Miesięczne archiwum: grudzień 2014

White Christmas

Śniegu na dwa centymetry, ale zawsze. W pejzaż wszedłem pomostem:

A potem to już tylko pocztówka:

W wóz Drzymały odsunięty na zupełny margines historii we wsi Chomęcice:

Nie żyje Stanisław Barańczak. Kiedy składał wiersze z kawałków partyjnej nowomowy albo z urywków komunikatów w milicyjnym radiu, zarzucano mu, że nie wykształcił własnego języka poetyckiego. No i napisał wiersz dedykowany kobiecie, która zmarła w kolejce do mięsnego. Jakiego języka do tego użyć?
Zrobiłem z nim jeden wywiad. Pamiętam tylko, że mówił jak karabin maszynowy.

A już myślałem, że jakże istotna tematyka gender została porzucona, zapomniana, osierocona na fali tematów zastępczych jak „komercjalizacja Świąt” itp. A jednak! Dumny jestem, że to w moich stronach rozległ się mocny, stanowczy głos wskazujący temu zagubionemu światu prawdziwe niebezpieczeństwo: „- Widzimy dzisiaj przemoc ideologii, które się jawią na horyzoncie. Socjologowie wyraźnie mówią o przemocy ideologii gender – mówił podczas pasterki metropolita przemyski arcybiskup Józef Michalik”.

Ciąg dalszy z mojego miasta: 26-latek porysował szyby i lakier opla astra na sumę 2,5 tys. zł. Schwytano go. „Grozi mu kara pozbawienia wolności od trzech miesięcy do pięciu lat”. Oj tam, oj tam. Na pewno nie dostanie pięciu lat tylko trzy. I wyjdzie po dwóch za dobre sprawowanie.

Ks. Adam Pawłowski z Poznania nadal apostołuje przed klubami go-go i w podobnych miejscach. Nawraca także homoseksualistów i proponuje im skuteczną terapię, która zmieni ich w hetero. Jego działalność jest najzupełniej zrozumiała w kontekście np. takich doświadczeń: „Kiedyś rozmawiałem z homoseksualnym mężczyzną w jakimś zwykłym pubie. Mówił, że jest szczęśliwy i zarzucał Kościołowi, że czepia się gejów, zarzucał mi różne rzeczy. Trzy godziny później ten sam mężczyzna płacząc mówił, że nie widzi sensu życia, chce popełnić samobójstwo i prosił >>niech mnie ksiądz ratuje<<„. /Głos Wielkopolski/

Acana „As Bright As A Thousand Suns” (2012). Wbrew tytułowi płyty kierunek muzyczny określany jako “darkwave”. Szwedzki zespół, który nieśpiesznie wydaje klimatyczne płyty. Żałobno-napuszona tonacja. Bębny dudnią jak przed bliżej niesprecyzowanym a ponurym obrzędem. W tle elektronika, ale taka bardziej średniowieczna. I chóry – mnisi, nie mnisi, ogólne murmurando. Kiedy się kończy, człowiek przyłapuje się na pytaniu: czy ja tego wysłuchałem, czy może wcale nie. Bo poza ogólnym wrażeniem wiele nie zostaje:

Szal

 

Szal

Ktoś dusi panienki szalem, a winę zrzuca na magnata prasowego od mody. Do czasu.

Spektakl trzyma się na inspektorze Yeatsie – Krzysztof Chamiec: zdystansowany, ironiczny, w szczytowej formie.
Poza tym: Stanisław Zaczyk, Zygmunt Kęstowicz, Kalina Jędrusik, Michał Pawlicki, Mieczysław Voit, Tadeusz Bartosik.

Anglia, ale wszystkie samochody (a jest ich kilka) mają kierownicę po lewej stronie. Raz po raz słychać, jak w trakcie akcji (w pustym mieszkaniu) ktoś albo coś z hukiem wali się na podłogę (poza kadrem). Albo dekoracja się obaliła, albo kamerzysta zaliczył glebę.

Morderca wpada, bo dał się podejść. Skarżył się inspektorowi, że dostaje anonimy. Tyle że w bzdurnych sprawach. Jak mu anonim wysłał sam inspektor w sprawie, która mogła go naprawdę dotyczyć, ten się już nie skarży. I śliwka w kompot.

Szal (3 odcinki), wg. Francisa Durbridge’a, reż. Jan Bratkowski 1970

Dzień osłupiały

„ – jeszcze przychodziły dnie osłupiałe, chorością sine, ckne, stękliwe, oropiałe i zgoła lamentem przejęte, a lodowym światłem mżące – dnie trupie, że ptactwo z krzykiem uciekało do borów, trwożniej bełkotały wody i toczyły się leniwo, jakby strachem stężałe, ziemia dygotała, a wszelaki stwór podnosił czujące, lękliwe oczy na północ – w niezgłębioną topiel chmur…” /Reymont, Chłopi, t.2 Zima/
Dziś atmosferka identyczna jak u klasyka. „Sina chorość” trzykrotnie:

A końcowa część spacerku to już po omacku:

Wczoraj widzieliśmy księdza, który odszedł od kościoła. Odszedł mianowicie od poznańskich dominikanów, u których nawet dziedziniec zamknięty był kratą. Duchowny pokołatał i odszedł. Bo nam się ubzdurało, że w „tę świętą noc” kościoły będą pootwierane. Ludzie po wieczerzy pójdą obejrzeć szopkę, te sprawy. Byliśmy pod bodaj dziesięcioma świątyniami poznańskimi, włącznie z bernardynami, gdzie jest największa w Polsce szopka, i nic. Wszystko zamknięte na głucho, pogaszone. Pan Jezus rodzi się w ciemnościach, w opuszczeniu, za kratą…

Koniec odsłuchiwania: Vincent V. Severski „Nieśmiertelni”:

Szalenie to reklamowane na bilbordach jak Polska długa i szeroka.
Historia wywiadowcza w stylu Forsytha. Polski wywiad zaangażowany w utrącenie produkcji bomby atomowej w Iranie. Akcja skacze od Warszawy przez Sztokholm, Moskwę, Kaukaz do Teheranu. Środowisko szpiegów, specnazu, policji kryminalnej, wywiadu. Autor niewątpliwie pozostaje pod urokiem tych surowych, ale jakże dzielnych ludzi. Choć ich też cieniuje, np. białoruscy agenci to mięczaki i nieudaczniki. Nic dziwnego, że giną. Sporo realiów miejscowych, widać, że autor bywał.
Jak dla mnie najciekawszy był wątek byłego pilota samolotów rolniczych Antek. Wycofanego z zawodu, podobnie jak jego samoloty. I teraz dostaje on szansę powrotu i zarobku, jeżeli wydostanie Antkiem (składakiem) polskich agentów z Iranu.
Nieznośna jest natomiast ta słowiańska czułostkowość, te powłóczyste a porozumiewawcze spojrzenia pełne ukrytych znaczeń, te nagłe a głębokie zamyślenia, to interpretowanie przez jednego agenta, co drugi agent mógł mieć ewentualnie głębinowego do przekazania, kiedy tak tajemniczo się odezwał.
I lektor: Krzysztof Gosztyła. Czyta powoli, z namysłem (dlatego odsłuchiwanie powieści zajęło  mi jakieś 150 kilometrów). Nadinterpretuje. Jeżeli powie, że agent „szedł ulicą”, brzmi to tak,  jak by przechodziła procesja w Boże Ciało.

SBB „Wicher w polu dmie” (składanka 2005). Tytułowy kawałek – rock improwizowany. Skrzypce i gitara napędzane perkusją. Wyjątkowo dobrze się słucha. Zwłaszcza jak się właśnie wróciło z pola, a wiatr faktycznie przewiał. I to „Cięcie”, którego słuchałem jak objawienia, gdy miałem 15 lat. A jego fragment wykorzystali do czołówki Studia 2. W tamtych czasach – też objawienie:

Alfredo Rodriguez „The Invasion Parade” (2014).  Pianista z Kuby. “Afro-Cuban Jazz”. Jego gra spodobała się Quincy Jonesowi. Kiedy chłopak próbował przemycić się do Stanów, policja najpierw go aresztowała, a potem wpuściła do kraju, gdy powołał się na Jonesa. Tę płytę produkuje właśnie Jones. Kawałki latynoskie: prześmiewczo potraktowana „Quantanamera” i wystylizowane „Quizas, quizas, quizas”. Końcowy taneczny numer nazywa się „Cubismo”:

Pamięć absolutna / Total Recall

 

Bohater idzie do zakładu usługowego, by mu wszczepili wspomnienia. Proponują standard: że był sławny i bogaty, że miał kochankę, lub że był agentem w typie Bonda. Ludzkie marzenia są bardzo ograniczone.

Karabiny niby mocno przyszłościowe, prawie laserowe, a łuski sypią się z nich jak z kałacha.

Jak najskuteczniej napuścić jedną babę na drugą? Przypomnieć jej, że ta druga odebrała jej faceta.

Uwaga ogólna: jak się ogląda tego rodzaju filmy, gdzie wszystko streszcza się do pościgów, pogoni i strzelanin, to czas bardzo szybko płynie. Z prostego powodu. Mija pół godziny fabuły i, mimo że mnóstwo się dzieje, to nic się nie wydarzyło. Więc człowiek patrzy, co dalej. A dalej też nic albo prawie nic. Odwrotnie – w trakcie oglądania filmów nabrzmiałych od znaczeń mam ochotę zatrzymać projekcję. Pomyśleć, starać się zapamiętać, zapisać coś. Bo nie dam rady tego wchłonąć, bo mi ucieknie. I zwolnić. Na Boga – zwolnić!

Pamięć absolutna / Total Recall, reż. Len Wiseman, 2012 filmweb

Cicha, święta itd.

To dziwne, ale jak się wyjedzie za miasto, ta noc nie różni się od wszystkich innych nocy:

Już siadaliśmy do wieczerzy, a tu zmarł reżyser Krzysztof Krauze. A że to chrześcijański obowiązek pożegnać zmarłego, daliśmy się wciągnąć w medialny kontredans. I pierwsza gwiazdka nadaremnie migała w przestworzach.

Pani poseł Krystyna Pawłowicz na wPolityce.pl: „Sałata, choćby kilka kęsów, jest niczym wobec wykańczania w Sejmie naszej Ojczyzny”.

Wyborcza: „W dwóch wiedeńskich kościołach wiszą tablice ku czci gen. Alexandra Löhra. Ten oficer hitlerowskiej Luftwaffe, odpowiedzialny m.in. za bombardowanie Warszawy we wrześniu 1939 r., po wojnie został skazany na śmierć za zbrodnie”.
Ja tam rok temu widziałem tablice ku czci „towarzyszy broni spod Stalingradu”. I to jest całkiem na miejscu. Ostatecznie oni byli tam w delegacji, by bronić chrześcijańskiej Europy przed – potencjalnym – zalewem bezbożnictwa. Tylko akurat pod Stalingradem im nie wyszło…

Jeden z newsów na witrynie Radia M.: „Wykład ks. prof. dr. hab. Tadeusza Guza, kierownika Katedry Filozofii Prawa KUL, na temat >>Filozofia Friedricha von Schellinga a chrześcijańskie pojęcie małżeństwa<< wygłoszony podczas spotkania z Redakcją >>Naszego Dziennika<<.” Domyślam się, że kwestia pojęcia małżeństwa u Schellinga jest dla redaktorów Naszego Dziennika, a zwłaszcza dla jego czytelników, zupełnie fundamentalna. Warto ją zachować na ekstra okazje, np. na Święta.

„… dlaczego miesiąc po wyborach samorządowych w mediach głównego nurtu…” – media prawicowe nie robią nic innego, tylko komentują to, co się ukazało w Wyborczej i TVN. Z całkowitą pogardą dla tego, co się publikuje w ich macierzystych środkach komunikowania. A przecież jest wspaniały wykład ks. prof. Guza o pojęciu małżeństwa u Schellinga…

Jak ja uwielbiam teksty, które się tak zaczynają: „Wściekły jazgot kolejnej nagonki na opozycję, rozpętanej by zagłuszyć …”  /Gazeta Polska Codziennie/

Bractwo Kurkowe „Już gwiazdeczka się kolebie” (1972). Jak to u Piotra Janczerskiego i kolegów: trochę ludowizny, trochę bigbitu. Gitary i fujary. Do tego teksty – wcale nie swojskie, bo też trzeba umieć napisać. Strasznie napuszone, z tymi wszystkimi opłatkami, wigiliami, talerzem dla niespodziewanego gościa, dzwonami, saniami. Czyste fryzjerstwo. Ale słucham, bo po raz pierwszy słuchałem, jak miałem 13 lat:

Stary człowiek i morze / The Old Man And The Sea

 

Anthony Quinn jako Santiago. Swojskość i posągowość w jednej osobie.

84 dni nie złowił ryby. Pech dla całej osady. „- Ale on się nie poddaje. Co za godność!”

„- Bóg ześle mi wielką rybę!”

„- Obudzić cię rano? – Moim budzikiem jest wiek”.

„Masz coś do jedzenia? – Na dziś mam.”

„Wszystko, co pochodzi z morza jest dobre. Oprócz meduz i rekinów”.

„Szacunek jest ważniejszy niż życie.”

„Kocham cię i szanuję, ale nim skończy się ten dzień, zabiję cię”. /do wielkiej ryby/

Opowieść o tym, jak Santiago zabił samicę marlina (bo samica zawsze je pierwsza, także przynętę), przytroczył ją do łodzi, a samiec cały czas płynął obok. Dopóki samica nie została poćwiartowana.

„Można być zniszczonym, ale nie pokonanym…”

Stary człowiek i morze / The Old Man And The Sea, reż. Jud Taylor, 1990 filmweb

Drivin’ home for Christmas

W przeddzień Świąt: wszystkim, którzy to czytają – wszystkiego.
Tym, którzy czytali jakiś poprzedni wpis, współczuję zmarnotrawionego czasu. Mam nadzieję, że wyciągną wnioski.

Miałem nigdzie nie łazić, bo duje i zacina. Ale jak pomyślałem, że kolejny dzień w fotelu… Nad jeziorem było w miarę:

W lesie – gorzej:

Potem pstrykałem tylko wyższe gałęzie, bo tylko to było widać:

Wreszcie daleką szosę Poznań-Wrocław. I tych za kierownicą, którzy do domu na Wigilię…:

Na koniec uliczkę, w której zostawiłem samochód:

Zmarł Joe Cocker. Media piszą – jak zwykle – że „legendarny rockman”. Zawsze wtedy mam ochotę poprosić, żeby przywołali bodaj jedną marną legendę związaną ze zmarłym. A oni nigdy nic.
Moje wspomnienie jest takie: rok 1985, kupiłem walkmana za całą pensję asystenta na uczelni. Chodzę i słucham. Zaczepiła mnie staruszka i pyta, gdzie dostałem taki aparat słuchowy, bo ona też nie dosłyszy. A u mnie w słuchawkach Joe Cocker „You can leave your hat on”. O tym, że panienka powinna się rozebrać, ale “kapelusz możesz zostawić”.

Fakt eksponuje tytuł: „Doszło do rękoczynów. Staruszkowie pokłócili się o seks”.
Przez sekundę myślałem, że to my z Dorotą trafiliśmy do tabloidów.

Fronda.pl oburzona, że telewizja nada w Święta program kabaretu Neonówka „Pielgrzymka do miejsc śmiesznych”. Głos internauty: „To co, bojkotujemy? Czy od razu organizujemy krucjatę różańcową?”

Na Fronda. pl niezwykle pouczający wywiad z ojcem Leonem Knabitem, benedyktynem z Tyńca. Co mnie zainteresowało, bo widziałem niedawno, jak mocno go tam lansują. Piszą o o. Knabicie, że to „najbardziej znany w Polsce benedyktyn.” Bo przecież mnichom o nic tak nie chodzi, jak o bycie znanym. Zaraz pomyślałem też: kto jest najbardziej znanym dominikaninem? O. Góra, o. Wiśniewski? Trudno rozsądzić. A kto jest najbardziej znanym cystersem? Bernardynem? Jezuitą? Co do jednego tylko nie ma najmniejszych wątpliwości – kto jest najbardziej znanym redemptorystą.
Ojciec Leon mówi mnóstwo ciekawych rzeczy. Właściwie wywiad należałoby zacytować w całości. Ale choćby:
„Ponieważ w mediach pozakościelnych jest wiele półprawd, przemilczeń i niedomówień, co w efekcie daje sfałszowany obraz rzeczywistości, media katolickie powinny wabić prawdą podaną w sposób zgrabny i atrakcyjny…”
Z tego zdanka wynika, że media katolickie nie kłamią, nie manipulują, uparcie trwają przy prawdzie – najwyżej czynią to mało efektownie. Jak to powiedzieć, żeby nie ranić w samo Boże Narodzenie? Cóż, czy ktoś, kogo od realnego świata oddziela gruba ściana, naprawdę musi wypowiadać się publicznie? I jeszcze pouczać?
Końcowe pytanie i odpowiedź:
„- Znał Ojciec św. Jana Pawła II. Gdyby dziś miał Ojciec wskazać na coś co powinno się zmienić w Polsce, bądź decyzję, która podjęta ucieszyła by Ojca Świętego co by to było?
– Oczywiście, doprowadzić do zmiany władz państwowych.”

Krzysztof Zanussi 2014: „Model kobiety wyzwolonej jest zły. Kulturowo i biologicznie”.
Internet: „Produkcja lodówek wychodzi Ci lepiej”.
Od siebie dodam, że już z końcem lat 80., kiedy Zanussi nakręcił już dobre filmy i zaczął kręcić te drugie, pisałem (w tytułach ogólnopolskich!), że jego możliwości umysłowe są stanowczo przeceniane.

Pewne wydawnictwo powiadomiło, że chce zacytować fragment mojej starej książki w czymś w rodzaju podręcznika szkolnego. Chwilę się wachlowaliśmy, bo nie było wiadomo, kto ma prawa do tego druku. Mnie to było z gruntu obojętne, a nie mogłem sprawdzić, bo książeczki nie mam. Wydawnictwo powiadomiło, że prawa mam ja. Odpisałem:
„Szanowna Pani Redaktor,
wiadomość o nagle nabytych prawach spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Długo nie mogłem się pozbierać, a trauma będzie się ciągnęła do końca życia. Więc jeżeli w związku z tym mogę coś dla Państwa zrobić, padam do nóg. Jeżeli nie – zapomnijmy o całej sprawie.
A fragment wybrali Państwo rzeczywiście przepiękny. Przeczytałem i – nie ukrywam – wzruszyłem się. Postanowiłem, że oprawię go w ramki, a małżonka nauczy się na pamięć i wygłosi gościom podczas ich świątecznych wizyt.”
Wydawnictwo zareagowało cierpko, że cieszą się, iż jestem w dobrym nastroju. Ja:
„Szanowna Pani Redaktor,
ja też się cieszę, że jestem w dobrym nastroju. Jest to zresztą jak dla mnie jedyny powód, aby się cieszyć”.
Na to oni, że podsyłają kwity do podpisu. Nawet bez „pozdrawiam”.
Cóż, nie jestem tak dowcipny, jak mi się wydaje…

Itzhak Perlman „Tradition” (1986). Troszkę wirtuoza z filharmonii, troszkę z weselnego muzykanta. Na cieńszych strunach Perlman wyciąga wyjątkowo żałościwe nuty. Cały smutek, całą melancholię żydowskiego żywota. Bo – wiadomo – „Me yiddishe mame” to nie piosenka dla Rothschilda, lecz dla Tewje Mleczarza:

„A London Concert” (2001). Świadectwo mody na muzykę włoską w XVII-wiecznej Anglii. Sonaty kilku kompozytorów: Handla, Williama Babella, Thomasa Arne, Michaela Festinga… Londyn był wtedy handlową stolicą świata, a miał aspiracje, by zostać także kulturalną. Stąd czerpanie wzorców z miejsc, które już taką stolicą bywały. W sumie – barok międzynarodowy:

Kolędnik

Samochód na przeglądzie i wymianie oleju. Po ulicach wiatr jak by się kto obwiesił i zacinający deszcz, więc nawet tam ciężko zrobić te należne 10 kilometrów. Nic tylko siedzieć, gapić się na choinkę, odpowiadać na życzenia „od osób i instytucji”, których nie znam lub nie pamiętam.

Dorota kupiła komplet nowych lampek. Też chińskie, ale te przynajmniej świecą. I z rezygnacją zademonstrowała mi bombkę-Mikołaja, który ma skośne oczy:

Sąsiedzi z naprzeciwka pięknie udekorowali światełkami balkon. Rzuciłem się pstryknąć mu fotkę w nocy, ale wszystko było już wygaszone. Rano też. Świecą tylko wieczorem, czyli w prime time. Poznań.

Stałem się drugą – po wytwórni Sony – istotną ofiarą ataku hakerskiego w tym sezonie.  Komenda Miejska w Sosnowcu zwróciła się z prośbą o kontakt, ponieważ namierzyła jakiegoś hakera, który miał na dysku zabezpieczonym przez policję również mój adres mailowy. Zastanawiam się, co mógł z mojej korespondencji zhakować, by mnie szantażować. Najniebezpieczniejszy towar to chyba jednak mail do Doroty, że na obiad życzę sobie nie grochową, lecz pomidorową. Wiadomo, że nie o jedzenie tu chodzi, lecz o hasło. „W Paryżu najlepsze kasztany…”

Wyborcza pyta swoich czytelników: „Myślisz, że jesteś mistrzem kolęd i znasz wszystkie? Mylisz się”. A ja tylko chciałbym zobaczyć faceta, który mówi o sobie: Jestem mistrzem kolęd. I nie jest prowincjonalnym organistą.

Z mojego rodzimego miasta bezprawia: „24-latek uprawiał w kuchni konopie indyjskie”. Internauta: „A ja w kuchni uprawiałem z Zośką sex – i co?”

Alessandro Scarlatti „7 Concerti con Flauto”. W czasach Scarlattiego (XVII-XVIII w.) kompozytor mógł się realizować albo w kościele, albo w operze. Scarlatti próbował i tu, i tu. Na szczęście możnych protektorów nie brakowało. I wszyscy chcieli kompozycji na instrumenty strunowe, zwłaszcza skrzypce. Ale Scarlatti nie zaniedbywał i fletu, który zawsze miał w jego koncertach swoje partie. Nie jest tak rozchichotany jak u Vivaldiego. Raczej dostojnie towarzyszy poważnym instrumentom:

Philips Glass Ensamble „Glassworks” (1993). Ten nieustający minimalizm. Ten sam motyw muzyczny, powtarzany uparcie z niewielkimi zmianami. Najpierw rzecz wiedziona na fortepianie, potem na rogu ze stowarzyszeniem innych dęciaków, wreszcie w formie coraz to bogatszych tutti. Ale zasada ta sama. Powtarzanie w kółku tego samego motywu, aż po fazie znudzenia i odrzucenia, myślisz: To chyba już tak musi być…:

Świat się śmieje / Wiesołyje riebiata

 

Lubow Orłowa

Melodie Izaaka Dunajewskiego wyszły z filmu i żyją własnym życiem. „Serce to najpiękniejsze słowo świata”.

Reklama życia w Związku Radzieckim. Jaka ta kołchoźnicza wieś – wstępny pasaż – jaka zamożna, jaka obfita. Kręcone w czasie Wielkiego Głodu na Ukrainie.

Satyra na drobnomieszczaństwo:
– Nad czym pan teraz pracuje, mistrzu?
– Nad Beethovenem.
– Jakże mu zazdroszczę.

Qui pro quo – śpiewający pastuch wzięty za zagranicznego wirtuoza. Pastuch ze swoją trzodą na salonach. Kontrast klasy gnijącej z przedstawicielem proletariatu wiejskiego.

Całkiem realnie, ale i metaforycznie: bydło wchodzi na salony. Pałaszuje ze stołów i pije. Kiedy byk zmożony ponczem pada na posadzkę, słychać arię: „Zabili byka…”

Kiedy oglądałem to jako dzieciak, zawsze śmieszył mnie ten grubas, który zapomniał okularów, siada do stołu, soli prosiaka, który leży na talerzu, bo wcześniej się upił, dźga go widelcem, prosiak przeraźliwie kwiczy, a grubas omal nie pada na serce.

Scenę hałasującej orkiestry ściągnęli nasi w „Piętro wyżej”.
Ale swing, schody w kabarecie, saksofony, srebrne cylindry – wszystko z USA.

W finale swing przechodzi w pieśń masową.

Świat się śmieje / Wiesołyje riebiata, reż.  Grigorij Aleksandrow, 1934 filmweb

Siódma pieczeń

Wchodzę rano do poznańskiego studia TVN-u, a redaktor wita mnie pytaniem: „- Kto dzisiaj umarł?”. Odpowiada mu gromadny śmiech z news roomu. Bardzo zabawne…

Nasz Dziennik tryumfalnie donosi o zamknięciu dwóch klubów go-go w Krakowie, co ma być efektem maratonu modlitewnego. Ale ilustruje to zdjęciem klubu go-go z Poznania. „Za nimi pójdą inni..?”:

Odebraliśmy pierwsze tego roku życzenia świąteczne, które na pewno nie są konwencjonalne, zwyczajowe i płyną z głębi serca. Przed Biedronką stał nasz znajomy, który poprosił, by kupić mu majonez, bo marchew już ma. Więc Dorota kupiła ten majonez, a do niego pękatą reklamówkę produktów różnych, w tym do picia, oczywiście. Więc jak ten nasz znajomy odebrawszy reklamówkę życzył nam „- Wesołych Świąt!”, to jakoś byliśmy pewni, że mówi to szczerze.

Ktoś ze znajomych przyniósł mi z kina ulotkę reklamową. Awers zachęca do kupna mojej książki:

Na szczęście ulotka ma też rewers:

Cała moja nadzieja w tym, że ktoś się pomyli i kupi nie tę książkę.

Pitaval jarosławski cd. W okolicznych wioskach Skołoszów i Ostrów wystąpiła plaga kradzieży, ale sprawców już schwytano. Złodzieje nie byli wybredni. Ich łupem padły: „akumulator, pilarka spalinowa oraz hodowlany królik”. Miejscowa komenda chwali się sukcesem: „Funkcjonariusze odzyskali akumulator i królika”.

Polonia Christiana: „Szeroko rozpowszechnione jest fałszywe pojmowanie miłosierdzia. Myślę, że wzorem tej cnoty może być Święta Inkwizycja walcząca o duszę oskarżonego” – tłumaczył ks. Roman Kneblewski podczas konferencji „Ignis Ardens”. Po polsku „Ogień gorejący”. Jak na konferencję o Inkwizycji całkiem trafiona nazwa.

Oglądam klasyka pt. „Siódma pieczęć”. Dorota pichci coś w kuchni, ale jednocześnie zerka w telewizor, gdzie idzie program kulinarny. Pytam, czy to może „Siódma pieczeń”?

„Cup Of Time Plays Namysłowski” (2014). Namysłowski, który nie brzmi jak Namysłowski, wyjąwszy rozpoznawalne od razu tematy góralskie. Zespół ustawiony jak typowy kwartet smyczkowy, ale zamiast pierwszych skrzypiec gra tu flet, a zamiast altówki – akordeon. W takim układzie może zręczniej byłoby grać Piazzolę, ale to przecież już było. A Namysłowski jeszcze nie był (chyba) tak oryginalnie reinterpretowany:

Antonio Soler „6 Concertos”. Dwaj wirtuozi zrekonstruowani po latach. Jest coś tragicznego w tym, że tylu wirtuozów koncertowało i zmarło nie zostawiwszy po sobie ani jednego zapisu dźwiękowego. Pozostały zapisane we wspomnieniach deklaracje zachwytu. Antonio Soler to XVIII-wieczny kompozytor hiszpański, ale tej Hiszpanii jakoś u niego nie słychać. Jest za to w tych utworach na 2-3 instrumenty sporo pogody i wesołości. Międzynarodowej: