Miesięczne archiwum: sierpień 2014

Mimozami…

Fotografuję słoneczniki:

I przyłapuję się, że gdzieś to już widziałem, a nie mam na myśli Van Gogha. Oczywiście „Wesele”:
„Jak te obrazki
co maluje Stanisławski
z jabłoniami i bodiakiem
we złotawym słońcu takie.”:

Że w kółko te jesienne obrazki? Albo to ja jeden mam obsesję. Jak się słynny malarz Leon Wyczółkowski (1852-1936) dopiął do jesiennego wyrywania buraków, to nie umiał się odczepić:

„Nasz Dziennik” przypomina, że w moich rodzinnych stronach rozwija się akcja „Podkarpackie Wesela bez Toastu”, co polega na wyprawianiu wesel bez częstowania kogokolwiek alkoholem. Wcale się nie dziwię: tego typu uroczystości mają w moich stronach długą tradycję. Sam byłam swego czasu na prymicjach, gdzie goście bawili się świetnie i coraz lepiej. A na stole ani jednej butelki wódki, wina czy nawet piwa.
Tylko jeden chłopczyk podszedł do skrzynki z butelkami oranżady, otworzył i przechylił. Odratowano go z trudem.

Planowany jest także Rzeszowski Marsz na Rzecz Trzeźwości. „Jest na razie jedyną tego typu inicjatywą na rzecz trzeźwości w woj. podkarpackim.” Najwyższy czas. Organizatorzy:  „Wystarczy wspomnieć, że na przestrzeni ostatnich 15 lat liczba punktów sprzedaży alkoholu w stolicy Podkarpacia wzrosła pięciokrotnie z 40 do co najmniej 200.”

A jeśli chodzi o dzieci, na tego typu imprezach „przewidziane są także gry, zabawy, konkursy dla dzieci pod wspólnym hasłem >>Zabawy w Krainie Świętego Michała Archanioła<<.” To bardzo dobry pomysł. Św. Michał ma miecz, włócznię, zbroję, szyszak. Jeździ na spienionym rumaku, walczy z wężami, potworami, smokami i szatanami, które przyoblekają wyjątkowo szpetne i fantazyjne kształty. Słowem: „Władca pierścieni” to przy tym pikuś.

Na ulicy Sielskiej, obok mnie, pracownia usługowa „Farma snu”.

Jakieś 30 lat temu usłyszałem jak Sergio Mendes i jego zespół interpretują „Fool on The Hill” Beatlesów. Idealne na sjestę w upalne popołudnie. Dziś wróciło to do mnie rykoszetem. Odsłuchałem obszernego wyboru tych samb, rumb, bossanów itd. z podwójnej płyty. Wiele z nich to evergreeny. Ale zaaranżowane na jedno kopyto do tego stopnia, że trudno odróżnić jeden od drugiego.
„- Chcesz posłuchać Sergio Mendesa? – Sam jesteś mendes.” I to by było na tyle w temacie dialogów z moją żoną o muzyce:

Pies andaluzyjski / Un chien andalou

 

Uchodzi za pierwszy film “gore”.

Facet nim przetnie kobiecie oko brzytwą, spojrzy tęsknie na księżyc w pełni.
Mężczyźnie z dziury w dłoni (stygmat?) wychodzą mrówki.
Na bruku odcięta ręka, gap trąca ją laską. Zaciekawiony.
Mężczyzna ciągnie uwiązany na sznurach fortepian. Na nim ucięty łeb byka. Do tego powiązani sznurami jezuici (jeden z nich to współscenarzysta, Salvador Dali).
Ćma z trupią czaszką na grzbiecie.

Pies andaluzyjski / Un chien andalou, reż. Luis Bunuel, 1929 filmweb

Łowca jeleni

Jesień. Owocują głogi. Rano odwożę Dorotę do pracy ulicą Głogowską, zaraz potem idę do lasu i też – głogowska:

W komentarzu do bloga (ciągle się dziwię, że ktoś to czyta) informacja, iż złote jelenie pod Pałacem Kultury, które dały nam w lipcu chwilę wesołości, ktoś zdewastował. Reprodukuję więc zdjęcie historyczne:

Kiedy tak stałem w otoczeniu jeleni („- Jeszcze jeden” – mówiła Dorota), nie rozumiałem, co do mnie mówią. Teraz czytam: „Kiedy ktoś do nich podchodził, jelenie zaczynały >>mówić<< ludzkim głosem. W rzeczywistości można było usłyszeć nagrane przez artystkę wypowiedzi kilkudziesięciu mieszkańców Warszawy na temat znaczenia teatru w ich życiu.” I to było bardzo prawidłowe i bardzo na miejscu. Jak ktoś chciał się dowiedzieć, jakie jest miejsce teatru  w życiu warszawiaków, to powinien był pójść pod Pałac Kultury, przechadzać się przed szpalerem jeleni pociągniętych złotkiem i słuchać. To najprostszy sposób, by zdobyć odpowiednią wiedzę w tej materii.
Jeleniom wyrwano rogi.
Red. Andrzej Niczyperowicz („Głos Wielkopolski”):
– Kochanie, dzisiaj pójdę z kolegami na partyjkę kręgli. Będziemy grali do rana. Nie masz nic przeciwko temu?
– Idź, idź koniecznie; przecież za rogi cię nie trzymam!

Na parkingu kolejny pan w stadium pilnego zapotrzebowania. Zanim dostał, wykonał prezentację. Okręcił się na pięcie: „- Widzi pan? Nie jestem menelem! Spodnie odprasowane, buty czyste, prawie wcale niezabłocone.”

Jazda w tramwaju jak telenowela: pasażerowie do telefonów opowiadają fragmenty życiorysu. Jeden się zakochał, dugi spłaca kredyt, trzeci pilnuje na odległość, aby mu dosolić zupę.

Podczas spaceru w Komornikach pstryknąłem domek. Ot, jeden z tysięcy w okolicy, który akurat zmienia przeznaczenie:

W pomieszczeniu sklepowym tuż obok, na Głogowskiej, był, jak się wprowadziliśmy trzy lata temu, „Zakątek sztuki”. Przez szybę, z ulicy widywałem tam pewną nieskończenie smutną panią. Otwierała i zamykała punktualnie. Nigdy nie widziałem, aby ktokolwiek zaszedł do środka.
Potem w tym samym lokalu były „artykuły do spania”. Po nich żywność ekologiczna,  moda dla dzieci, trafika… Teraz są tam „chwilówki”.

Miesięcznik „Kino” sprzed paru lat, w którym akurat grzebię, ma taką zagadkę literacko-filmową. Kto, mianowicie, uczestniczy w tym dialogu:
– Trzy setki – zapodał Peresada.
– Lepiej trzy ćwiartki – ja mówię.
– Trochę taniej wychodzi niż na kieliszki.
– Co na zakąskę? – spytała kelnereczka. – Pan nie musi – uśmiechnęła się do mnie. – Pan konsumpcję już konsumował.
– Na zakąskę? Zimne nóżki. Dwie porcje. I ocet.
– Trzy porcje pani da. Przekąskę też – rzekłem.
– Dobrze się rzyga po zimnych nóżkach – zauważył naukowo Peresada.
Ja po tej odezwie Peresady dużo straciłem w oczach kelnerki. Takim cię piszą, jakim cię widzą. I jakim widzą tego, z którym przesiadujesz, z którym uprawiasz sedenterię – dodajmy do przysłowia. Ale nie szkodzi. Niech piszą, jak chcą i co chcą.

Barokowa muzyka dworska – stworzona, by umilać czas. Ludziom pracy, jak to na dworze. Oto sonaty Antonio Bertaliego (1605 – 1669). W Wiedniu nadworny kapelmistrz cesarza Ferdynanda II. Popularny „Przewodnik koncertowy” go nie uwzględnia, zapewne nie najwyższa liga. A przecież ładnie grają:

Nosferatu – symfonia grozy / Nosferatu, eine Symphonie des Grauens

 

Ma swoje miejsce w historii kina i ja nie o tym. W każdym razie z listy 45 filmów, które „propagują szczególne wartości religijne i moralne” sporządzone przez Watykan. Ciekawe, jakie to, konkretnie, wartości w tym przypadku?
Wersja nowsza, lekko pokolorowana. Jak scena pogodna, tonacja różowa, jak ponura, tonacja niebieska.
Rolę Nosferatu odtwarza Max Schreck (mówiące nazwisko).

Scena pożegnania: niemiecki urzędnik ma się udać w podróż służbową do Transylwanii (Rumunia). Rodzina żegna go jak by wyruszał w dżunglę. O podobnych scenach słyszałem w latach 90., kiedy różni Niemcy jechali w delegacji służbowej do Polski zakładać filie koncernów, banków itp.

Nosferatu ogląda medalion z portretem żony urzędnika: „- Twoja żona ma bardzo piękną szyję…”

Kiedy Nosferatu wybiera się ze swego zamku do przytulnego miasteczka, jako atrybuty jego obecności pojawiają się szczury. Transportuje je statkiem do Anglii. Szczury przynoszą zarazę.

Nosferatu wysiada ze statku i zapycha po mieście niosąc trumnę. Nikt się nie dziwi, że facet idzie z trumną. Por. „Dwaj ludzie z szafą”.

W mieście zaraza: grabarz idzie i na kolejnych drzwiach rysuje kredą krzyże.

Nosferatu już ma zatopić kły w szyi pięknej dziewczyny, a tu kogut pieje, wstaje ranek i cała impreza na nic.

Nosferatu – symfonia grozy / Nosferatu, eine Symphonie des Grauens, reż. J.W. Murnau, 1922 filmweb

Coraz ciszej, jesień, wrzesień…

Jesień. Rano w lesie muszę zawrócić do samochodu po sweter. Nowe odgłosy. Przy silniejszym wietrze skrzypią drzewa. W ogrodach uderzają o siebie japońskie przeszkadzajki porozwieszane na drzewach. Uliczką przejeżdża furgonetka z butlami gazowymi na wymianę – klakson ryczy na cały regulator: La-ku-ka-ra-cza, la-ku-ka-ra-cza, la, la la.
Po łanach ni śladu:

Niedługo będzie jak u klasyka:

A ja i tak fotografuję nie to, co powinienem. Ciągle te słodkie widoczki – do mdłości. A przecież można docenić, jak wczoraj, kiedy czekałem na Dorotę na parkingu, urodę np. pomnika Stanisława Mikołajczyka przed Urzędem Wojewódzkim. Nazywają to „pomnik płaszcza” (i szpady):

Albo zrobić własne „studium w szkarłacie”:

Czy „yellowstone” na tyłach Opery:

Mój ulubiony malarz, Edward Hopper, się nie obcyndalał, tylko malował, jak leci, wszystko, co nadawało się na prospekt, widokówkę albo nawet nie:

Przy ulicy Głogowskiej, po której jeżdżę parę razy dziennie kolejna kwiaciarnia. Nazwa: „Donica”.

Jeszcze w kwestii książki „Bomba” Karoliny Korwin-Piotrowskiej. Oczywiście można by cytować i cytować, ale ja tylko skromny bukiecik. Dla uprzystępnienia lektury pogrupowany w wiązeczki:
Wpierw spostrzeżenia natury ogólnej:
… nie wszyscy Polacy to bezmózgi.
… można zarabiać w Polsce, nie będąc pustym kretynem.
… gwiazda dla kasy zrobi wszystko, nie pytając o nic, tylko o stan konta.
… nie trzeba przypominać lalki z sex shopu, żeby zrobić karierę…
… nie tylko plastikowe idiotki z napompowanymi biustami i rozumem wielkości orzeszka piniowego mają prawo chcieć wyglądać fajnie i młodziej.
Stan konta robi jednak z ludźmi takie cuda, o jakich nie śniło się filozofom i cukiernikom.
Aktorki nie muszą być stabilne emocjonalnie.
I nie każdy, kto staje się osobą publiczną, ma obowiązek przebierać się jak małpa.
Może trudno to fashionistom zrozumieć, ale większość ludzi ma w dupie ich oceny.
Cóż, kobiety sukcesu często trafiają na sukinsynów.
Udawanie wiecznie zaspanej to doskonały patent na przetrwanie.
Mężczyźni –  to koguty, które tylko chcą walczyć i rywalizować na pióropusze i długość przyrodzenia.

O szołbiznesie:
Dominuje głupota i upudrowany kretynizm podniesiony do rangi lansowanego wzoru przez w
większości równie skretyniałe media.

O dziennikarstwie tabloidów:
Najfajniejsze są ich „wywiady” z ludźmi ze świata mody, czyli walka z martwą materią mózgu autora/autorki. Można od tego paść trupem na miejscu. To po prostu kwintesencja głupoty i mentalnego onanizmu autorów.

Rady dla gwiazd w kwestii mody:
Bądźcie sobą.
Zawsze. Miejcie te gazety i portale centralnie w dupie. Dokładnie tam.

Artyści. Recenzje negatywne:
Tomasz Kammmel:
Przekonanie o własnej wyjątkowości i zajebistości połączone z butą dawało słaby efekt.

Tomasz Karolak:
Do tego wizerunkowo też jest pasztet.

Patricka Kazadi:
Kiedy myślę Kazadi, widzę bałagan. Straszliwy bajzel.

Krzysztof Ibisz:
Jedni go kochają, inni na jego widok biegną do toalety…

Honorata Skarbek:
To prawdziwa kopalnia dziewczęcego infantylizmu.

Kasia Cichopek:
Niech więc potem nie narzeka głośno, że sobie z niej jaja robią. Bo robią słusznie.

Edyta Górniak:
Ma od lat na pieńku z mediami, szczególnie odkąd umieściła na swej stronie internetowej zdjęcie syna Allana umazanego kupą i zadedykowała je „pierdolonym szczurom”, czyli dziennikarzom.

Niemen „Marionetki” (1973). Gra przyszłe SBB i Helmut Nadolski. No, tu jeszcze ślad jakiejś melodii. Ale jak zaczynają się eksperymenty samego Nadolskiego z kontrabasem (wszelkie możliwe piski) albo samego Niemena, to już o jeden most za daleko.
Przypomniałem sobie za to pytanie norwidowskie:
„Jak się nie nudzić na scenie tak małej…”
Oraz pytanie leśmianowskie, które zresztą często powtarzałem Dorocie:
„Com uczynił, żeś nagle pobladła?”:

Szpieg / Tinker, Taylor, Soldier, Spy

 

Ekranizacja Johna Le Carre (współproducent).

Wrażenie rzetelnej roboty – każde ujęcie dokładnie zaplanowane: mówi pierwszym, drugim, trzecim planem. I nie jest to tylko informacja o tym, co ma nastąpić za chwilę.
Kret na szczycie Intelligence Service. Specjaliści od wywiadu: brzydcy, nudni urzędnicy za ponurymi biurkami. Kadry utrzymane w brązach, szarobure, bezsłoneczne.
Film brnie (przeszło dwie godziny) w procedury, zatracają się konflikty, postacie, emocje, słabnie intryga.
No i motywacja Brytyjczyków, którzy zdradzili Zachód. Colin Firth: „- Zachód stał się bardzo brzydki.” No, to pojedzie tam, gdzie estetyka stoi na nieporównanie wyższym poziomie.

John Hurt pomarszczony jak przejrzałe jabłko.
Gary Oldman (Smiley) w okularach w ciemnej oprawce (nie zdejmuje ich nawet do plywania), przylizane włosy zaczesane do tyłu: zrobiony na biurowo. Przebranie narzuca mu sposób gry – więcej niż oszczędny. W sumie – jest nie do poznania.

Szpieg / Tinker, Taylor, Soldier, Spy, reż. Reż. Tomas Alfredson, 2011 filmweb

Płonie tęcza i płaczą geje…

Kto by pomyślał: doniosłe rzeczy mogą się zdarzyć pod moim nosem, a ja ich wcale nie zauważę! Na poznańskim Górczynie, rzut kamieniem ode mnie, stoi nasz bardzo nowoczesny kościół (architektura: skrzyżowanie magazynu GS-u z Wilczym Szańcem). Działa tu bardzo prężnie Biuro Radia M., co się przekłada na wystąpienia jego członków na antenie (głównie pozdrawiają księdza proboszcza). Przed kościołem jest sobie Plac Zbawiciela: prostokąt okolony drzewami, z miejscem na parkowanie. Wczoraj wieczorem czytam na portalu Niezależna.pl: „W stolicy Wielkopolski zrodził się dziwny pomysł, aby >>tęcza<< stanęła w tym mieście. Nawet plac Zbawiciela znaleźli, aby było jak w stolicy (jakiś kompleks Warszawy?).” Okazuje się, że grupa artystyczna (?) Circus Ferus pragnie wznieść tam dziś o 15. tęczę.   „- Członkowie i członkinie tej formacji, w imię budowania mostów ponad podziałami politycznymi, mentalnymi, płciowymi czy wręcz dżenderowymi, z pomocą ludu udekorują Tęczę na miarę Poznania.” – zapowiadają organizatorzy. Niestety, obowiązki nie pozwalają mi być przy tym doniosłym wydarzeniu.
Cytuję więc tylko wypowiedź internauty z Niezależna.pl: „Wszystko przez to że my daliśmy sobie wmówić że zboczeńcy są normą. Zboczeńcy są zwyrodnialcami i nigdy nie możemy ich zaakceptować! Roznoszą zgniliznę i degenerację! Musimy zboczeńców zwalczać jak robactwo! Zboczeńcy to śmieci ludzkie! Śmieci ludzkie!”
A skoro już, to i kawałek piosenki Andrzeja Rosiewicza, która robi furorę wśród słuchaczy Radia M.:
„Płonie tęcza i płaczą geje, Bufetowa jest wśród nas,
odbudują znów tęczę złodzieje, podpalimy ją nie raz.”

Ciekawi mnie tylko, co by na to powiedziała Marysia z Gorzowa? Prawicowe media najpierw obficie drukowały jej opinie, a teraz nagle nas ich pozbawiły. To nie jest fair.

To stary numer, ale – jak stwierdzam na własnym przykładzie – ma twarde oparcie w rzeczywistości. Otóż specjaliści od reklamy pisują na okładkach książek: „Nie zaczynaj czytać wieczorem, jeżeli musisz jutro rano wstać do pracy!” A ja zacząłem czytać wczoraj w nocy i nie mogłem się oderwać. Moje szczęście, że są wakacje. Książka nazywa się: „Bomba. Alfabet polskiego szołbiznesu”. Autorka: Karolina Korwin-Piotrowska:

Miałem z tą panią do czynienia kilka razy. Rozmawiała ze mną na antenie radia PIN i wypowiadałem się dla jakiegoś kanału TV o najbardziej erotycznych scenach polskiego filmu. Czy coś w podobie…
Jej książka urzekła mnie już od wstępu. Po kilku zdaniach lektury rzeczywiście było dokładnie tak, jak autorka pisze:
„Wpadłeś i tak.
Już trzymam Cię stalowym uchwytem za jaja.
Choć jeszcze o tym nie wiesz.”
Pani Karolina zasadniczo światek naszego szoł-bizu chlasta bezlitośnie, ale dla niektórych jego przedstawicieli żywi niekłamany podziw. Komplementuje ich na całego, choć w swoim stylu:
Monika Brodka:
„Nie jest też medialną dziwką, która w imię rabatu na torebkę albo buty, zarabiania na kolejne głupoty i robienia kariery sprzeda wszystko łącznie z wydzielinami.”
Joanna Brodzik:
„Mogłaby wykładać na uniwersytetach przedmiot >>jak być jedną z ukochanych polskich gwiazd bez rozkładania nóg w każdej gazecie<<.
O Kamilu Bednarku:
„Oto gwiazda nowej generacji, która na oczach milionów widzów z sukcesem wydupczyła system.”
Andrzej Chyra:
„Dlaczego szanuje się Chyrę? Bo nie jest medialną i zawodową dziwką. Nie jest po prostu totalnie głupi.”
Agnieszka Dygant:
„Niespecjalnie bredzi w wywiadach…”
Marian Dziędziel:
„… to nie jest żaden tani medialny wycieruch…”
Jakub Gierszał:
„… jest obywatelem świata i raczej nie zostanie biedną polską medialną prostytutką.”
Karolina Gorczyca:
„Ma przedwojenny typ urody, szlachetny i na pewno nie zagra nowoczesnej lampucery…”
Honorata Skarbek:
„Jest głupiutka i nie wstydzi się tego.”
Jula:
„Jula wygląda zwyczajnie, nie lata z cyckami ani innymi narządami na wierzchu.”
Reni Jusis:
„Nie jest kolejną tępą idiotką, która wymyśliła sobie, że teraz będzie sławna.”

Książka pani Karoliny zawiera takie bogactwo obserwacji i refleksji, że pewnie jeszcze do niej wrócę. Dla podostrzenia apetytu zacytuję teraz tylko apostrofę do piosenkarki Edyty Bartosiewicz: „Skończ z tym ściemnianiem, bo ci nogi z dupy powyrywam.”

Polski barok też może być przyjazny. Jak „Completorium” Grzegorza Gerwazego Gorczyckiego (1664 – 1734), zwanego „polskim Haendlem”. To kapelmistrz Katedry Wawelskiej: Magister capellae musices Ecclesiae Cathedralis Cracoviensis. Nic dziwnego, że do chłopskiego nazwiska Gorczyca dodał na pewnym etapie szlachecką końcówkę –cki. Też sobie zmienię nazwisko na Kotecki.
„Completorium” wykonuje przystępnie Vratislavia Cantans Festival Orchestra and Choir pod Andrzejem Kosendiakiem:

Zagrać można wszystko na wszystkim. Dlaczego więc klasyczny flecista Jean-Pierre Rampal nie miałby wykonać ragtime’ów Scotta Joplina (zmarł na kiłę), które jakże niesłusznie kojarzą się z rozklekotanym pianinem w zatłoczonym barze:

Georg Filip Telemann (1681- 1767) ma tę właściwość z kolei, że jak go włączyć z rana, to mógłby sobie pograć godzinę, dwie, albo i do wieczora. Takie to dyskretne i eleganckie. A jak się miksuje z odgłosem przejeżdżających tramwajów czy karetkami na sygnale (drzwi na balkon uchylone), to podchodzi pod Warszawską Jesień.
Interesujące, że obok wielu instrumentów opanował także grę na szałamajach. U nas niedawno na disco polo mawiano „szałamaje”.
Ale tu z całym majestatem Arte dei Suonatori:

Niezniszczalni 3 / The Expendables III

 

Weterani – z nadzieją, że ktoś zechce jeszcze wydać na nich ostatnie pieniądze. Do kompletu Mel Gibson jako czarny charakter.
Zaczyna się od rozwalenia pociągu pancernego, co znaczy, że potem będzie już tylko lepiej.
W walce „niezniszczalni” są pełni inwencji, ale jak mają cos powiedzieć, to żartują jak niepełnosprawni umysłowo albo przerzucają się tekstami, które wyszły spod pióra jednego nienajlepszego scenarzysty. „- Słyszałem, że zabiłeś więcej ludzi niż dżuma.”

Natura karabinu maszynowego jest taka, że trafia z niego niekoniecznie ten, co umie strzelać. A nie jak tu, gdzie jak dziesięciu terrorystów strzela z kałacha w jednego „niezniszczalnego”, to żaden nie trafia.

Starzeją się nierównomiernie. Stallone mniej, Harrison Ford bardziej. Fatalnie wyglada w koszuli, która ma kołnierzyk za duży o dwa numery: chuda szyja starzejącego się sępa.
Ford do Stallone: „Wyluzuj, bo dostaniesz wylewu.”
Ford do Stallone przed misją: „- Nie narób bałaganu.”
Antonio Banderas: „- Wiek to tylko stan umysłu.”
Stallone jak się odwraca, bo ktoś go woła, to nie kreci szyją, lecz okręca się całym tułowiem.
Schwarzenegger z cygarem w ustach. Obok cysterny z paliwem lotniczym.

W czasie pojedynku „niezniszczalnych” z całą armią – muzyka symfoniczna. Choć ci na ekranie nie wyglądają na bywalców filharmonii.

Niezniszczalni 3 / The Expendables III, reż. Patrick Hughes, 2014 filmweb

Elvis Presley, Jimi Hendrix & The Beetles

Dziś (18.08) rocznica pogrzebu Elvisa (usłyszane w radiu). Pamiętam – miałem wtedy 17 lat i Elvis: obleśny grubas, trzeci podbródek wylewający się z tej śmiesznej stójki, cały w sreberku i cekinach, wydawał mi się przeraźliwie nieaktualny. Obciach, odpust i popelina. Jak można słuchać czegoś takiego w epoce Led Zeppelin?!
A dziś? Jak tylko zobaczyłem jego portret (produkcja chińska, naturalnie) w sklepie w miejscowości Brusy na Kaszubach, nabyłem natychmiast. Oczywiście, po awanturze, jaka wybucha za każdym razem, kiedy wchodzę do sklepu „Wszystko po pięć złotych” lub do chińskiego marketu. A co ja poradzę, że inne sklepy w ogóle mnie nie interesują? I Elvis wisi teraz u mnie na honorowym miejscu, tuż obok włącznika światła:

Co do Hendriksa, to akurat dziś rocznica, jak swym występem zakończył Festiwal w Woodstock (1969). Niedawno słyszałem w radio dywagacje pewnego redaktora o wyższości disco polo nad rockiem. „- Jak chłopak słucha disco polo, to umyje włosy, odprasuje spodnie i pójdzie na zabawę do remizy. A jak będzie słuchał Hendricksa, to prędzej czy później da sobie w żyłę.”
A beetlesi? Jak łażę po lesie, widuję ich tysiące. Tym razem kwartet w pełnym składzie, w drodze na koncert do Cavern Club:

Poza tym na zewnątrz atmosfera jak z „Kroniki olsztyńskiej”:
     Gdy trzcina zaczyna płowieć,
     a żołądź większy w dąbrowie,
     znak, że lata złote nogi
     już się szykują do drogi.

     Lato, jakże cię ubłagać?
     prośbą jaką, łkaniem jakim?
     Tak ci pilno pójść i zabrać
     w walizce zieleń i ptaki?

     Ptaków tyle, zieleni tyle.
     Lato, zaczekaj chwilę. :

W poznańskiej galerii Arsenał na wernisażu dwóch bardzo młodych plastyków. Również młoda pani kurator zastrzega, iż zależało jej na tym, by „pokazać dzieła, które przełamują schematy.” I w porządku. Sfotografowałem jedno takie:

A jak je już sobie obejrzałem, to zaraz chciałem zobaczyć ów schemat, który takie dzieło przełamuje. Kto wie, może wygląda on na przykład tak:

Całkiem przypadkowo trafiłem w tygodniku „Angora” na głos konesera sztuki (Radosław Mrug z Krzywinia) wyrażony w wierszu. Wziął on (ów poeta) udział w niegasnącej dyskusji na temat sztuki nowoczesnej. Początkowo krępowałem się go cytować, ale pomyślałem sobie: ostatecznie kim ja jestem, aby cenzurować wypowiedzi na temat sztuki?

     Sztuka

     Docenić potrafię prawdziwą sztukę,
     Każdą dobrą rzeźbę i ciekawą nutę,
     Lecz gdy na płótno nasra artysta wątpliwy,
     Żądny pieniędzy, sławy wielkiej chciwy,
     I esy-floresy fallusem rozmaże,
     W grobie przewracają się Wielcy malarze.

      I męczy mnie tedy myśl dla mnie bolesna,
     Dokąd dzisiaj zmierza sztuka nowoczesna?

Od razu przyszedł mi na myśl taki Vassily Kandinsky (1866-1944). Rzekomo wielki pionier abstrakcjonizmu. A przecież powyższy wiersz jest – wypisz, wymaluj – o nim:

Ten dzień w kolorze śliwkowym…

No, i nie pojechałem na otwarcie muzeum Tercetu Egzotycznego, a wręcz przeciwnie – na Pomorze. A tu się okazało, że normalni ludzie nie spędzają czasu w sposób idiotyczny, jak ja, lecz że witają jesień na działkach. A to z jabłek, a to ze śliwek, a to pestkówka. Co altana to odmiana. Jak dla mnie wszystko tylko z nazwy i opowieści, bo prowadziłem. Ale kazałem sobie zrobić zdjęcie pamiątkowe, bo na co dzień nie bywam w takich okolicznościach przyrody. A metryka wskazywałaby, że powinienem:

Skończyłem czytać „Bardzo poszukiwanego człowieka” Johna Le Carre. Intryga dość rachityczna. Za to obszernie wałkowana, co mnie zawsze w tych powieściach lekko zniechęcało. Jak by autor odkładał i odkładał w nieskończoność, to co można było odkryć już w połowie fabuły. Tak było choćby z „Wiernym ogrodnikiem”.
W Hamburgu zjawia się potomek rosyjskiego pułkownika i zgwałconej przez niego Czeczenki. Ojciec, który dorobił się na wojnie i rabunku zapisał mu fortunę zostawioną w nobliwym angielskim banku na nielegalnym koncie. Chłopak (zdeklarowany muzułmanin) jest uchodźcą o bardzo śliskim statusie. Trafia jednak na współczującą niemiecką prawniczkę i bankiera, w którym budzi się coś na kształt sumienia. I na sensownego szefa grupy operacyjnej niemieckiej policji. To wszystko jednak na nic, bo wyżej postawieni Amerykanie w kwestii potencjalnych terrorystów i ich finansów nie bawią się w niuanse. I rzecz kończy się  fatalnie.
Co zostało ciekawie poruszone to motywacje bohaterów – szerzej niż w przeciętnym thrillerze szpiegowskim (specjalność Le Carrego). I kwestia islamu, który nawet w wersji pokojowej i proasymilacyjnej może się przysłużyć terrorystom bodaj w 5. procentach. A to dużo, wziąwszy pod uwagę, że przeciętny zamach to nie jest szczególnie kosztowna impreza.
W powieści wspomniane zostało niewielkie muzeum rzeźbiarza Ernsta Barlacha w hamburskim parku. Też tam kiedyś – przez czysty przypadek – zbłądziłem:

Niedawno napisałem, że dla mnie różnica między grą organów w Licheniu i Oliwie jest trudno uchwytna. „I już nieprawda” – jak mówił bohater filmu Barei. Bo posłuchałem Romana Peruckiego z płyty „The Best of Organ Works”, nagranej nie w Oliwie, lecz tylko w kościele św. Brygidy w Gdańsku. Z demonstracją wszystkich możliwości instrumentu. No, nie – różnica jest i to nawet dla takiego neptka jak ja. Te organy po prostu oddychają dźwiękiem. Głęboki, nasycony. Poza tym ich możliwości w zakresie barwy są zdumiewające (np. kiedy imitują harmonię guzikową), a przecież to wszystko (jak się wydaje) bez udziału elektroniki. Perucki wybrał utwory, które w literaturze organowej są pewnie zestawem typu disco polo, ale dlatego w uszach laika brzmi to wyjątkowo przyjaźnie i nieinwazyjnie: