Miesięczne archiwum: kwiecień 2016

Dave Macdolwell 2

Przypiąłem się do tego Dave’a Macdowella. Więc, żeby go mieć z głowy, choć maluje w ilościach hurtowych, kilka wizerunków muzycznych.:

s1

s2

s3

s4

I jedna zagadka. Po prostu nie umiem odgadnąć, kogo on posadził w tej nocnej kafejce, którą przejął od Edwarda Hoppera. Oryginał i parafraza. „Ja jestem nietutejszy, tutaj”. :

s5

s6

Ten fatalny Władek

Fronda.pl: „Koncelebrujący mszę świętą w Doylestown w stanie Pensylwania biskup Józef Wysocki określił Andrzeja Dudę i obecną na mszy Beatę Szydło >darem od Boga<. Oby więcej takich głosów!” Tak, myślę, że już najwyższy czas, by episkopat ogłosił uroczyście cały PiS „darem od Boga” w liście pasterskim, odczytywanym we wszystkich kościołach.

Pod informacją znalazł się dopisek: „We mszy św. wzięło udział około dwóch tysięcy wiernych, spora część miała ze sobą biało-czerwone flagi”. No, to chyba cała polonia amerykańska plus przyjezdni z Kanady.

Czytam: „Prezydent Andrzej Duda: Nie jestem ani zależny od prezesa PiS, ani nie jestem z nim w konflikcie”. To zupełnie jak ja z Dorotą.

Marszałek Senatu, pan Karczewski, wyjaśnił, że pani premier pojechała do Stanów „w określonym celu…” Jak ja wybierałem się do Stanów, to miałem dylemat: lecieć w celu określonym, czy nie. Na początku byłem raczej za tym, by lecieć w nieokreślonym celu, ale w końcu zmieniłem zdanie. Do dziś żałuję…

Nie milkną echa uroczystej mszy w białostockiej katedrze z uroczystym udziałem ONR-u, tego ich szyku bojowego, flag itd. Ale nie on, ulokowany przed ołtarzem, jest najciekawszy. Najciekawsze jest wyjaśnienie Kurii Archidiecezjalnej, która oczywiście nieustannie kontroluje co dzieje się w najważniejszej świątyni Archidiecezji. Ale nie tym razem. W jej komunikacie czytamy: „Incydent wynikł z niedopatrzenia administracji parafialnej”. Administracji, więc nie biskupa, księdza dziekana, proboszcza, księdza, który celebrował mszę. Skąd! „Administracja” to zapewne pan Władek, kościelny. Bo on ma klucze, otwiera, wpuszcza, zamyka. ONR-owcy stukali, więc otworzył, bo jak miał nie wpuścić…? Tak, wszystkiemu winien ten fatalny Władek…

Dren

dren – „przewód odprowadzający wodę”. Starsi Panowie:
„Dobranoc, dobranoc mężczyzno
Zbiegany za groszem jak mrówka
Dobranoc, niech sny Ci się przyśnią porosłe drzewami w złotówkach
Złotówki jak liście na wietrze czeredą unoszą się całą
Garściami pakujesz je w kieszeń a resztę taczkami w P.K.O.
Aż prosisz by rząd ulżył Tobie i w portfel zapuścił Ci dren
Dobranoc, dobranoc mój chłopie już czas na sen”.
drukować – „odbijać litery”. A wyniki meczów?
dur – Często pytam studentów na egzaminie: – To jak rozmawiamy? W dur czy w mol?
durszlak – „naczynie kuchenne z dziurkami”. Gdybym miał własną pamięć porównać do jakiegoś naczynia, byłby to durszlak.
dyktando – „Onego czasu wszedł Pan do klasy, a powitawszy uczniów swoich rzekł: – Wyjmijcie pióra wasze i zeszyty wasze, albowiem dyktando będzie wam dane. Zasmucili się tedy uczniowie na one słowa Pańskie i pytali: – Azali godzi się na ostatniej lekcji dyktando czynić?”

Dave Macdolwell

No to jeszcze kilka tych filmowych obrazków Dave’a Macdolwella. „Here’s Johnny!”:

w5

Każdy może mieć zły dzień, a co najmniej „pieskie popołudnie”.:

w4

Próba odpowiedzi na pytanie, jak wygląda Marsellus Wallace.:

w2

I czy „lecą żurawie”, czy też inne ptaki?:

w3

Help

The Beatles „Help” (1965). “Yesterday”,  „You Gonna Loose That Girl”, ale głównie piosenka tytułowa, bo to o mnie:
“When I was younger
So much younger than today
I never needed anybody’s help in any way
But now these days are gone
I’m not so self-assured
Now I find I’ve changed my mind
And opened up the doors”.

w1

Nieczytelni

We wszystkich mediach alarm na tę samą nutę, taki sam od kiedy pamiętam: „Jeśli Polacy nie zaczną czytać, wiecznie już będą skręcać meble i lodówki”. W czym problem? Przecież ktoś musi te lodówki skręcać. Sam od zawsze mam przekonanie, iż żyję w kraju składaczy długopisów i nie zamierzam się z tego powodu pochlastać. Ostatecznie za życia mojego czy mojej córki to się nie zmieni. Może nie razi mnie to dlatego, że pochodzę ze Wschodu, gdzie przed wojną (więc w pokoleniu mojej mamy) odsetek analfabetyzmu wśród starszych kobiet sięgał 80%.
Media biją na alarm, że niczego nie czyta 60% Polaków. Sądzę, że więcej. Gdyby do tej liczby dołożyć te 20-30% uczniów, którzy czytają, bo muszą, ale wcale nie są tym zainteresowani, okazałoby się, że niczego nie czyta 90% rodaków.
To by się zgadzało z moimi wrażeniami. Raz po raz przyłapuję się, że jak rozmawiam w tym czy innym gronie towarzyskim, to muszę się przestawić i zwracać do moich rozmówców jak do dzieci. To znaczy uprościć język, nadawać proste komunikaty, klepać banały. Bo inaczej nie złapię z nimi kontaktu. A przy tym sam nie uważam się za przesadnie bystrego…
Na zajęciach, zwłaszcza ze studentami zaocznymi, którzy mają już swoje lata i swoje przyzwyczajenia, nigdy nikomu nie zwracam uwagi, by odłożył smartfona, nie błądził po necie, nie pisał SMS-ów, nie sprawdzał wiadomości na fejsie. A telefonem podczas moich zajęć w sposób mniej lub bardziej zakamuflowany bawią się wszyscy. Nie zwracam uwagi z prostego powodu: wiem, jaka by to była dla niego tortura, gdyby musiał się przez półtora godziny skupić na jednym poważniejszym temacie. To tak, jak by dziecku zabrać grzechotkę i kazać się patrzeć w jeden punkt na ścianie. A przecież staram się mówić przystępnie, prowadzić dyskurs lekko, gdzie tylko się da wykładać anegdotą. Ale i tak, gdyby mieli wysłuchać takiego półtoragodzinnego eseju czy felietonu bez klikania w klawiaturę, to mówiąc językiem młodzieży – łeb by im urwało.

Ten sam temat. Newsweek, dziennikarz w tonie oskarżycielskim zadaje pytanie na temat zaniku czytelnictwa: „W Polsce nikt jeszcze nie uwolnił Siwka z pokładu Idy? Dzieciaki zmuszane są do czytania nudnych, kanonicznych klasyków?”
No tak, jego chyba jednak też nikt nie zmusił do „czytania klasyków”. Bo na „pokładzie Idy” pracował nie Siwek, lecz Łysek…

Zainteresowała mnie wiadomość z moich stron o charakterze internacjonalnym: „Podhalańczyk z Rzeszowa znieważył Portugalczyka?”
Poszło o to, że pewien portugalski uczeń w ramach wymiany z Erasmusa został (rzekomo) zaatakowany w rzeszowskim hotelu przez rasistowsko nastawionego polskiego wojskowego z jednostki podhalańskiej. Ten zawodowy wojskowy liczy sobie wprawdzie już 38 lat, ale za to dosłużył się stopnia starszego szeregowego…
To ja może w tym miejscu przytoczę tekst piosenki z Kabaretu Starszych Panów o pewnym niegodziwym Portugalczyku. Tekst, którego starszy szeregowy zapewne nie przeczytał:

„W tym ogrodzie za Książęcą
zmącił duszę mą dziewczęcą.
Potem ciało
zawiódł śmiało
na Frascati.
Tam, gdy z radia płynął walczyk,
wykorzystał Portugalczyk
mnie ze szczętem.
Kto? Vincente
Osculati.
A kiedy wschód
zaczął ciut
złocić kwiaty,
powiedział mnie
twardo, że
„Ne zaplati”.
Tak bezlitośnie tym zdaniem mnie zranił,
że nagle serce uwięzło mi w krtani!
Za oknem wiew
powiał z drzew
na Frascati:
„Osculati! Osculati!”
A kiedy wstałam i wyszłam bez słowa,
nie wyszedł za mną, nie dofinansował!
I nigdy nie
ujrzy mnie
z nim już Spatif!
Osculati! Osculati!
Portugalczyku, jak nóż
bezlitosny!
Naciąłeś dziewcząt jak róż
w kraju sosny,
że tylko szept z tobą szedł słów jak liści:
„Nie uiści!… Nie uiści!…”

Odsłuchane przed snem: Agata Christie „Karaibska tajemnica”. Motywy zbrodni z grubsza te same. Pewien sprytny facet rozgląda się za kobitkami, którą są mało rozgarnięte albo prezentują typ starej panny bez widoków na zamążpójście, ale mają odłożone trochę zaskórniaków. A potem tak kombinuje, żeby popchnąć je do samobójstwa i odziedziczyć spadek. Nie jest to, zdaje się, tylko angielska specjalność.:

p1

Dorsz

donatariusz – „obdarzony donacją”, czyli daniną. Dyżurny Donatariusz Kraju mieszka w Toruniu.
dormeza – „dawniej: powóz podróżny, urządzony do spania w podróży”. Znaczy: sypialny.
dorsz – dziś ryba ceniona. Po wojnie, kiedy brakowało wędlin, lansowano dorsze. Powiedzonko uliczne: „Jedzcie dorsze, gówno gorsze”.
drabant – „nazwa tańca polskiego, pośredniego między polonezem a mazurem, tańczonego na zakończenie wesela”. To zostało w narodowej tradycji. Do tańca tańczonego na dzisiejszym weselu o czwartej nad ranem żadna nazwa nie pasuje bardziej niż właśnie: drabant.