdym razie zainteresowałam się nim, zapominając zupełnie o jesieni, i skończyłam wypracowanie opisem rozmaitych przygód niesfornego Dzika z Zakręconym Ogonkiem

Czasami się zastanawiam, co by było, gdybym kontynuowała naukę. Przypuszczam, że robiłabym postępy i całkowicie pochłonęłaby mnie matematyka – przedmiot, który tak mnie zawsze fascynował. A wówczas moje życie wyglądałoby zupełnie inaczej. Byłabym trzecio- czy czwartorzędną matematyczką i żyłabym sobie szczęśliwie. Pewno nie pisałabym żadnych książek. Poprzestałabym na matematyce i muzyce. Skoncentrowałabym się na nich i odcięła od świata wyobraźni.

Największym błogosławieństwem w zawodzie pisarza jest to, że pracuje się w domu, i to w czasie przez siebie wybranym. Profesja ta może cię trapić, nużyć, przyprawiać o ból głowy, możesz być bliska obłędu, gdy usiłujesz skonstruować akcję w taki sposób, jak powinna być i jak wiesz, że może być skonstruowana, ale nie musisz wstawać i publicznie robić z siebie głupka.

Wydaje mi się, że nauka może dać zadowalające rezultaty tylko wtedy, gdy budzi w tobie jakiś oddźwięk. Same informacje to nie wszystko, bo dają niewiele więcej niż to, co już się miało do dyspozycji. Jeśli słuchasz aktorek, które mówią o sztukach, powtarzają z nich słowa i kwestie, jeśli prawdziwi śpiewacy śpiewają ci „Bois Epais” albo arię z „Orphee” Glucka, to budzi się w tobie gorące umiłowanie sztuki. Otworzył się przede mną nowy świat, świat, w którym mogłam od tej pory żyć.

Obejrzenie lub usłyszenie czegoś w niewłaściwym czasie to jeden z największych błędów, jakie się popełnia w życiu. Obrzydza się Szekspira większości ludzi, każąc im czytać go w szkole. Powinno się jego sztuki oglądać, bo pisał je po to, żeby je oglądano i wystawiano na scenie. Wtedy można je bardzo wcześnie docenić, jeszcze zanim uświadomi sobie człowiek piękno słów i wiersza.

Uderzyło mnie w opisie mojego życia to, że zarówno ja, jak i wszyscy inni sprawiają wrażenie szalenie bogatych. Gdybyśmy dzisiaj chcieli robić to samo, z pewnością musielibyśmy być bogaci. Niemal wszyscy moi znajomi należeli do ludzi średnio tylko zamożnych. Ich rodzice na ogół nie mieli powozu ani koni, a na pewno nie sprawili sobie nowego automobilu, czyli samochodu. Na to mogli sobie pozwolić jedynie bogacze. Panienki miewały zazwyczaj nie więcej niż trzy wieczorowe suknie, które musiały im służyć przez kilka dobrych lat. Kapelusze odświeżało się na każdy sezon specjalną farbą po szylingu za buteleczkę. Chodziło się na piechotę na przyjęcia tenisowe i ogrodowe, za to na wieczorki taneczne w wiejskich rezydencjach wynajmowało się oczywiście dorożkę.

Pana Ankatella nie zadowalała jazda z szybkością trzydziestu kilometrów na godzinę, wówczas uważaną za „bezpieczną”, i myślę, że pędziliśmy po drogach Sussexu z szybkością sześćdziesięciu pięciu czy może nawet osiemdziesięciu pięciu kilometrów. W pewnym momencie zaczął podskakiwać na przednim siedzeniu i wykrzykiwał: – Proszę spojrzeć do tyłu! Za ten żywopłot! Widzą panie mężczyznę, który tam się skrył? Ach, co za łotr, nikczemnik! To policyjna zasadzka. Ci nikczemnicy właśnie tak postępują, chowają się za żywopłot, potem wyskakują i mierzą czas. – Z osiemdziesięciu pięciu zwolnił do piętnastu kilometrów na godzinę. I chichotał radośnie. – To go wywiedzie w pole!

Siadłam więc na łóżku i zaczęłam rozmyślać o opowiadaniu. Na pewno było to zajęcie sensowniejsze niż ponowne układanie pasjansa. Nie pamiętam teraz, ile czasu mi to zabrało – chyba niezbyt wiele, opowiadanie bowiem skończyłam do następnego wieczora. Zaczynałam pisać o różnych rzeczach, potem porzucałam te próby, w końcu dałam się wciągnąć i poszło mi jak z płatka. Pisanie okazało się zajęciem wyczerpującym i zarazem ekscytującym, choć raczej nie sprzyjało rekonwalescencji. – Wyciągnę starą maszynę do pisania Madge – obiecała mi mama – to będziesz mogła z niej korzystać. To pierwsze opowiadanie nazwałam „Dom piękności”. Za arcydzieło raczej trudno je uznać, chociaż w sumie uważam, że z tego, co stworzyłam, był to z pewnością pierwszy obiecujący utwór. Oczywiście, napisany po amatorsku i zdradzający wpływy lektur z minionego tygodnia. Tego zresztą nie da się uniknąć w początkowej fazie twórczości.

Nabrałam już wtedy zwyczaju pisania opowiadań. Można by rzec, że zajmowałam się tym zamiast wyszywać pokrycia na poduszki czy kopiować kwiatową dekorację z saskiej porcelany. Jeśli ktoś uważa, że takie porównanie deprecjonuje twórczość literacką, to się z nim nie zgadzam. Impuls twórczy przejawia się w różnych dziedzinach: w hafcie, gotowaniu oryginalnych potraw, malowaniu, rysowaniu i rzeźbieniu, komponowaniu muzyki równie dobrze jak w pisaniu powieści i opowiadań. Różnica polega jedynie na tym, że można być w czymś o wiele lepszym od innych. Zgadzam się, że wyszywanie pokryć na poduszki w epoce wiktoriańskiej to nie to samo co praca nad kobiercem z Bayeux, lecz impuls twórczy jest w obu przypadkach identyczny.

Rozentuzjazmowana tymi lekturami zapowiedziałam, że spróbuję sama napisać opowiadanie detektywistyczne. – Nie sądzę, żebyś potrafiła – rzekła Madge. – To niezmiernie trudne. Ja też o tym myślałam. – Chciałabym spróbować. – Założę się, że nie potrafisz – oświadczyła Madge. Na tym- się skończyło. Nie chodziło właściwie o zakład, nigdy nie ustaliłyśmy jego reguł – niemniej słowo się rzekło. Od tego momentu byłam całkiem zdecydowana napisać opowiadanie kryminalne. Na razie nic z tego nie wynikło. Nie zaczęłam pisać ani nie przystąpiłam do obmyślania czegoś, ale ziarno zostało zasiane. W jakimś zakamarku mózgu, gdzie na długo przed wykiełkowaniem ziarna tkwią koncepty książek, które zamierzam kiedyś napisać, pomysł został zasiany: pewnego dnia napiszę opowiadanie kryminalne.

– Co ja słyszę! Wyszła siostrrrunia za mąż?- Tak, wyszłam. – Słyszycie? – Szkot zwrócił się teraz do całego rzędu łóżek. – Siostrzyczka Miller wyszła za mąż. Jak się siostrzyczka teraz nazywa? – Christie. – Aha, Christie to dobre szkockie nazwisko. Siostrzyczka Christie, słyszycie? To jest teraz siostrzyczka Christie.

– Zniknęło – powiedziała. – Zniknęło wszystko. Moje szmaragdy, moje dwie obrączki, moje piękne kolczyki, wszystko mi zniknęło! Och, Boże! – Ależ, babciu, jestem pewna, że naprawdę nic nie zniknęło. Zobaczymy. Gdzie to wszystko było? – W tej szufladzie, górnej szufladzie po lewej stronie, zawinięte w parę mitenek. Zawsze to tam kładę. – No to zobaczmy, dobrze? – Przeszłam przez pokój do toaletki i zajrzałam do wskazanej szuflady. Leżały tam dwie pary mitenek zwinięte w kłębek, ale w środku nie było nic. Zainteresowałam się niższą szufladą. W niej też znalazłam mitenki, a w nich namacałam coś twardego. Zaniosłam zawiniątko do stóp łóżka i zapewniłam Ciocię-babcię, że wszystko jest na miejscu: kolczyki, broszka ze szmaragdami i dwie obrączki. – Były w trzeciej szufladzie, nie w drugiej – wyjaśniłam. – One musiały to włożyć z powrotem. – Nie sądzę, żeby mogło im się to udać – rzekłam.

Kiedy już wróciłam do zdrowia, zaproponowano mi pracę w nowo otwartym dziale – aptece. Apteka stała się na dwa następne lata moim drugim domem. Nowym działem kierowała żona doktora Ellisa, która od wielu lat sporządzała lekarstwa według recept swojego męża, oraz moja przyjaciółka Eileen Morris. Ja miałam im pomagać i uczyć się przy tym do egzaminu w Izbie Aptekarskiej. Zdany egzamin dałby mi prawo przygotowywania medykamentów dla lekarza urzędowego albo dla aptekarza. Zapowiadało się to ciekawie i godziny pracy były o wiele dogodniejsze – aptekę zamykano o szóstej, ponadto miałam pracować na zmianę, przed południem i po południu, łatwiej więc mogłam połączyć ją z obowiązkami domowymi.

Konkretna myśl o napisaniu powieści kryminalnej zrodziła się we mnie, gdy pracowałam w aptece.

Zaczęłam się zastanawiać, jaki rodzaj powieści kryminalnej należałoby wybrać. Miałam do czynienia z truciznami, a zatem w tej sytuacji może naturalne wydawałoby się wybranie śmierci przez otrucie. Skoncentrowałam się na jednym fakcie, który wyglądał obiecująco i dawał różne możliwości. Bawiłam się tym pomysłem, podobał mi się i ostatecznie go zaakceptowałam. Teraz zaczęłam zastanawiać się nad bohaterami powieści. Kto miał zostać otruty? Kto to zrobi? Kiedy? Gdzie? Jak? Dlaczego? No i nad całą resztą. Powinno to być morderstwo poniekąd intymne, ze względu na specyficzny sposób, w jaki go popełniono. Wszystko musi się odegrać w rodzinie, że tak powiem. Oczywiście musi też być jakiś detektyw. W owym czasie hołdowałam tradycji Sherlocka Holmesa, rozważałam więc sprawę detektywów. Naturalnie nie takich samych jak Sherlock Holmes – muszę stworzyć własnego, ale on też będzie mieć przyjaciela, pewnego rodzaju obiekt kpin czy poniekąd popychadło – to nie będzie wcale trudne.

Kogo mogłabym mieć jako detektywa? Dokonałam przeglądu detektywów, których spotykałam i podziwiałam w różnych książkach. Był tam Sherlock Holmes, jedyny w swoim rodzaju – z nim nigdy nie mogłabym rywalizować. Był Arsen Lupin – ale kryminalista to czy detektyw? W każdym razie nie w moim guście. Był młody dziennikarz Rouletabille z „Tajemnicy żółtego pokoju” – takiego właśnie człowieka chciałabym wymyślić – kogoś, kto przedtem nie występował w powieściach kryminalnych. Kogo mogłabym wziąć? Ucznia? Raczej z trudem. Naukowca? Co ja wiedziałam o naukowcach? Potem na myśl mi przyszli belgijscy uchodźcy. W naszej parafii w Tor mieszkała ich cała kolonia. Kiedy przyjechali, spotkali się z powszechną sympatią i współczuciem. Ludzie znosili im meble, żeby mieli czym urządzić mieszkania, i wszyscy wychodzili ze skóry, by się biedacy czuli jak najlepiej. Po czym nastąpiła normalna reakcja, gdy uciekinierzy zamiast okazywać wielką wdzięczność narzekali na to czy na tamto. Nie uwzględniono faktu, że musieli się czuć oszołomieni w obcym kraju.

W każdym razie zdecydowałam się na detektywa Belga. Pozwoliłam mu dorastać pomaleńku do swojej roli. Powinien być inspektorem, tak żeby dysponował pewną wiedzą o przestępstwach. Będzie pedantyczny, bardzo schludny, rozmyślałam uprzątając swój pokój z mnóstwa niechlujnie wyglądających rupieci. Nieduży, schludny jegomość. Miałam go przed oczami – niedużego, schludnego jegomościa, wiecznie coś porządkującego, lubiącego, żeby rzeczy były do pary i kanciaste, a nie okrągłe. I musi być bardzo bystry – powinien mieć szare komórki – to dobre sformułowanie, muszę je zapamiętać. Tak, będzie miał szare komórki. Nazywać się musi jakoś wspaniale, tak jak Sherlock Holmes i jego rodzina. Kto był jego bratem? Mycroft Holmes. A gdyby mojemu niedużemu jegomościowi dać na imię Herkules? Przy jego niewielkim wzroście, Herkules to dobre imię. Większych trudności przysporzyło mi nazwisko. Nie wiem, dlaczego w końcu zdecydowałam się na nazwisko Poirot, czy przyszło mi po prostu do głowy, czy też zobaczyłam je w jakiejś gazecie albo gdzieś indziej – dość że je miałam.

Myślę, że to wtedy nauczyłam się kochać wrzosowiska. Uwielbiałam skaliste pagórki i wrzosy, i dziksze zakątki, z dala od dróg. Wszyscy, którzy tam zjeżdżali – a nie było wielu letników podczas wojny – koncentrowali się wokół samego Hay Tor,ja natomiast opuszczałam miasteczko i wyprawiałam się na samotne wędrówki po okolicy. Szłam i mówiłam do siebie, jakby odgrywając następny rozdział, który zamierzałam napisać; przemawiałam w imieniu Johna do Mary i w imieniu Mary do Johna, jako Evelyn do jej chlebodawcy i tak dalej. Całkiem mnie to podniecało. Potem wracałam do hotelu, zjadałam kolację, padałam na łóżko i spałam prawie dwanaście godzin. Rano wstawałam i znów pisałam z pasją przez całe przedpołudnie.

Czy dzieci na ulicy nie gapią się z nosami przylepionymi do szyb na wielkie przyjęcia, na panie w brylantowych diademach? Ktoś przecież musi wygrać w Irlandzkim Totalizatorze. Gdyby wygrana wynosiła tylko trzydzieści funtów, nie byłoby to podniecające. Kalkucki Totalizator,Irlandzki Totalizator,a dzisiaj zakłady futbolowe – wszystko to ma swoją romantykę. Dlatego też wielkie tłumy stoją na chodnikach i gapią się na gwiazdy filmowe zjeżdżające na premiery. Dla widzów są to heroiny we wspaniałych wieczorowych kreacjach, zrobione na bóstwa – postaci wzbudzające zachwyt. Komu jest potrzebny szary, nudny świat, w którym nie ma bogatych ani możnych, pięknych ani utalentowanych? Kiedyś wystawano całymi godzinami, żeby zobaczyć królów i królowe, dzisiaj raczej gapimy się na gwiazdy muzyki pop, ale zasada pozostała ta sama.

Od paru lat straciłam nadzieję na opublikowanie czegokolwiek, najwyżej może sporadycznie jakiegoś opowiadania czy wiersza, toteż perspektywa wydania książki zafascynowała mnie całkowicie. Podpisałabym wszystko. Umowa przewidywała, że nie otrzymam żadnego honorarium, dopóki nie zostaną sprzedane pierwsze dwa tysiące egzemplarzy, a potem jedynie skromne tantiemy. Połowa praw autorskich do powieści i ewentualnej dramatyzacji będzie należeć do wydawcy. Wszystko to mało dla mnie znaczyło wobec tego, że moja książka zostanie opublikowana. Nie zauważyłam nawet, że w umowie znalazła się klauzula zobowiązująca mnie do przekazania wydawcy następnych pięciu powieści za nieznacznie tylko podwyższone tantiemy. Dla mnie to był sukces i zupełna niespodzianka. Ochoczo podpisałam umowę. Po czym zabrałam swój maszynopis, żeby przerobić ostatni rozdział. Uporałam się z tym bez wielkiego trudu. I tak oto wystartowałam do swojej długoletniej kariery. Co nie znaczy, bym wówczas podejrzewała, że będzie to długa kariera. Wbrew klauzuli o następnych pięciu powieściach traktowałam to ze swej strony jako jednorazowy eksperyment.

Chciałam pisać książki pod wymyślonym nazwiskiem – Martin West lub Mostyn Grey – ale John Lane obstawał przy tym, żebym zachowała własne nazwisko, a zwłaszcza imię. – Agatha to imię rzadkie, zostaje ludziom w pamięci. – Musiałam wobec tego rozstać się z Martinem Westem i odtąd występować jako Agatha Christie. Wydawało mi się, że kobiece nazwisko może zrażać czytelników, zwłaszcza w przypadku książki kryminalnej, że nazwisko Martin West będzie męskie i bardziej przebojowe.

Istotnie, w tamtych czasach brakowało posad dla kobiet. Kobieta była córką na utrzymaniu rodziców albo żoną na utrzymaniu męża, albo też wdową żyjącą z tego, co zostawił mąż bądź zapewniali krewni. Mogła zostać damą do towarzystwa, ewentualnie guwernantką. Ja jednak i na to przygotowałam odpowiedź. – Zatrudnię się jako kredensowa. To coś w sam raz dla mnie. Na kredensowe, zwłaszcza słusznego wzrostu, zawsze był popyt.

Życie w podróży ma pozory snu. Choć dalekie od normalności, pozostaje realne. Zaludniają je postacie, których nigdy przedtem się nie widziało i zapewne już nigdy nie zobaczy.

Niedługo potem zdarzyło się coś wręcz niewiarygodnego. „The Evening News” zaproponowały pięćset funtów za prawo druku w odcinkach „Tajemnicy Mill House”. Tymczasem zdążyłam zmienić tytuł książka nazywała się teraz „Człowiek w brązowym garniturze”. „The Evening News” chciały dokonać kolejnej zmiany, tym razem na „Ann, poszukiwaczka przygód”. Najgłupszy tytuł, jaki w życiu słyszałam. Ugryzłam się w język; po pierwsze, za pięćset funtów warto, a po drugie, chociaż się przywiązałam do swojej wersji, książka to nie to samo co przedruk w jakiejś tam

Właśnie, czemu nie? Wszystko jest możliwe. Ja, Agatha, mogę sobie sprawić samochód, własny samochód. W tym miejscu, w tej chwili wyznaję, że z dwóch najbardziej ekscytujących rzeczy w moim życiu pierwszą był właśnie on: mój szary tęponosy morris cowley. Drugą – kolacja z królową w Pałacu Buckingham, mniej więcej czterdzieści lat później.

Jakkolwiek pomocny niemal we wszystkich sprawach praktycznych, Archie nie na wiele się zdawał przy pisaniu. Od czasu do czasu opowiadałam mu o pomyśle na nową książkę albo streszczałam nową fabułę. Szło mi jak z kamienia, jąkałam się, nawet w moich uszach historia brzmiała banalnie, powierzchownie – zresztą określenia można by mnożyć. Archie słuchał z życzliwym zainteresowaniem, jak zawsze gdy się decydował poświęcić uwagę bliźnim. Na koniec: – I co ty na to? – pytałam nieśmiało. – Jak myślisz, będzie dobrze? – Bo ja wiem… może – rzucał kompletnie miażdżącym tonem. – Chociaż samej akcji to tutaj nie ma za dużo, nie uważasz? No i nie powiem, żeby szczególnie wciągała.

Muszę skrytykować przyszłego autora, jeżeli zupełnie nie bierze pod uwagę rynku na swój towar. Nie ma sensu pisać książki liczącej 120 stron: dzisiaj trudno wydać tekst tej objętości. – Och – odpowie autor – ale moja powieść musi mieć dokładnie tyle. – No cóż, możliwe, jeśli się jest geniuszem, lecz większość z nas to zwykli rzemieślnicy. Ktoś czuje, że potrafi coś robić dobrze, że lubi to robić i że chciałby to dobrze sprzedać. W takim razie niech temu nada stosowne rozmiary i postać. Gdyby był stolarzem, niewiele by osiągnął sporządziwszy krzesło z siedzeniem półtora metra nad podłogą. Mało kto trzymałby w domu taki mebelek. Na nic by się zdały argumenty, że krzesło jest piękne.

Nie warto startować z pozycji geniusza obdarzonego iskrą Bożą. Geniuszy rodzi się niewielu. Nie, jesteśmy rzemieślnikami – to dobry, uczciwy fach. Najpierw powinno się opanować warsztat, dopiero później można go wzbogacać własnymi twórczymi pomysłami. Zawsze jednak należy się poddać dyscyplinie formy.

Naturalnie, wszystko ma swoją właściwą długość. Moim zdaniem powieść detektywistyczna powinna liczyć nie więcej niż 200 stron. Wiem, wydawcy uważają, że to za mało. Może czytelnik czuje się oszukany, jeżeli za swoje pieniądze dostaje tak cienki tomik, a zatem bardziej go zadowoli 240 do 280. Po przekroczeniu tej granicy zazwyczaj się okazuje, że książce wyszłoby na dobre, gdyby była krótsza.

Straszliwie doskwierała mi samotność. Po raz pierwszy w życiu coś mnie zmogło, choć nie zdawałam sobie sprawy, że to naprawdę poważna choroba. Zawsze byłam okazem zdrowia; skąd mogłam wiedzieć, jak bardzo kłopoty, zgryzota i przepracowanie podkopują siły. W końcu przyszedł taki dzień, kiedy nie potrafiłam sobie przypomnieć, jakim nazwiskiem podpisać czek.

Strasznie mi przykro – powiedział wprost. – Naprawdę żałuję, wierz mi. Pamiętasz tę dziewczynę, sekretarkę Belchera? Tę brunetkę? Rok temu wpadli do nas na weekend, potem spotkałaś ją raz czy dwa w Londynie. Nie pamiętałam imienia, kojarzyłam jednak, o kogo idzie.

Wiedziałam, można by rzec, dokąd zmierzam, ale nie umiałam sobie wyobrazić kolejnych scen, a postaci nie chciały ożyć. Popychało mnie naprzód rozpaczliwe pragnienie – a właściwie konieczność – napisania kolejnej książki i zarobienia pieniędzy. Właśnie wówczas z amatorki przeobraziłam się w profesjonalistkę. Wzięłam na siebie brzemię zawodu, który wymaga, żeby pisać, nawet kiedy się nie ma ochoty, kiedy własny tekst nieszczególnie się podoba, kiedy nie pisze się najlepiej. Nienawidziłam „Błękitnego ekspresu”, lecz książkę skończyłam i oddałam wydawcy. Sprzedała się równie dobrze jak poprzednia. Musiałam tym się zadowolić, choć nie powiem, żebym pękała z dumy.

Wówczas się okazało, że samochód łagodnie osiadał w piasku, aż zarył się na dobre. Cóż, z jazdą po pustyni wiąże się pewne ryzyko. Max z kierowcą wyciągnęli stalowe siatki, łopaty i inne narzędzia, próbowali uwolnić maszynę, ale na próżno. Mijały godziny. Skwar nie zelżał ani odrobinę. Położyłam się w cieniu samochodu – nader skąpym cieniu – i zasnęłam. Jak później opowiadał Max, zgodnie z prawdą czy nie, właśnie wtedy uznał, że znakomicie się nadam na żonę. – Żadnego biadolenia. Nie narzekałaś, nie mówiłaś, że to moja wina albo że niepotrzebnie się zatrzymywaliśmy. Zupełnie jakby cię nie obchodziło, czy się wygrzebiemy, czy nie. Słowo daję, w tamtym momencie mi zaświtało, jaka jesteś cudowna. Odkąd to powiedział, starałam się nie skalać owej świetnej reputacji. Z reguły biorę rzeczy takimi, jakie są, i nie wpadam w histerię. Mam także użyteczny dar zasypiania w dowolnej chwili, w dowolnym miejscu.

Zrozumiałam, że ja to ja, że potrafię jedynie tyle, ile potrafi owo ja, nieważne, co ja by chciało. Jak powiada Biblia, któż samą myślą sprawi, iż urośnie choćby o łokieć? Nieraz mi się przypomina plakietka, która wisiała na ścianie pokoju dziecinnego. Prawdopodobnie wygrałam ją w jakimś konkursie podczas regat. Nosiła napis: „Skoro nie możesz prowadzić pociągu, zostań smarowaczem kół”. Nie wyobrażam sobie lepszego motta na życie.

Swoją działalność literacką z tamtego okresu pamiętam jak przez mgłę. Chyba nadal nie uważałam się za pisarkę z prawdziwego zdarzenia. Pisałam różne rzeczy, owszem – powieści, opowiadania. Ukazywały się drukiem i pomału przywykałam do myśli, że mogę na nie liczyć jako na stałe źródło dochodów. Kiedy jednak w formularzach dochodziłam do rubryki „zawód”, nieodmiennie umieszczałam tam uświęcone tradycją „przy mężu”. Byłam kobietą zamężną, taki miałam status i takiż zawód. A przy okazji pisywałam książki. Nigdy nie określałam własnego pisarstwa dumnym mianem kariery zawodowej. Kariera – toż to czysty absurd! Moja teściowa nie potrafiła tego zrozumieć. – Agatho, kochanie, tak dobrze piszesz. Doprawdy, powinnaś napisać coś bardziej… hmm… poważnego.

Nieraz słyszałam od przyjaciół: – Doprawdy nie wiem, kiedy piszesz te swoje książki. Nigdy cię nie widziałem przy pisaniu, nawet nie widziałem, jak sobie gdzieś tam idziesz pisać. – Pewnie się zachowuję niczym pies, który dostał kość: znika taki na pół godziny, a później wraca speszony, z nosem powalanym ziemią. Prawie jak ja. Na początku zawsze czuję lekkie skrępowanie. Lecz kiedy już się zamknę w pokoju, z dala od ludzi, z dala od zgiełku, wówczas ruszam pełną parą naprzód, całkowicie pochłonięta swoim zajęciem.

W tysiąc dziewięćset trzydziestym ukazało się „Morderstwo na plebanii”. Zupełnie nie pamiętam, gdzie, kiedy i jak to napisałam, nie pamiętam, skąd się wziął pomysł i dlaczego zdecydowałam się powierzyć rolę detektywa nowej postaci – pannie Marple. Z całą pewnością nie zamierzałam się do niej przywiązywać na resztę życia. Nie przypuszczałam, że zostanie rywalką Hercule Poirota.

Kiedy mi pierwszy raz zaproponowano adaptację, nie miałam pojęcia jaki to bolesny zabieg, a to z racji przeróbek. Napisałam już własną sztukę kryminalną, nie za dobrze pamiętam, kiedy. Agencja Hughesa Massie sztukę odrzuciła; radzili w ogóle ją sobie wybić z głowy, toteż nie naciskałam. Nosiła tytuł „Czarna kawa”. Konwencjonalna historia szpiegowska, pełna stereotypów, lecz jak mi się zdawało, nie najgorsza.

Panna Marple tak zwinnie się wkradała w moje życie, że prawie nie zauważyłam jej przybycia. Napisałam dla pewnego czasopisma serię sześciu opowiadań, wybrałam sześć osób z małego miasteczka, które miały się spotykać raz w tygodniu i opisywać jakąś nie rozwiązaną zagadkę kryminalną. Zaczęłam od panny Jane Marple, staruszki w typie przyjaciółek mojej babki z Ealing, w typie owych pań, które jako dziecko widywałam w rozmaitych mieścinach. Panna Marple nie miała absolutnie nic wspólnego z moją babką. Była stokroć bardziej drobiazgowa i pełna staropanieńskich nawyków. Jeżeli coś je łączyło, to tylko jedno: mimo pogodnego usposobienia obie spodziewały się najgorszego po wszystkim i wszystkich, a co więcej, ich przewidywania zazwyczaj się sprawdzały z niemal przerażającą dokładnością.

„Samotny dom” to kolejna powieść, która niemal całkiem wyleciała mi z pamięci. Niewykluczone, że fabułę obmyśliłam znacznie wcześniej. Zazwyczaj tak się działo, toteż często mi się myli, kiedy coś napisałam, kiedy książka wyszła. Pomysły zjawiają się w najmniej oczekiwanych momentach: idę ulicą, oglądam wystawę sklepu z kapeluszami, aż tu nagle błyska myśl: o, w ten sposób można by znakomicie zamaskować zbrodnię, nikt się nie domyśli. Naturalnie, trzeba jeszcze dopracować praktyczne szczegóły, pomalutku „urodzić” postacie, lecz pomysł tymczasem trafia do zeszytu. Wszystko to bardzo pięknie, tyle że zeszyt wiecznie gdzieś się zawierusza. Zwykle mam pod ręką z pół tuzina, notuję tam co ciekawsze koncepty, informacje o truciznach i lekach, wyczytane w gazecie doniesienia o szczególnie chytrych oszustwach. Rzecz jasna, gdybym trzymała notatki w idealnym porządku, starannie posegregowane i oznaczone, uniknęłabym wielu kłopotów. Lecz także pozbawiła się przyjemności. Czasem kiedy przerzucam stos starych zeszytów, nagle się natykam na tych parę słów: „Możliwa fabuła – zrób to sam – dziewczyna, ale nie siostra sierpień”. Obok widnieje z grubsza wypunktowany plan akcji. Nie pamiętam, czego dotyczy, często jednak daje się wykorzystać, jeśli nie w tym, to w innym kształcie. Zdarzają się również pomysły z gatunku natrętnych, kuszących; te lubię obracać w myślach, lubię się nimi bawić wiedząc, że kiedyś znajdą się na papierze. Właśnie tak mnie kusił „Roger Ackroyd”, choć długo trwało, zanim opracowałam rzecz do ostatniego szczegółu.

Kiedy się czyta o morderstwie, nikogo nie napawa grozą obraz, powiedzmy, wątłej staruszki w sklepiku tytoniowym, która się odwraca po paczkę papierosów dla młodego bandyty, a ten ją napada, bije, dopóki nie zatłucze na śmierć. Nikt się nie przejmuje jej przerażeniem, jej bólem ani tą ostatnią litościwą chwilą utraty świadomości. Nikt nie odczuwa męki ofiary – każdy współczuje jedynie mordercy, bo przecież jest taki młody… Dlaczego miałby uniknąć egzekucji? W tym kraju zabijało się wilki. Nie próbowaliśmy uczyć wilka mieszkać z jagnięciem – skutek, sądzę, byłby wątpliwy. Wybiliśmy w górach dziki, nim zeszły w dolinę i zaatakowały dzieci bawiące się nad strumieniem.

Na początku ogromnie bawiło mnie pisanie, po części dlatego, iż nie posiadałam się ze zdumienia, że ktoś w ogóle chce wydawać taką autorkę z Bożej łaski. Teraz stało się chlebem powszednim. Mało, że drukowano moje książki: wydawcy wręcz zapędzali mnie do pracy! Nie byłabym jednak sobą, gdybym stale nie czuła pokusy uprawiania nie tylko swojej działki. Tylko wtedy bowiem człowiek się nie nudzi. Marzyło mi się coś innego niż historie detektywistyczne. A zatem z niejakim poczuciem winy, lecz i z przyjemnością napisałam zwyczajną powieść pod tytułem „Strawa olbrzyma”. Traktowała głównie o muzyce; miejscami dało się wyczuć, iż niewiele wiem o temacie z technicznego punktu widzenia. Dostała dobre recenzje, sprzedała się nie najgorzej jak na „debiut”. Wydałam ją pod pseudonimem Mary Westmacott: nikt się nie domyślił, że to ja. Udało mi się utrzymać rzecz w

Powieść detektywistyczna jako gatunek zupełnie nie przystaje do dramatu, więc bardzo trudno ją zaadaptować. Ma taką zawiłą fabułę, zazwyczaj tyle postaci, tyle fałszywych tropów – nic dziwnego, że na scenie robi się mętna i przeładowana. Uproszczenie: oto czego trzeba. Napisałam „Dziesięciu Murzynków”, ponieważ zafrapowały mnie niebywałe trudności z przeprowadzeniem całego pomysłu. Dziesięcioro ludzi musiało zginąć w taki sposób, aby historia nie wydała się absurdalna ani morderca nazbyt oczywisty. Dopracowywałam tę książkę miesiącami, ale efekt wypadł jak należy. Fabuła jest prosta, klarowna, zagadka praktycznie nie do rozwikłania, chociaż da się sensownie wyjaśnić; gwoli wyjaśnienia zresztą musiałam dodać epilog. Książka się podobała, miała dobre recenzje, i to właśnie mnie zadowoliło najbardziej, ponieważ lepiej od wszystkich krytyków znałam stopień trudności.

Trzeba wielu podziemnych wstrząsów, trzeba długich godzin nudy, żeby znowu funkcjonować normalnie. Tymczasem jednak nic nie przychodzi do głowy. Jeżeli się weźmie książkę, nie można się skupić. Jeżeli krzyżówkę, myśli się o wszystkim, tylko nie o hasłach. Poczucie beznadziejności wręcz paraliżuje. A później, z nieznanej przyczyny, wewnętrzny starter daje sygnał do biegu. Zaczyna się działać, to „coś” jest tuż, tuż, rozwiewa się mgła. Nagle się wie, wie z niezachwianą pewnością, co A chce powiedzieć do B. Wychodzi się do miasta, wędruje ulicą zawzięcie mamrocząc do siebie, powtarzając chociażby rozmowę, którą przeprowadzą Maud i Aywin, dokładnie sobie wyobrażając, gdzie wtedy będą stać, skąd będzie podglądać tamten mężczyzna, jak na widok małego zdechłego bażanta Maud pomyśli o czymś, co jej wypadło z pamięci, i tak dalej, i tak dalej. Wraca się do domu promieniejąc z radości. Jeszcze nic konkretnego się nie zrobiło, lecz nareszcie! – stoi się na starcie.

… wojna to nic nadzwyczajnego, to rzecz sama przez się zrozumiała. Po trzech latach stała się chlebem powszednim. Nie potrafiliśmy sobie wyobrazić, że pewnego dnia się skończy. Tymczasem miałam co robić. Dwa pełne dni, trzy razy po pół dnia i co drugą sobotę pracowałam w szpitalu. Resztę czasu wykorzystywałam na pisanie. Postanowiłam pisać dwie książki naraz. Zawsze bowiem przychodzi taki moment, kiedy robota zwyczajnie zaczyna mierzić, trzeba ją wtedy odłożyć, zając się czymś innym. Tyle że teraz nie miałam czym się zająć. Nie uśmiechało mi się siedzieć bezczynnie i snuć czarne myśli. Takie zaś pisanie dwóch rzeczy na zmianę powinno działać odświeżająco. W ten sposób powstały „Noc w bibliotece” – tę planowałam od dawna – oraz „N czy M?”, historia szpiegowska, swego rodzaju ciąg dalszy mojej drugiej powieści, „Tajemniczego przeciwnika”, z Tommym i Tuppence w roli detektywów. Tommy i Tuppence tymczasem wkroczyli w wiek średni, dochowali się dorosłego syna i córki. Znudzeni bezczynnością, jako że nikt już nie potrzebował ich usług, triumfalnie powrócili na scenę, by z dawnym entuzjazmem tropić szpiegów. Pisanie podczas wojny nigdy mi nie sprawiało trudności, inaczej niż wielu autorom. Pewno dlatego że całkiem się zamykałam w osobnej „szufladce”, żyłam w książce pośród swoich bohaterów, mamrotałam ich rozmowy, patrzyłam, jak spacerują po pokoju, który dla nich wymyśliłam.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.