Miesięczne archiwum: sierpień 2016

Whisky in the jar

Festiwal Whisky, a w nim. Rozkładówka dwumiesięcznika „Whisky”, gdzie stale i z przyjemnością pisuję. „- Piękny jest widok z Trzech Koron. – Pięknie to jest w monopolowym!”.:

n1

Odbyło się oprowadzanie numer 2 po filmach zaangażowanych w whisky. Tym razem akcentowaliśmy m. in. whisky w reklamie i teledysku. Stąd oczywiście Thin Lizy i kultowa „Whisky In The Jar”. Starszym słuchaczom łza się zakręciła. A wykonawca wokalny tego hymnu dołączył do grona aniołków w 1986! Czyli – spoczywa pod grubym mchem.:

n2

Ten pan w środku to guru whisky w skali globalnej. Prezentował najnowsze edycje trunku. Boże, co on jest w stanie wyczytać z samego aromatu! Słucha się go jak hołdownika, który potrafi w nieskończoność rozprawiać od odcieniach zieleni na obrazach Paolo Veronese. Wiedziałem, że skądś znam tę twarz. Ależ tak! On omawiał w trunki w filmie „Whisky dla aniołów”. A umie to tak jak prof. Zin i Kałużyński w jednym. Właśnie mu to powiedziałem (oczywiście w pominięciem Zina i Kałużyńskiego).:

n3

W sklepach przy głównej ulicy mnóstwo artykułów z kotwicą. Nic dziwnego, dookoła Bałtyk.:

n4

Poszliśmy na klif, skąd rozciąga się niepowtarzalny widok. Który dedykujemy z Dorotą wszystkim, którzy uważają, że obecny Bałtyk to tylko buractwo. Otóż nie! Jest jeszcze horyzont:

n5

Whiskobus

Jak się człowiek przejdzie główną ulicą Jastrzębiej Góry w 33 stopniach w tym niewiarygodnym jazgocie, smrodzie przypalonego oleju do frytek i w tłoku, to bez skierowania do psychiatryka.
A tu Festiwal Whisky.:

s1

Który wymaga prelekcji o związkach tego trunku ze sztuką filmową.:

s2

Impreza, że hej! Na środku specjalnego sektora regularne igloo z lodu. Skubie się go, odłupuje i hop do drinków! Ja się, niestety, tego nie tykam, bo 70 volt to dla mnie – starego pijaka – jednak stanowczo zbyt wiele. Nie te lata…:

s3

Zrobiłem sobie tylko zdjęcie „na ściance”. Pomarzyć dobra rzecz.:

s4

Oblegane są sklepy z militariami. W promocji strój maskujący dla snajpera. Dorota dałaby każde pieniądze, żebym wystąpił w nim podczas prelekcji.:

s5
Informacja w miejscowym samie. Ale chyba niezbyt ścisła. Według moich doświadczeń wyroby alkoholowe wprawdzie nie podlegają wymianie, ale często podlegają zwrotowi.:

s6

Mieszkamy nieopodal tej ulicy. Melomani z Jastrzębiej Góry znani są ze swej zajadłości – nazwali ulicę imieniem żyjącego kompozytora. Jak oni muszą kochać „Pasję według św. Łukasza”! Choć z głośników leci tu całkiem co innego. Ale też w sumie doprowadza do pasji. I już by człowiek wolał „Tren pamięci ofiar Hiroszimy”.:

s7

Jak tu pięknie przystosowali starego citroena. Myśmy się chcieli naszego pozbyć, ale to nam podsunęło pomysł.:

s8

Radio Merkury, Sopot

Po czym przez całe lata poznawaliśmy, że nadchodzi koniec wakacji? Po tym, że w telewizji leciał Sopot. Festiwal kultowy, ale rzadko się pamięta, że festiwal w Sopocie był kultowy dwukrotnie. Przed wojną w Zoppot kultowy był Festiwal Wagnerowski który gościł gwiazdy wokalistyki operowej z całej Europy. Koncerty Wagnera odbywały się najpierw tylko przy pochodniach, a potem przy pochodniach i zbiorowym „Sieg Heil!” całej widowni. Ostatnie „Sieg Heil” dało się słyszeć w Operze Leśnej z jej cudowną akustyką w roku 1943, ale to już nie było to „Sieg Heil!” co kiedyś, bo po Stalingradzie i bitwie na Łuku Kurskim Niemcy zaczęli już cienko śpiewać.

Po wojnie amfiteatr sobie niszczał bez przeszkód do roku 1961, kiedy to Władysław Szpilman, ten z „Pianisty” Polańskiego, zakręcił się i zorganizował „międzynarodowy festiwal piosenki”. Początkowo skromnie w hali Stoczni Gdańskiej – obskurnej ceglanej budzie, obstawionej milicjantami z paskami pod brodą, gdzie publiczność tłoczyła się w karnej kolejce jak przed sklepem mięsnym. Ale w 1964 impreza zagościła już pod sopockim namiotem  i transmitowały ją nie tylko radiofonie wszystkich Krajów Demokracji Ludowej, ale nawet 11 stacji zachodnich. Od 1968 roku Sopot był żelazną pozycją całej Eurowizji.

I zaczęła się jazda. Przykładowo: Jeżeli miał śpiewać piosenkarz z RFN, jego występ umieszczano na końcu pierwszej części koncertu lub zaraz po przerwie. Po co? Jak to: po co? Żeby telewizja NRD mogła go łatwo wyciąć. Dalej na jednym z festiwali wystąpiła radziecka wokalistka  Tamary Miansarowa, która wcześniej w 1963 roku zgarnęła Grand Prix za piosenkę „Pust wsiegda  budiet sonce”. Tym razem występ – już w Operze Leśnej – tak się jej spodobał, że do Grand Hotelu wracała po dachach zaparkowanych samochodów. W 1969 r. na scenie gościł Leonid Utiosow. Radziecki gwiazdor śpiewał „z taśmy”, która nieszczęściem zerwała się w trakcie wykonywania piosenki. Piosenkarz musiał produkować się na żywo i okropnie fałszował. Przekonany, iż padł ofiarą sabotażu, zadzwonił natychmiast do urzędu bezpieczeństwa, aby ten rozpoczął śledztwo. Brytyjski wokalista Paul Young z kolei spóźnił się na estradę z takiego oto powodu, iż zatrzasnął się w toalecie i nie umiał się wydostać. Kłopoty były z zespołem Bony M. Po pierwsze zażądali pokoju z klimatyzacją, a takie zjawisko w roku 1979 nie występowało w naszym kraju wcale. Ale organizatorzy – jak to się mówi – stanęli na wysokości i powstawiali do pokoi muzyków wiadra z bryłami lodu. Można? Można! Z Bony M. był jeszcze i ten problem, że uparli się wykonać kawałek „Rasputin”, a towarzysze radzieccy woleliby, żeby zespół opiewał innych wybitnych Rosjan. Kto wie – może Czapajewa albo Breżniewa..? I w porządku – koncert zespołu puściło się w telewizji z jednodniowym poślizgiem i piosenkę się wycięło.
Klasą dla siebie był konferansjer Lucjan Kydryński. Festiwale prowadził, jak leci, więc któregoś razu przywitał z rozpędu „gorącą sopocką publiczność”, która przybyła na Festiwal w Opolu. Innym razem prowadząc konferansjerkę z jugosławiańską spikerką Helgą  Vlackovic, wyznał rozbrajająco, że nie zna języka jugosłowiańskiego.
Reżyserem Festiwalu przez całe lata był Jerzy Gruza i oddajemy mu głos: „ Pewnego roku jakąś nagrodę otrzymał Szwed, który występował w jasnoniebieskim smokingu. Wywarło to na wszystkich piorunujące wrażenie. Oklaski, entuzjazm…
Sam byłem urzeczony jego prezencją. Spotykam go przypadkowo po dwóch miesiącach w budynku szwedzkiej telewizji w Sztokholmie… Reżyserowałem tam Policjantów Mrożka. Ledwie mnie poznał.
– Gdzie pan teraz śpiewa? – pytam. – Jaki program nagrywa pan dla telewizji?
– Ja? Ja śpiewam? Nagrywam dla telewizji? – jest szczerze zdziwiony. – Ależ skąd! Pracuję tu w taśmotece…
– A Sopot?
– Bardzo przyjemny weekend… Bardzo proszę, wódka i publiczność okej. I można sobie pośpiewać za darmo… i jeszcze jakąś nagrodę dostać.
– To pan…?!
Coś we mnie pękło na zawsze. – wspominał Gruza.

W sierpniu 1980 r.  festiwal wprawdzie odbył się, ale po raz pierwszy od blisko 20 lat nikt się nim nie interesował. W telewizji pilnie słuchano zupełnie innych wykonawców: –  „Świat przygląda się, jak radzimy sobie  w chwilach trudnych. Mamy niezawodnych sojuszników, którzy martwią się również naszymi kłopotami i wierzą, że sami zdołamy im sprostać – zapewniał z ekranu premier Edward Babiuch. – „Nawet w sytuacjach konfliktowych staramy się znajdować rozwiązanie przez dyskusję i dialog, przez kompromisy” – zapewniał przybyły  przed dwoma dniami z urlopu na Krymie Edward Gierek, obiecując zamrożenie cen mięsa i poprawę zaopatrzenia.

W III RP Festiwal w Sopocie zaliczył widowiskowy zjazd. Lucjan Kydryński mówił, że jego czas – podobnie jak czas Wyścigu Pokoju  i wielkich dożynek – się skończył. Z Sopotem żegnała się wielokrotna laureatka Irena Santor, która oświadczyła, że – cytuję – „nie jest już wstanie mieszkać na walizce i co roku używać grzałki do parzenia herbaty w hotelowym pokoju”. Inna była laureatka, Helena Vondrackova – przypominam: „Malovaný džbánku” 1977 – przepraszała z estrady za to, że swoją działalnością artystyczną wspierała reżym komunistyczny w Czechosłowacji. Zaczynało być z lekka absurdalnie. W 1995 roku na festiwalu piosenki (!) w roli gwiazdy wystąpiła szesnastoletnia skrzypaczka Vanessa Mae, która oczywiście nie śpiewała wcale. Słynny rockman Malcom McLaren szefujący wówczas jury wskazał na Kasię Kowalską, bo – jak powiedział dziennikarzom – podobała mu się jej sukienka.  Ale i w tych latach odnotowaliśmy w Sopocie skandal. 1992 r. Kazik Staszewski bez uzgodnienia z organizatorami, wykonał pamiętny song „Wałęsa oddaj moje sto milionów”. Tłumaczył :  „Miałem okazję występu na żywo więc postanowiłem wykonać piosenkę, której nie chce nadać żadna rozgłośnia radiowa”. Wałęsa się odniósł do utworu mówiąc o Kaziku: „ten człowiek nie rozumie sytuacji politycznej”.
A teraz festiwal odbywa się sporadycznie. Co roku z innym sponsorem i pod inną nazwą. Nie ma już Kydryńskiego, nie ma skandali i – tak naprawdę – nie ma już Sopotu. Sami musimy kombinować, kiedy nadejdzie koniec lata.

radiomerkury

Bez tchu

Od pani Iwony Mejzy (loco Oświęcim), pisarki kryminalnej, dostałem najnowszy przejaw jej twórczości. I kłopot. Bo autorka napisała w dedykacji, że lektura powinna przynieść „wytchnienie od codzienności”. A latem tego roku w temacie wytchnienia jak u Gałczyńskiego:
„Jesteśmy w pół drogi. Droga
pędzi z nami bez wytchnienia”.
Ale w końcu udało się wytchnąć. Bardzo przyjemne uczucie.:

c1
Od pana redaktora Kozłowskiego z radia Merkury (zachęcam nieustannie redaktora, żeby zapoznał się z postacią prezesa Kozłowskiego z „Kiepskich”) dostałem płytę z piosenkami z muzycznej audycji retro. W tym kawałek, za który dałbym się pokrajać: „Gdy kiedyś znów” Klenczona.:

c2
Wyborcza demaskuje mity dotyczące domowych urządzeń elektrycznych: „>Nigdzie już nie kupisz żarówki 100 W<. Unia Europejska zakazała stosowania żarówek 100 W i kazała wycofać je ze sprzedaży, jednak pomysłowi Polacy zaczęli sprzedawać je jako „kule grzewcze” albo >elementy ozdobne<„. Polak potrafi!

Fronda.pl: „Festiwal w Gdyni gardzi kinem patriotycznym”. Bo nie dopuścił do konkursu „Historii Roja”. Ja tę stylistykę mam z tyłu głowy. „Sami dublerzy!” – żeby zacytować klasyka. Jest rok 1953 i „Trybuna Ludu” krzyczy wielkimi literami: „Festiwal w Cannes gardzi kinem socjalistycznym”. Bo nie dopuścił do konkursu dzieła „Przygoda na Mariensztacie”.

Radio Merkury, czwartek 25 sierpnia 2016

Mili Państwo,

dziś Światowy Dzień Godzenia Się. Mnie na przykład najtrudniej pogodzić się z własną nadwagą, zarobkami i poziomem umysłowym. Od lat, uparcie nie chcą podejść do płota.

Prasa wielkopolska uparcie odkrywa przed nami zaskakujące strony naszego regionu. Choć jednocześnie pozostawia niedosyt. Leszczyńskie „ABC” informuje: „Jeśli w letnie popołudnie, spacerując po lasach Karczmy Borowej, zobaczycie – podkreślam od siebie – kilku mężczyzn ubranych od stóp do głów, w maskach na twarzach, z mieczami w dłoniach, wykrzykujących obco brzmiące słowa, to będą to… zawodnicy kendo”. Niedosyt bierze się stąd, że gazeta nie wskazuje, co robić, gdy w lasach leszczyńskich natkniemy się na kilku mężczyzn nie ubranych od stóp do głów, a przeciwnie, wykrzykujących niezrozumiałe wyrazy. A nie byliby to ani zawodnicy kendo, ani grzybiarze.

Z serii: zapomniane wynalazki Wielkopolan. Rok 1967, żniwa. Niebywałą inicjatywą wykazał się PSS „Społem” z Koła. Jak jakiś wiejski sklep był akurat w remoncie – a był co drugi – „Społem” stawiało obok wysłużony autobus „San” i z niego sprzedawało produkty spożywcze. Genialne!
Wynalazkiem roku 1972 był koncentrat kawy o nazwie „Espresso”, wyprodukowany w poznańskich zakładach „Amino”. Nowość polegała na tym, że „Espresso” była mieszanką ekstraktu kawy naturalnej, importowanej, której zawsze brakowało i naszej, zbożowej. Pół na pół. Tak też smakowała.  Rewelacja!
I jeszcze wielkopolski wynalazek znany na całym świecie. Wódka „Wyborowa”, sztandarowy produkt Poznańskich Zakładów Spirytusowych. W 1972 roku, trafiała właśnie do 67. kraju. Żadnego polskiego produktu nie eksportowaliśmy do tylu państw – z wyjątkiem filmu „Wielka podróż Bolka i Lolka”. Chapaux bas!

Z cyklu: skrzydlate słowa. Najsłynniejsza i najbardziej dochodowa polska reklama: Cukier krzepi! Ułożył ją Melchior Wańkowicz dla Związku Cukrowników Polskich w roku 1931 r. Zarobił na niej po 5 tys. złotych od słowa, czyli po 500 przedwojennych dolarów. To nie dawało spać kolegom-pisarzom przez całe lata. Ireneusz Iredyński zgłosił się w latach 70-tych do komitetu przeciwalkoholowego z ofertą genialnego dwuwyrazowego hasła wymierzonego w picie. Za bajońską sumę: dwóch tysięcy od słowa. Spisano umowę: pisarz najpierw dostanie pieniądze, a dopiero potem zdradzi hasło. Iredyński wypalił: „Wódka szkodzi!”. A forsę z honorarium przepił w barku hotelu Bristol.

Jeszcze tylko na chybcika przysłowie sierpniowe: Czego sierpień nie dowarzy, tego wrzesień nie doparzy. Przysłowie, jak to przysłowie, nie podaje, co konkretnie będzie niedowarzone i niedoparzone. I niech tak pozostanie –
Wiesław Kot

radiomerkury

Czerwony kapitan / Červený kapitan

Tak z grubsza mówiliśmy z Romkiem Rogowieckim w Radiu Dla Ciebie (z taśmy):

– Wiesiek, dziś chcesz mówić o kryminale słowackim pod tytułem „Czerwony kapitan”, z młodym Stuhrem w roli głównej. A ja jak słyszę słowa: literatura i słowacki w jednym zdaniu, to mi się od razu kojarzy Juliusz Słowacki i „Balladyna”.
– I prawidłowo, bo to też kryminał. Przecież zaczyna się od morderstwa. Ale my tu mamy zekranizowaną powieść Dominika Dana „Czerwony kapitan”, którą przeczytałem bez przykrości. U nich ogromny bestseller – pół miliona sprzedanych egzemplarzy. Słowacja, początek lat 90., ubecja, która próbuje utrzymać wpływy w nowym ustroju, księża-kapusie, tajemnica skarbu Templariuszy, do tego uparty glina z wydziału zabójstw w prowincjonalnym miasteczku, właśnie ten Stuhr. I jeszcze – żeby było śmieszniej – czescy kryminalni powołują się na pana Wołodyjowskiego. Bywają i zabawne dialogi. Biskup, który miał nieszczęście zostać TW dzwoni do swego oficera prowadzącego: „— Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. — Na tak konkretnie sformułowane zagadnienie nie jestem w stanie nawet dokładnie odpowiedzieć” – rzuca oficer. Mamy tu więc rozliczenie z transformacją ustrojową po słowacku, ale mamy też skarb templariuszy, całkiem jak w jakimś „Kodzie da Vinci”. W sumie kino gatunkowe, o dopuszczalnej jakości, dość dynamiczne.
– Zaraz zaraz, o ile sobie przypominam filmy made in Czechosłowacja, to albo film był czeski albo dynamiczny.
– Nie, Romek, on był po prostu inny. Bo inna jest duchowa konsystencja Czecha i całkiem odmienna Polaka. To Mariusz Szczygieł w swojej książce o Czechach zwrócił uwagę, że jak importowaliśmy jakiś czeski film o miłości, to on w Czechach był reklamowany jako pogodna komedia romantyczna, a na polskich plakatach ten sam film figurował już jako ponury dramat fatalistyczny. Każdy widział to, co chciał zobaczyć.
– A współpraca filmowa z Czechami i Słowakami to ma jakiś większy sens, czy to tak na siłę, bo może Unia by chciała takiej współpracy?
– Ależ oczywiście, że ma sens, bo my od Czechów w kwestii produkcji filmowej powinniśmy – mówiąc Leninem – „uczitsa, uczitsa i jeszczio raz uczitsa”. Zobaczmy twarde fakty. Fakt pierwszy jest taki, że Praga nie została zburzona do fundamentów, a potem odbudowana chaotycznie jak Warszawa. Pamiętaj, że jedyny oryginalny fragment starej Warszawy to są Powązki. Reszta to makieta bez ładu i składu: tu soreal, a 100 metrów dalej wieżowiec z pleksi albo kawałek secesji. I jaki film  na tych stu metrach kręcić?
– A Praga pięknie się wznosi od Mostu Karola po Hradczany. Zgoda, jest piękna pod względem architektury, historyczna. Tylko o to chodzi?
– Oczywiście, że nie tylko. Zgoda, my nie mamy starej Warszawy. Ale mamy w odległości paruset kilometrów co tylko chcesz: morze, jeziora, puszcze, góry jakie chcesz, nawet z połoninami. Wydaje się, że zachodni producenci powinni czekać u nas tłumnie w przedpokoju. Ale nie czekają!
– A u Czechów czekają. Bo co?
– Bo Czesi po prostu umieją produkować filmy, tak jak my nie umiemy.  Podam ci przykłady historyczne. Gdy Aleksander Ford kręcił w 1948 roku „Ulicę graniczną” o powstaniu w warszawskim getcie, plenerów nie szukał u nas na Nalewkach, ale – w Barrandovie.
– … to jest taki czeski Hollywood…
– Powiedzmy. W każdym razie tamtejsi dekoratorzy urządzili mu takie getto, że oryginalny Umschlagplatz wysiadał. Dla naszego „Janosika” w Barrandovie zrobili takie jaskinie, że rodzime tatrzańskie czy te pod Pieskową Skałą najzwyczajniej wysiadały. Ale to wszystko małe miki. Bo stan licznika jest taki, że zachodni producenci corocznie przynoszą w ząbkach do Barrandova nie mniej niż 80 milionów dolarów. I jeszcze się z tym bogactwem napraszają, bo  Hollywood na dzień dobry życzy sobie po 2-3 razy więcej za wszystko. Plus użeranie się ze związkami zawodowymi, co kosztuje zdrowie. A związki nie dopuszczą na plan statysty poniżej 100 dolarów za filmodniówkę. Tymczasem w Barrandovie za 30 dolarów  – aktorzy! – zaludniają trzeci plan punktualnie i z poczuciem misji. Co w roku 2002 spowodowało na tamtym terenie  „Tożsamość Bourne,a”, potem „Olivera Twista”, a stosunkowo niedawno bondziaka „Casino Royale”. Wszystko kosztach.
– Więc jak to będzie po czesku: „uczyć się, uczyć i jeszcze raz się uczyć”?
– Wiedziałem, że o to zapytasz i sprawdziłem. To będzie: Učit se, učit se a znovu naučit! Romku!!

Czerwony kapitan / Červený kapitan, reż. Michal Kollar 2016 filmweb

Media z moich stron

Nienawidzę życia zastępczego. Nic od siebie, wszystko z gazet. Ale co może na to niewolnik na plantacji?

Rzepa: „Idzie fala nowych powieści z Nigerii czy Ghany”. Niech się Stasiuk z Pilchem trzymają!

Życie gwiazd o Edycie Górniak (raz robiłem wywiad): „Jej szczęście nie trwało długo. Jak podaje Dobry Tydzień, dom, który miał być rajem na ziemi, okazał się koszmarem”. Nic nowego. Z relacji kolorowych pism wynika, że pani Górniak zawsze ma we wtorek raj, w środę koszmar. Albo odwrotnie.  I pomyśleć, że tak do us…..j śmierci…

Ponieważ dwie nasze najlepsze uczelnie przesunęły się w światowym rankingu z setki czwartej do piątej, głos zabrał odnośny minister Gowin. „Wicepremier przyznał, że trwają prace nad nową ustawą o szkolnictwie wyższym. – Daliśmy sobie, resortom, uczelniom, środowisku naukowemu – czas na solidną debatę. Trzy zespoły przygotowują konkurencyjne koncepcje reformy. Od października rozpoczynamy serię debat, całodniowych konferencji, których zwieńczeniem będzie we wrześniu 2017 roku narodowy kongres nauki. Tam przedstawię nowy projekt ustawy”. To najważniejsze! Jak się przyjmie ustawę, to cała reszta – bułka z masłem. Harvard już się trzęsie ze strachu.

Czytam w mediach z moich stron:  „Mieszkańcy Radawy zdecydowali: Bogusław Adamiec pozostanie sołtysem”. Nie rozumiem, o co chodzi, ale sprawa musi być poważna. Radawa to ostatecznie dla Jarosławia Saint Tropez.:

s1

Do książki o Wielkopolsce anegdotycznej – pochód pierwszomajowy:

s2

W Radiu Merkury na początku lat 90. nagrywaliśmy z kolegami z „Wprost” audycje publicystyczne: dialogi na umówione tematy. Najpierw gadaliśmy, a potem spotykaliśmy się, żeby wyciąć to co najciekawsze. Nagrywało się wówczas na taśmę i tę taśmę należało przyciąć na stole montażowym. Do tego pośledniego zajęcia dyrekcja radia oddelegowała redaktora-weterana, który dorabiał sobie na emeryturze. Spotykaliśmy się więc i pan redaktor ciął taśmę, a następnie początek i koniec odcinka nakładał na siebie i sklejał. W międzyczasie szedł do szafki, gdzie miał puszkę coli i brał parę łyków. Po pewnym czasie te końcówki taśmy już mu się w rękach nie chciały spotykać. Więc przychodziliśmy następnego dnia, czasem po trzy razy do jednej audycji. Dopiero po jakimś czasie ktoś nam wyjawił, że pan redaktor wprawdzie ma puszkę coli, ale w środku wcale nie ma coli, a przeciwnie. Dlaczego? Bo on w ten sposób odreagowywał swoje zawodowe upokorzenie. Teraz klei taśmę jakimś szczeniakom, a nie tak dawno był najbardziej zaufanym towarzyszem radiowcem w Poznaniu. Cyrankiewicz przyjechał na Targi, obsługiwał on, Gierek wpadł z „gospodarską wizytą” – on. A apogeum jego kariery przypadało corocznie 1 Maja. Stał na balkonie kamienicy przy Głogowskiej i zapodawał na całą Wielkopolskę, a częściowo i na całą Polskę: „Oto przed trybuną defiluje robotnicza Wilda…” A teraz – klejenie taśmy i puszka po coli…

Radio Merkury, środa 24 sierpnia 2016

Mili Państwo,

dziś Światowy Dzień Windowsa. Nie wiem jak państwo, ale ja, galernik klawiatury, obchodzę go, chcę czy nie, po dziesięć godzin każdego dnia. Po czym nastąpi nieuchronny ciąg dalszy, zwyczajny w naszym dziennikarskim fachu: pikawa zatrzyma się w połowie akapitu, kolega dosiądzie się do klawiatury, dokończy, wyśle tekst, zgarnie honorarium, bo mnie już będzie niepotrzebne i zajmie moje miejsce. Po czym wygłosi mowę, w której będzie ubolewał, że tak szybko opuściłem ten padół. Jedna z definicji dziennikarstwa brzmi: Drugi najstarszy zawód świata.

W kwestii imienin – dziś dolne strefy stanów średnich, jak poziom wody na Bugu we Włodawie, a to znaczy, że świętują: Eutychiusz, Cieszymir i Patrycy. Jak się poziom podniesie, zawiadomimy niezwłocznie.

Z cyklu: skrzydlate słowa – hasło reklamowe z czasów pierwszej sprzedaży akcji przedsiębiorstw w roku 1990. Brzmiało: Poznaj siłę swoich pieniędzy. Z siłą i z pieniędzmi było na razie skromnie. Kwitł handel turystyczny – każdego dnia odwiedzało w tym celu Berlin Zachodni ok. 120 tys. handlowców-amatorów. Przywożono głównie sprzęt wideo. „Mamy więcej wideo niż wideł” – skarżył się szef ludowców, Roman Bartoszcze. Przeciętny czas operacji finansowych w bankach wynosił 35 dni. Ale też w roku  1990 r. budżet państwa po raz pierwszy przeznaczył więcej na oświatę i służbę zdrowia niż na wojsko i milicję. Inflacja szalała, więc jaka to była sensacja, gdy olsztyńska firma pogrzebowa ogłaszała w lutym 1990 roku: „Podstawowe usługi pogrzebowe wykonujemy jeszcze po grudniowych stawkach”. Ale i my mieliśmy dłużników, którzy byli nam winni grube pieniądze: Iran, Nigeria i Angola wisiały nam w sumie 4 miliardy dolarów. Artyści w telewizyjnym „Kabareciku” Olgi Lipińskiej śpiewali: „Jak by do socjalizmu dodać trochę forsy, to resztę można by zostawić”.

Aforyzmy na dziś. Wersja exclusive, czyli  klasycy gatunku: Julian Tuwim: Nawet najpiękniejsze nogi gdzieś się kończą. Stanisław Jerzy Lec: Chociaż krowie dasz kakao, nie wydoisz czekolady. Sławomir Mrożek: Rewolucja – przewrót, po którym chłopi też nie chcą płacić podatków, ale już komu innemu.

Dane drogówki w kwestii wypadków w trakcie powrotów z wakacji są – jak co roku – zatrważające, więc sentencja Mieczysława Szargana: Dla niejednego prawo jazdy jest przepustką do wieczności.
I w tej samej sprawie Kubuś Puchatek na dziś: Wypadek to dziwna rzecz. Nigdy go nie ma, dopóki się nie wydarzy.

Więc niech się nie wydarzy, jak niewydarzony pozostaje –
Wiesław Kot

radiomerkury